niedziela, 28 listopada 2010
Bankowa wojna Cantony
Czy można wygrać z państwem? Zwłaszcza z państwem chciwym, dbającym bardziej o wygodę własnych funkcjonariuszy niż dobro obywatela? Być może, ale to okaże się dopiero 7 grudnia, kiedy to ma nastąpić etap wielkiej bitwy. Na ten dzień Eric Cantona, swego czasu znany piłkarz obecnie aktor, wezwał obywateli do wypłacenia z kont pieniędzy. Jego zdaniem, obywatele nie są w stanie wygrać z państwem, a ściślej, z bankami, inaczej. Za to plusem tej formy jest to, iż jest ona formą bezkrwawej rewolucji alterglobalistycznej i przejęcia z powrotem władzy przez społeczeństwo. Z powrotem, bo zdaniem Cantony, obecnie państwem rządzą banki, które skupując obligacje rządowe stały się instytucjami spekulacyjnymi zamiast obywatelskimi. Krótko mówiąc, banki żyją głównie ze skupu obligacji państwowych a nie z kredytów udzielanych obywatelom, co, nawiasem mówiąc, widoczne jest bardziej w Polsce niż we Francji. Kim jest Cantona? Fanom futbolu jest to postać znana. W latach 80.tych a zwłaszcza 90.tych osiągnął niemal szczyty sportowych możliwości.. grał nie tylko w klubach francuskich, ale też reprezentacji tego kraju. Niepokorny charakter Cantony dał o sobie znać w 1991 r. gdy rzucił piłką w sędziego. Stanąwszy przed komisją dyscyplinarną FFP po kolei podchodził do każdego z jej członków nazywając go idiota. Zdarzenie to omal nie zakończyło kariery piłkarza. Na pewien czas wycofał się ze sportu, ale pod wpływem namowy przyjaciół powrócił do futbolu ale już w Anglii, grając m. in. w Manchesterze United. Oblicza się, że w proteście może wziąć udział kilkaset tysięcy osób. Czy to dużo, czy mało? Trudno powiedzieć, nawet w skali Francji, gdzie stopa odłożonych na kontach pieniędzy jest zróżnicowana i większa niż u nas. Jaki tego będzie rezultat – niebawem się okaże. Ważne jest co innego. Cantona wyraźnie wskazał drogę, prawdopodobnie najlepszą, w walce z omnipotencja państwa. Będzie to test dla obywateli, ale także dla państwa i banków. A może być ciekawie. Niewiadomą z jednej strony jest forma, w jakiej wypłacone pieniądze zostaną przechowane, a z drugiej, czy banki mają na tyle pieniędzy aby zadośćuczynić żądaniom. Problem jest coraz poważniejszy. Państwo coraz bardziej wkracza w prywatne życie obywateli. Zaczęło od zmiany czasu (z zimowego na letni i odwrotnie), przymusu zapinania pasów w samochodach, ograniczaniem władzy rodzicielskiej, a kończy się – jak na razie przynajmniej – zakazem palenia i coraz większymi uprawnieniami specsłużb skarbowych. Wieje grozą, bo jak powiedział Alexis de Tocqueville, nie ma takiej zbrodni, której nie popełniłby nawet łagodny rząd, któremu zabraknie pieniędzy. A naszemu już brakuje, pomimo buńczucznej miny ministra Rostowskiego. Z zapowiadanej akcji Eryka Cantony, polegająca na tym, żeby 7 grudnia wycofać z banków wkłady pieniężne i w ten sposób zmusić te instytucje do działania w interesie klienta a nie tylko swoim, niewiele wyszło. Tylko 100 tysięcy na niespełna 300 milionów Europejczyków chciało wycofać oszczędności z banków, ale w większości przypadków skończyło się na deklaracjach. W przypadku drobnych ciułaczy tych kilkaset czy co najwyżej kilka tysięcy euro to nie problem, ale co z tymi bogatszymi? Gdzie mieli by ulokować swoje pieniądze czy papiery wartościowe? Ale takie postawienie sprawy nie wyjaśnia zjawiska. Drobnych ciułaczy jest więcej, a więc odzew powinien być wielokrotnie większy, podobnie jak efekt działania, gdyż ziarnko do ziarnka... a uskłada się całkiem sporo. Jeśliby po pieniądze, nawet w niewielkich wysokościach, ustawiła się kolejka, a media by ją pokazały, mogłoby to wywołać lawinowy efekt paniki i być może krach. A więc, oprócz frustracji potrzebna jest panika, a tego elementu zabrakło. Ale też, powiedzmy sobie szczerze, z tego powodu światowy kryzys jak ten sprzed II wojny światowej, nam nie grozi. Wtedy pieniądze, a przynajmniej dolar, oparty był na parytecie złota, podczas gdy dziś złoto wypłukiwane jest z powietrza i zawsze ileś tam można wydrukować aby wspomóc banki, co też nie raz już zrobiono. W tym sensie akcja Cantony z góry skazana byłaby na niepowodzenie gdyby nie jedno „ale”. Współczesne finanse, choć tak naprawdę są wielką iluzją, oparte być muszą na zaufaniu. Nie dlatego, żeby było ono dla funkcjonowania świata niezbędne. Ono potrzebne jest do podtrzymania iluzji, a ta niezbędna jest do rządzenia ludźmi. Bez tego żadna władza funkcjonować nie może. Mimo to, a może właśnie dlatego, przeciwko byłemu już piłkarzowi najbardziej wystąpili politycy, jak np. Jan Klaudiusz Juncker, premier Luksemburga, Olli Rehn, eurokomisarz ds. gospodarki, który w przeszłości także był piłkarzem, czy Howard Wheeldon, główny strateg z londyńskiej grupy BGC Partners, którego zdaniem Cantona nie rozumie, czym jest kapitalizm, któremu potrzebny jest silny sektor bankowy. Jeżeli komisarz eurosojuza mówi o kapitalizmie, brzmi to trochę groteskowo. Prawdą jest, że kapitalizm potrzebuje banków, ale niezależnych banków prywatnych, których właściciele wiązaliby swoje powodzenie z powodzeniem gospodarczym swoich klientów. Kapitalizm to przede wszystkim ludzie, ich pomysły na sukces i praca. Do tego potrzebne są pieniądze i tu jest rola banków. Banków, które z tego żyją. Tymczasem obecnie banki żyją z państw, rządów, którym finansują ich deficyty budżetowe, czyli dają ich własne pieniądze na realizację ich wydumanych pomysłów i ambicji, a często zwykłego złodziejstwa i niegospodarności. Państwo to dla banków dobry klient, bo nigdzie nie ucieknie, a zawsze coś ma. Przede wszystkim ma obywateli, z których żyje. Aby jednak obywatele nie stanowili potencjalnego zarzewia buntu muszą żyć w iluzji. Dlatego akcja Cantony jest groźna, bo jest on niczym dziecko z bajki Andersena może uświadomić innym, że król jest nagi.
