Blog > Komentarze do wpisu
Test na kopalniach wałbrzyskich

Właśnie podano informację, że górnicy, z czterech likwidowanych górnośląskich kopalń, po raz kolejny zerwali rozmowy z rządem. Jak się wydaje, zaostrzenie protestu może być jedyną, choć niekoniecznie skutecznym sposobem postępowania z rządem Ewy Kopacz i otaczającymi ją waflami i frędzlami. Prędzej czy później górnicy przegrają, kopalnie, na początek te cztery, zostaną zlikwidowane, poszerzy się poczet bezrobotnych a ich dzieci zasilą kastę lumpenproletariatu. Skąd o tym wiem? Po pierwsze stąd, że górnicy rozpoczęli pertraktacje, a ze złem się nie pertraktuje, zło się zwalcza. W innym przypadku zło „rozmiękczy” drugą stronę, zlasuje jej mózg, rozwodni problem, zrelatywizuje prawdę, a gdy to się stanie – pozostanie już tylko fałsz. Na koniec strony podpiszą pakt, i dusza zostanie sprzedana. A to źle się kończy czego doświadczył niejaki Faust. Po drugie, obecne wydarzenia to ciąg dalszy scenariusza rozpisanego już dawno, przetestowanego ponad ćwierć wieku temu w wałbrzyskim zagłębiu węglowym, a polegającym na stopniowej ale konsekwentnej likwidacji przemysłu polskiego pn. restrukturyzacji. Pierwsza kwestia jest na ogół znana i dobrze w literaturze przedmiotu opisana, druga trochę mniej.

Wałbrzych nie jest zwyczajnym miastem, powstał jako zlepek osad tkackich i górniczych, przy czym najpierw wydobywano rudy metali, głównie ołowiu i srebra, a dopiero później węgla. Jak nietrudno się domyśleć, kariera miasta rozpoczęła się na dobre wraz z rozwojem zastosowania maszyny parowej. Krótko mówiąc: Wałbrzych istniał tylko i wyłącznie jako ośrodek przemysłowy. Za Niemca i za komuny były tam trzy kopalnie węgla (czwarta w oddalonej o ok. 30 km Nowej Rudzie), a przy każdej, ze względu na specyfikę węgla - koksownia. Był też antracyt. Wszystko to było, bo w czasie, gdy aktorka Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu, zapadła decyzja o likwidacji wałbrzyskich kopalń.

Pomysł wyszedł z rządu ale, jak wiele na to wskazuje, jego autorzy byli poza naszym krajem. Trafił jednak na podatny grunt związkowców z „Solidarności”, którzy nie dość, że go poparli, to jeszcze realizowali. Jest to jedyny znany mi przypadek, gdy związkowcy likwidując swoje zakłady pracy, podcinają gałąź, na której siedzą. Należy tu jednak na chwilę się zatrzymać, i zapytać, dlaczego? Myślę, że o ile sprawa z rządem jest prosta: realizuje on cudze wytyczne wszelkimi sposobami, to ze związkowcami już taka nie jest. Większość, to pożyteczni idioci, którym coś naobiecywano, przez co pogłupieli do końca. Być może, niektórzy zostali przekupieni, inni byli agentami bezpieczniackich watah, które do dziś okupują nasz kraj i które mają swój udział w obecnych wydarzeniach górnośląskich. No i wreszcie, nie zapominajmy o atmosferze tamtych dni, całej tej euforii z odzyskanej niby niepodległości, tej nieuzasadnionej wierze, pewności wręcz, że teraz będzie już tylko lepiej, wystarczy pozbyć się reliktów komunizmu, (a kopalnie za takie uznawano) i raj na ziemi w zasięgu ręki. Mało kto zastanawiał się, co będzie dalej, a jeżeli nawet, to nie miał większego przełożenia. Pojawili się nawet różni guru, co to roztaczali wizje przyszłej szczęśliwości na bazie turystyki, czy innych hokus-pokus, jak niejaki prof. Bojarski, który przekonywał, że na hałdach mogą być wypasane owce. Przez górników, rzecz jasna, spośród których, jak się domyślam, szczebel kierowniczy miałby zostać bacami, a pozostali - juhasami.