poniedziałek, 01 listopada 2010
NIK o spółkach gminnych na Dolnym ląsku
Niedawno ukazała się „Informacja o wynikach kontroli funkcjonowania wybranych 11 spółek komunalnych z udziałem gmin na terenie Dolnego Śląska” przeprowadzonej przez Najwyższą Izbę Kontroli. Najważniejszy wniosek z kontroli: gminy prowadzą działalność gospodarczą , którą prowadzić powinni przedsiębiorcy, a dzieje się to kosztem sfery użyteczności publicznej, łamiąc przy okazji zasady uczciwej konkurencji i prawo zamówień publicznych. Przykładem może tu być gmina Polkowice, a ściślej Spółka Aqua Hotels, która przyniosła 1,5 mln zł strat na działalności hotelarsko-restauracyjnej. Jest to o tyle ważne, że również wałbrzyska spółka Aqua Zdrój buduje na Ratuszowej hotel, którym ma zarządzać i co skończy się podobnie lub jeszcze gorzej. Kontrolowanym wałbrzyskim spółkom NIK zarzucił: Spółce Zamek Książ – prowadzenie działalności hotelarskiej (ze stratą 177,2 tys. zł), MPK – wynajem autobusów, serwis i diagnostykę, a także wynajem ośrodków wypoczynkowych, MZB (Miejski Zarząd Budynków) – obsługę i remonty nieruchomości należących do wspólnot mieszkaniowych, MZUK-owi (Miejski Zakład Usług Komunalnych) zaś – handel i roboty budowlane na rzecz osób prywatnych. Przy okazji NIK zwróciła uwagę na nieprawidłowości w zapisach umów dotyczących wynagrodzeń, odpraw i nagród. I tak w przypadku spółki Zamek Książ prezes w umowie zagwarantował sobie 6 miesięczną odprawę (146,5 tys. zł), co nie jest – sprzeczne z prawem, tyle , że przepisy dają tylko taką możliwość. W przypadku dwóch członków zarządu tej spółki, niezależnie od zawyżonych odpraw (odpowiednio 6-krotność i 3-krotność miesięcznych poborów), wprowadzono zapis o odszkodowaniu w wysokości 9-krotności miesięcznej pensji. Zdaniem NIK czterech przedstawicieli Gminy Wałbrzych pobierało wynagrodzenie z naruszeniem art. 1 ust. 1 ustawy kominowej, gdyż w tym samym czasie pobierali wynagrodzenie za udział w więcej niż jednej radzie nadzorczej. Prezydent Wałbrzycha reprezentował za wynagrodzeniem gminę w dwóch spółkach z udziałem kapitału prywatnego, co wprawdzie nie narusza prawa, ale w ocenie NIK – nie służy obiektywności i transparentności przy wykorzystywaniu środków publicznych, ponieważ, po pierwsze, jako członek rady nadzorczej podejmował decyzje gospodarcze mające na celu maksymalizację zysku spółki, a po wtóre – jako prezydent, ustalał warunki finansowe realizacji zadań. Nie jest za to odkrywcze inne stwierdzenie inspektorów NIK, iż nagrody dla prezesów spółek na ogól nie mają wiele wspólnego z ich wynikami finansowymi. Nagminnym zjawiskiem jest – zdaniem inspektorów NIK – przenoszenie skutków nieudanych przedsięwzięć gospodarczych na swoich mieszkańców, poprzez m. in. udzielanie własnym spółkom ulg podatkowych, czy zwiększenie ich kapitału ze środków publicznych. Ale to nie jedyny wniosek. Ten najważniejszy to ten, że – jak podejrzewają inspektorzy NIK – spółki te zostały niejako „z góry” zaplanowane do celów innych, niż wykonywanie działań publicznych. Jest to niezgodne z art. 163 i 166 ust. 1-2 Konstytucji mówiący, że aktywność gmin służyć może tylko i wyłącznie realizacji ustawowych zadań publicznych i innym ustawami. Wniosek inspektorów NIK jest oczywisty. Tak to zostało zaplanowane, że głównym celem spółek są etaty dla rodzin, kolesi i towarzyszy partyjnych.
O autorze
Tagi