O tym, że o skutkach likwidacji, kopalń i innych związanych z nimi zakładów, łącznie ok. 30 tys. miejsc pracy, nikt nie myślał, a nawet nie chciał o tym myśleć, przekonałem się bodajże w 1991 r., kiedy to na posła z Wałbrzycha kandydował prof. Jerzy Przystawa (ten od FOZZ i JOW). Z jego inicjatywy odbyła się na Zamku Książ konferencja, w której wzięli udział likwidatorzy podobnego zagłębia w Limburgii. Mogłoby się wydawać, że gdzie ja gdzie ale w Wałbrzychu, niderlandzkie doświadczenia mogłyby pomóc uniknąć wielu błędów, ale tak się nie stało. Nikt z „trzymających władzę” tym się nie zainteresował, albo też takie były rozkazy. Tam problem podzielono na trzy części. Po pierwsze, kopalń nie zlikwidowano całkowicie, a jedynie ograniczono wydobycie do złóż opłacalnych i tam znaleźli zatrudnienie najlepsi fachowcy. Druga część to firmy kooperujące z kopalniami, które mogły wykonywać inne prace nie związane z górnictwem, np. przy budowie infrastruktury, tuneli, przejść podziemnych, itp. W trzeciej grupie znaleźli się ci, którzy za duże pieniądze zobowiązali się przenieść gdzie indziej.

Rozwiązanie to, z niewielkimi zmianami można było zastosować w Wałbrzychu, ale zamiast tego, rozpoczęto trwającą kilka lat likwidację kopalń i zwalnianie pracowników. Kto miał najwięcej szczęścia – przeszedł na wcześniejszą emeryturę, mniej szczęśliwi – na renty zdrowotne, których wkrótce i tak ich pozbawiono w wyniku cudownych uzdrowień. Reszta dostała po ok. 40 tys. zł na rękę, kwotę za dużą na jednorazową libację, ale za małą na rozpoczęcie nowego życia. Gdy pieniądze się skończyły, niektórzy, zostając nomen omen kopaczami, próbowali wydobycia węgla na własną rękę w ramach tzw. biedaszybów, reszta wypadła na margines społeczny. W międzyczasie uruchomiono kopalnię antracytu, której żywot był na tyleż krótki co kontrowersyjny. Mimo upływu lat nie można jednoznacznie stwierdzić, czy była to autentyczna próba ratowania wydobywczej resztówki, czy zaplanowany od początku przekręt, polegający na wyciągnięciu budżetowych pieniędzy pod takim pretekstem. Zresztą, co trzeba podkreślić, likwidacja wałbrzyskich kopalń kosztowała wiele miliardów złotych, które zostały w części zużyte zgodnie z przeznaczeniem, w części zmarnowane i rozkradzione. A ponieważ większość została pod ziemią, nie można określić w jakich proporcjach.

Dziś sytuacja jest oto taka: liczba mieszkańców spadła ze 140 tysięcy do ok. 100 tysięcy i ciągle spada. Ok. 70% dochodów własnych gminy, czyli wpływu z PIT-ów, pochodzi od górniczych i francuskich (powojenna reemigracja z Francji) emerytów, ale to klasa wymierająca. Jest jeszcze Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna zatrudniająca kilka tysięcy pracowników ale nie ma to przełożenia na nic. Nie chodzi nawet o toi, że żaden górnik nie znalazł tam zatrudnienia. Strefa jest czymś tymczasowym i to nie tylko dlatego, że jej kres przewidziany jest na 2030 rok, ale że pracę tam traktuje się tymczasowo, jak zło konieczne, odskocznia do wyjazdu na Zachód. Zarobki są tam symboliczne, warunki – ogólnie znane, znaczenie dla gospodarki żadne. Czy są inne pomysły? Jest jeden: Wałbrzych jako zaplecze taniej siły roboczej dla Wrocławia. I jeszcze jedno. Największym pracodawcą w Wałbrzychu jest ZUS - ponad 1000 osób. Wałbrzych był testem jak daleko można posunąć się w likwidacji przemysłu w Polsce. Okazało się, że bardzo daleko. W międzyczasie zlikwidowano stocznie, co na początku tzw. transformacji nikomu nie mieściło się w głowie. Teraz przyszła kolej na resztówkę górnośląskich kopalń, a potem pozostaną już tylko lasy. Poza ludźmi, oczywiście tymi zbędnymi.

piątek, 16 stycznia 2015, mrozmarek

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: