czwartek, 08 grudnia 2011
Taśmy nie/pół/prawdy

Prokuratura w Szczecinie umorzyła postępowanie w sprawie słynnych taśm – nagrań rozmowy pomiędzy radnym Longinem Rosiakiem, a ówczesnym senatorem PO – Romanem Ludwiczukiem. W niej to senator obiecywał rozmówcy różne korzyści, jak m.in. wycieczkę na Dominikanę i lepszą pracę dla żony w zamian za odstąpienie od poparcia kandydatury Mirosława Lubińskiego na stanowisko prezydenta miasta. Taśmy prawdy, jak je określono, stały się (między innymi) podstawą innego dochodzenia, dotyczącego korupcji wyborczej, w wyniku czego powtórzono w Wałbrzychu wybory na prezydenta miasta (od początku i w nowym składzie) oraz na radnych w jednym okręgu (w starym składzie).

Co prawda prokuratura, po wielomiesięcznym badaniu, uznała taśmy za autentyczne, a co za tym idzie – również rozmowę, ale nie dopatrzyła się przestępstwa, mimo iż art. 230 kodeksu karnego mówi: „Kto powołując się na swoje wpływy w instytucji państwowej lub samorządu terytorialnego, podejmuje się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść majątkową lub jej obietnicę, podlega karze...” (podkr. Moje).

Ta informacja dotarła 6 grudnia, czyli na św. Mikołaja. Dzień wcześniej. Roman Ludwiczuk, który był na urlopie bezpłatnym na czas pełnienia funkcji senatora, stawił się do urzędu miejskiego do pracy. Jeśli ktoś nie wie, lub zapomniał to przypomnę, że był on wcześniej wiceprezydentem Wałbrzycha, zastępcą Piotra Kruczkowskiego. Teraz, obecny prezydent – Roman Szełemej, nie przyjął go do pracy, a w kadrach czekało wypowiedzenie umowy z 3 miesięcznym okresem ale już bez obowiązku świadczenia pracy.

Od razu powstał spór, czy jest to zgodne z prawem, bo choć z jednej strony, byłemu parlamentarzyście przysługuje okres ochronny 1 roku, to z drugiej, wiceprezydent to funkcja z mianowania a nie ze stosunku pracy, więc zwolnić można.

Jak będzie, orzeknie pewnie niezawisły sąd, ale cała ta sprawa to jakieś deja vu, bowiem przed laty, tą samą funkcję pełnił L. Rosiak. Kiedy został radnym powiatowym także udał się na bezpłatny urlop, a gdy wrócił, został zwolniony jak Ludwiczuk teraz. Wtedy jednak są uznał działanie prezydenta za bezprawne (brak zgody rady), wskutek czego został przywrócony do pracy w urzędzie. Nie na stanowisko wiceprezydenta, ale na inne, mało eksponowane, za to z pensją wielkości wiceprezydenta, gdyż rada nie zgodziła się na jej zmniejszenie.

Jak będzie teraz, to się okaże, wszak nawet sądy, podobnie jak prokuratury, rozumieją zmieniającą się mądrość etapu. Na wszelki wypadek prawnicy miejscy wysłali zapytanie do kancelarii senatu, a ta zbada sprawę gdy otrzyma komplet dokumentów



Podzwonne wałbrzyskiego górnictwa

Kiedyś zatrudniały ok. trzech tysięcy osób. Ilu pracuje dziś? - tego dokładnie nie wiadomo. Biedaszyby, pomimo „wtopienia” milionów złotych w ramach różnych programów i akcji, bowiem nadal działają, choć może nie są tak widoczne, będąc ostatnim ogniwem historii wałbrzyskiego zagłębia węglowego.

Sedno sprawy

 Węgiel znajduje się od metra do kilku metrów pod powierzchnią ziemi i tak idzie wydobycie. Prymitywne tunele zabezpiecza się wedle posiadanej wiedzy, tak jak to robiono kilka wieków temu, gdy w okolicach Wałbrzycha pojawił się węgiel.

Biedaszyby, jako unikat w skali świata jest nie tylko kopaniem węgla nielegalnie, lecz jest patologicznym odpadem systemu 'polskiej demokracji', w którym potrafią się odnaleźć ludzie wykluczeni społecznie” – uważa Grzegorz Wałowski, swego czasu sam kopacz współzałożyciel Społecznego Komitetu Obrony „Biedaszyby”, przekształconego w Stowarzyszenie „Biedaszyby”. „Na każdym szczeblu władzy począwszy od samorządu skończywszy na Ministerstwie, biedaszyby przeszkadzały i usiłowano, ba usiłuje się je zasypywać – totalna głupota! Takie rozwiązywanie problemu trwające od 2004 roku chyba optymizmem nie napawa, zwłaszcza gdzie w taki sposób są marnowane pieniądze podatników. Dla potencjalnych kopaczy to miejsce pracy, owszem nielegalne, ale to jedyne doraźne rozwiązanie na 'własną rękę'”!

Jak duża jest to skala zjawiska? - pytam. „Proponuję zobrazować skalę skalę zjawiska terytoriami tj. rejon Nowej Rudy oraz rejon Wałbrzycha, ponieważ migracja ilości kopaczy jest niewspółmierna do dnia, tygodnia, miesiąca. Ponadto Kamienna Góra też fedruje węgiel kamienny” – dodaje.

 Ludzie

 Grzegorz Wałowski, to nietypowy, ale za to interesujący życiorys. „Życie traktuję jako 'Mentora', który potrafi być surowy i bezwzględny. Biedaszyby mnie wychowały, dużo im zawdzięczam, pomimo wyroków dot. przestępstw i wykroczeń za żywot biedaszybniczy. Dzięki nim obroniłem tytuł inżyniera i magistra, obecnie doktoryzuję się na II roku na Politechnice Opolskiej, i ciągle na kanwie węgla kamiennego – cóż to znaczy?” - pyta.

Inni są inni. Unikają mediów, boją się, bywają agresywni. Tylko nieliczni decydują się na rozmowę, a i to pod warunkiem anonimowości osoby, miejsca i czasu. Niektórzy z nich to byli górnicy. To oni uczyli kopać doły i kłaść stemple. Inni zajmują si ę pakowaniem i dystrybucją. Pracują dla pieniędzy, ale jest coś jeszcze – wolność. Do pracy mogą przyjść kiedy chcą, nie odbijają karty, nie mają nadzoru, są wobec siebie w miarę równi. To przyciąga, zwłaszcza w sezonie grzewczym.

Chętnych na węgiel i miał jest sporo, wiadomo, bieda w Wałbrzychu staje się normą, mało kogo stać na węgiel „prawdziwy” ze składów opału po ok. 800 – 1000 zł za tonę.

Mimo ryzyk wpadki. W takim przypadku następuje rekwizycja samochodu z towarem, a wobec przyłapanych stosuje się sankcje karne. Ogółem zarekwirowano 2934 ton urobku, który trafił na hałdę miejscowej ciepłowni – mówi Jerzy Karski, komendant Straży Miejskiej. Dane dotyczą lat 2003-2010. Skierowano kilkaset wniosków do sądu,.W samym roku ubiegłym było ich 24. Od tego roku SM biedaszybami już się nie zajmuje. Jej rolę przejęła policja.

 Biznes czy sposób na życie?

 „Jeżeli życiem jest biznes, to jest to interes nie wart zdrowia!” - mówi Wałowski. „Natomiast zdecydowanie jest to sposób na życie, ale zależy dla kogo. Każdy z nas potrafi dokonać wartościowania, czyli dla jednego kopanie to sposób na 'upłynnienie reszty dnia', dla drugiego to walka o przetrwanie.” Tym bardziej sensowna, że węgiel z biedaszybów będzie jeszcze bardziej konkurencyjny cenowo i to od nowego roku, kiedy to zostanie wprowadzona akcyza na węgiel wymuszona przez przepisy unijne.

 Co dalej?

 Dla Grzegorza Wałowskiego biedaszyby i węgiel, tzw. „czarne złoto” stało się sensem istnienia. „Nie ukrywam, że w ramach studiów doktoranckich podjąłem się badań autorskich, dokonując pomiarów promieniotwórczości węgla kamiennego „in situ” (w złożu). Jak się okazuje występujące u nas przypowierzchniowe pokłady węgla są uranonośne, emitują znaczne dawki promieniowania gamma - szkodliwego dla żywego organizmu. To część materiału rozpoznawczego do otwarcia przewodu doktorskiego, jednak zasadniczy materiał będzie dotyczyć niekonwencjonalnej konwersji (przemiany) węgla na „effluenty” (płyn) z docelowym zagospodarowaniem już na powierzchni. Krótko mówiąc nie wydobycie węgla na powierzchnię, lecz jego zamiana na wodór – paliwo w 100% ekologiczne, bo podczas spalania otrzymuje się ogromne ilości ciepła, a zamiast spalin tylko wodę! Jest to wstęp do energetyki wodorowej, którą pragnę wyrazić w połączeniu z zagospodarowaniem biedaszybów, właśnie tak – chłopaki z dziur maja szanse zostać „szejkami wodoru”. Praktycznie jest to przedstawione w kolejnej książce mojego autorstwa (tzw. tom II), która na dniach ukaże się w księgarniach pt. 'Nowa Ruda: od biedaszybów do … Podziemne uwodornienie węgla kamiennego'”. (Wcześniej wydał „Wałbrzych. Od biedaszybów do … Podziemne zgazowanie węgla kamiennego” - przyp. red.)

J. Karski nie ma wątpliwości, że nielegalne wydobycie węgla nadal będzie istniało tak długo, jak długo będzie co wydobywać i sprzedać. Bo popyt i podaż to dwie dźwignie tego samego mechanizmu kierującego ludzkim działaniem. Zwłaszcza, gdy brak atrakcyjniejszej alternatywy.

 



Alternatywa dla współczesnej bankowości

A oto z Nilu wyszło siedem krów pięknych i tłustych i pasło się na pastwisku. Potem wyszło za nimi z Nilu siedem innych krów, szpetnych i chudych i stanęło obok tamtych krów . I pożarły owe krowy szpetne i chude siedem krów pięknych i tłustych. Wtedy faraon się obudził.” Na drugi dzień , a właściwie noc miał faraon podobny sen, tyle, że zamiast krów były kłosy. Sensu snu tego nikt nie potrafił władcy wytłumaczyć. Zrobił to dopiero Józef, który dzięki temu awansował z więziennych lochów na funkcję egipskiego ministra. Według jego interpretacji siedem krów tłustych to tyleż lat urodzaju, zaś siedem krów chudych to tyleż lat głodu. Należy więc – tłumaczył Józef, przez okres boomu, gromadzić zapasy. Tak też się stało. Gdy nastał głód za zboże, które sprzedawał, ściągał Józef wszelkie pieniądze, a gdy te się skończyły, mieszkańcy Egiptu i ziemi Kannan oddali wszystko, co mieli: ziemię, bydło i cały dobytek. A gdy i to się skończyło, sprzedali swoją wolność. „Odpowiedzieli: Otrzymałeś nas przy życiu, obyśmy tylko zyskali łaskę w oczach pana naszego, a będziemy niewolnikami faraona”. Ale nie wszystkich Józef traktował jednakowo. Gdy do namiestnika po zboże przybyła mieszkająca w Kanaanie jego rodzina „Józef rozkazał, aby napełniono ich wory zbożem i zwrócono im pieniądze, każdemu do wora jego, i aby dano im żywność na drogę.” (Cytaty za Księgą Genesis.)

 Mechanizmem rabowania słabych państw jest kilka międzynarodowych organizacji działających wspólnie i w porozumieniu: MFW, Bank Światowy, BIS, UE, u której klamki wiszą regionalni politycy pędząc tram swoje bezwartościowe życie. Wszystkimi zarządza jedno centrum poprzez groźby i korupcję.

Unijne prawidła mają odpowiadać interesom bogatych państw, co nie musi pasować biednym.

Pierwsze to przyjęcie wspólnej waluty – euro. Wyzbycie się własnej waluty spowoduje, że nie będzie można poprzez jej dewaluację regulować relacji export-import.

Zamiast tego wymusi się na urzędnikach wybranego, słabego kraju specjalne pożyczki. Oczywiście, przymus ten, to nie jest jakiś siłowy proces, co to nie. Niekiedy wystarczą przebiegłe obietnice, prezencik dla tego, kto ma rozstrzygające słowo, np. wymarzone członkostwo w UE. To musi trochę potrwać, aby dług urósł do odpowiednich rozmiarów. Wtedy zacznie się nacisk poprzez np. agencje ratingowe grążące zaniżeniem ratingu, co ma wywołać panikę wśród inwestorów. Jeśli do tego dojdzie odpowiednia nagonka medialna, zabawa zaczyna się na całego. Państwo staje przed groźbą bankructwa, brakiem pieniędzy na wypłatę wynagrodzeń dla swoich pracowników, emerytur i rent.

Obiecywane są dalsze pożyczki (w transzach) w zamian za co, że lokalni politycy wy-rabują fundusze socjalne, emerytalne z emerytów robiąc żebraków, okradną konta oszczędnościowe, mówiąc metaforycznie – wystawią na aukcję rodzime srebra – czyli to co mają najlepszego. Dalej zacznie się rozdawnictwo dochodowych przedsiębiorstw państwowych, wysp, pamiątek historycznych – wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość. Jako nagrodę, ministerstwa finansów takiego państwa otrzyma trochę „drobnych” na spłatę odsetek od kredytów, oczywiście na odpowiednio wysoki procent. I tak będzie aż do chwili, gdy państwo stanie się całkowitym bankrutem. Ten system jest prosty i właściwie nie do ruszenia. Zagrożenie jest jedno i niewielkie: ludzie mogą się zorientować, że system bankowy może działać na całkiem innych zasadach. Dlatego trzeba im wbić do głów, że inaczej być nie może

 „Ale szukać nie trzeba. Taki system już istnieje i całkiem dobrze się sprawdza. Chodzi o bankowość islamską, rządzącą się zasadami islamskiego prawa szariatu, którego źródłem jest Koran – napisał szef katarskiego Islamic Bank - Abdel Bassat al-Shibi w liście do Handelsblatt. Jego zdaniem, na obecnym kryzysie islamska bankowość zyska lepszą reputację. I rzeczywiście, firma doradcza Ernst & Young przewiduje, powołując się na wyniki islamskich funduszy inwestycyjnych zaprezentowane podczas konferencji w Bahrajmie, moment niebywałego dotąd rozkwitu islamskich instytucji finansowych.

W latach 2007-2009 obrót towarami według islamskiego prawa wzrósł z 267 miliardów dolarów do 763 miliardów dolarów dobijając w roku 2010 do biliona. W skali światowej rynek islamskich finansów rośnie o ok. 20% rocznie. A dodać trzeba, że chodzi o sektor podlegający regulacji w skali nieznanej w „normalnym” świecie finansów. Nie tylko chodzi o zakaz naliczania procentów w państwach islamu ale zabronione są i udziały w firmach związanych z handlem czy produkcją mięsa wieprzowego, wyrobów tytoniowych, alkoholu, hazardem, nie mówiąc już o pornografii

Istnieją też i niebezpieczeństwa, jako że szariat nie jest dostatecznie skodyfikowany i bardziej zależy od interpretacji ekspertów, co jest dopuszczalne a co nie. Wynika to z z pojmowania wszelkich stosunków między Bogiem a ludźmi jako umowy między Bogiem a Jego służebnikami. Ujęcie to wynika z kolei z poglądu, że to Bóg wszystko stworzył i do Niego wszystko należny, ludziom zaś bogactwo jest tylko użyczone. Dlatego ich powinnością jest takie jego używanie, zarządzanie i pomnażanie aby zgodne było z nakazami Boga.

Trudność sprawia odróżnienia islamskiego prawnika od islamskiego teologa. Tym bardziej, że w ciągu lat wytworzyły się 4 szkoły prawnicze (maszhaby), co prowadzi do różnych interpretacji problemu czy sporu, a te zależą od szkoły, jaką reprezentują.

Komisje islamskich banków składają się z bankierów i duchownych, którzy sprawdzają zgodność każdej nowej transakcji z szarią, ale każda z nich ma swój własny pogląd. W praktyce oznacza,że co dla jednego banku będzie do przyjęcia, dla innego już nie. Jednak łączy je kilka cech wspólnych: nacisk na obracanie własnym kapitałem, a więc ostrożność w przyznawaniu kredytów, zwłaszcza wysokiego ryzyka, a także zakaz uczestnictwa islamskich banków w spekulacjach hipotecznych w USA. To, co kiedyś uważano za wadę, dziś stało się zaletą.

Islam nie jest przeciwnikiem pomnażania kapitału, ani kupiectwa. Wprost przeciwnie. To prorok Mohamed o handlu i zysku wyrażał się pochlebnie. Chodzi o sposób, w jaki się go osiąga. Bieżące oprocentowanie, związane zazwyczaj z czasem, uznawane jest za grzeszne. Czasem dysponować może jedynie Bóg. Zwykły śmiertelnik nie może go używać do spraw świeckich zwłaszcza do zarabiania pieniędzy. Na legalny zysk trzeba sobie zasłużyć. Choćby biorąc na siebie część ryzyka związanego z handlem czy inną transakcją i dzieląc się ewentualną stratą.

 Odsetki, lichwa, przyrost, czyli riba w islamie są zakazane ale w różnym stopniu. Ścisły zakaz odsetek obowiązuje w 4 krajach: Arabii Saudyjskiej, Pakistanie, Sudanie i Malezji. W innych zakaz jest mniej ścisły. Koran zna przypadki, gdy odsetek nie daje się uniknąć, ale wtedy zyski winny być przeznaczone na cele charytatywne.

Nie muzułmanina zastanawiać może, jak w takich warunkach taki system finansowy może funkcjonować? A działa dzięki wytworzeniu w ciągu wieków takich instrumentów i mechanizmów, które umożliwiają normalne działanie. Prosty przykład: muzułmanin potrzebuje nowy samochód, a pieniędzy nie ma. Nie może też wziąć normalnego kredytu. A jednak auto dostaje. W tej sprawie zwróci się do swojego banku, który auto kupi od dilera lub od producenta, a następnie sprzeda je klientowi, który może je używać. Bank zawiera umowę, wedle której warunkiem jest zapłacenie zapłacenie wcześniej umówionej ceny. Do momentu spłaty wóz jest własnością banku. W odróżnieniu jednak od banków nie-islamskich, taki bank jest współudziałowcem, gdyż przez cały okres spłacania ponosi pewne ryzyko, że dłużnik zbankrutuje, czy po prostu umrze. Jest w tym pewne podobieństwo do leasingu, ale z punktu szarii, wszystko jest w porządku.

Islamskie instytucje finansowe mają do dyspozycji szereg „produktów” umożliwiających finansowanie wielkich projektów i udzielanych kredytów, z których do najciekawszych należą:

Mudaraba - Trust Financing - dzielenie zysku; jedna strona daje cały potrzebny kapitał, druga wkłada do projektu fachową wiedzę, prowadzenie inwestycji, a w razie potrzeby – siłę roboczą. Zysk dzieli się zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Straty idą na karb kredytodawcy.

Muszaraka - Partnership Financing – wspólne przedsięwzięcie – to dwustronna współpraca, gdy obie strony wnoszą kapitał. Zysk dzieli się wg wcześniej ustalonych warunków. Jeżeli jedna ze stron wnosi niezbędne know-how, ma później prawo do naliczenia wyższego udziału w zysku. Straty dzieli się między partnerami proporcjonalnie do włożonego kapitału.

Murabaha - Cost-plus Financing – koszty plus dopłaty – to umowa trójstronna. Bank jest tu nabywcą towaru od strony trzeciej. Podatki, opłaty, dopłaty do ceny muszą być wcześniej uzgodnione z klientem.

Idżara – kontrakt gdy bank kupuje i wydzierżawia (wynajmuje) towary żądane przez klienta, który opłaca podnajem. Wszystkie koszty i opłaty muszą być wcześniej ustalone. Po okresie dzierżawy i całości spłaty przedmiot pozostaje własnością banku. To sposób zbliżony do leasingu.

Istisna'a – umowa wg której jedna strona zobowiązuje się do wytworzenia danego produktu za wcześniej ustaloną cenę w określonym terminie. Ta forma ma miejsce najczęściej w budownictwie, pod tzw. klucz. Po zakończeniu projektu bank przekazuje rzecz (mieszkanie) klientowi, który je następnie spłaca wg wcześniej ustalonych terminów.

Qard hasan – bezprocentowa pożyczka dla klientów banku, którzy się znaleźli w trudnej sytuacji finansowej. Bank nalicza administracyjną opłatę. Niekiedy pożyczka może być udzielona podmiotom gospodarczym.

 Islamski system jest niebezpieczny z jednego powodu: ludzie mogliby zrozumieć, że może być inaczej, bez procentów i lichw, czyli dwóch filarów, na których zbudowano całe bogactwo bankierstwa w tzw. „cywilizowanym” świecie. A do tego nie można dopuścić. Dlatego używa się wszelkich sposobów aby stale ośmieszać wszystko, co jest związane z islamem, twierdząc, że jest on zacofany, nietolerancyjny, tyrański, krótko mówiąc – zło wcielone, które trzeba zwalczać. A to dość łatwo można tłumom zasugerować.

 

 

 

 

 



10:27, mrozmarek , Finanse
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 grudnia 2011
Co dalej z wałbrzyską Palmiarnią?

Motto: „Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce! Ale czy forsę ma? Niestety – nie!" - Bertold Brecht

 Pracownicy wałbrzyskiej palmiarni są wystraszeni. Nie wolno im rozmawiać z prasą, nawet nie wolno im wpuszczać na teren nikogo bez biletu. Co najwyżej całkiem nieoficjalnie mówią, że się boją. O pracę, o przyszłość. Bo to wszystko owiane jest mgłą tajemnicy. Pewne jest jedno. Palmiarnia niszczeje i w niczym nie przypomina tej sprzed ponad wieku, którą wzniósł Henryk XV von Pless w latach 1911-1914 jako dar dla żony, księżniczki Daisy.

 Przeszłość

Już samo to było wspaniałe, że ślub Marii Teresy Cornwallis-West (tak bowiem naprawdę nazywała się Daisy) z Hochbergiem prawie równo 120 lat temu w kościele św. Małgorzaty w Westminsterze. Tym bardziej wspaniały musiał być dowód miłości księcia, który postanowił uczynić z palmiarni prezent dla żony. Prace trwały 10 lat, a prócz egzotycznych roślin książę sprowadził także lawę podobno spod wulkanu Etna, która sprzyja ich wegetacji. Oprócz tego powstały ogrody w stylu japońskim i rosarium. Całość kosztowała 7 mln marek w złocie. Palmiarnia, będąca namiastką raju w szarym, zimnym i nieprzyjaznym Wałbrzychu, wraz z parkiem zamkowym oraz z samym zamkiem, tworzyły jedną, wspaniałą całość.

Współczesność

Pomysł, aby Palmiarnia wraz z Zamkiem Książ oraz Stadem Ogierów tworzyła jeden kompleks turystyczny nie jest nowy i towarzyszył niemal wszystkim ekipom rządzącym miastem. Rzecz w tym, że ani stado Ogierów, ani Palmiarnia nie są własnością gminy. Państwowe Stado Ogierów jest spółką z o.o. Skarbu Państwa, Palmiarnia zaś znajduje się w gestii Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu państwa, która od 12 lat nie może obiektu sprzedać. Gmina nie miałaby więc specjalnej konkurencji, ale sama jakoś do zakupu się nie kwapi.

Obecne władze miasta również wracają do tej koncepcji pod nazwą „Trakt Księżnej Daisy” - czytamy w „Raporcie o stanie miasta” ogłoszonym przez prezydenta Romana Szełemeja na listopadowej sesji rady miasta. Ma być częścią zespołu „projektów promujących szlak turystyczny od Zamku Książ do Centrum Aqua Zdrój, Starej Kopalni i Śródmieścia Wałbrzycha z pomocą obiektów zabytkowych, uzdrowiskowych oraz przedsięwzięć kulturalnych, handlowych i sportowo-rekreacyjnych” a największym przedsięwzięciem na Trakcie ma być Centrum Kongresowo-Kulturalne Zamek Książ wraz z Palmiarnią oraz Państwowym Stadem Ogierów Książ. A ponieważ miasto jest w trudnej sytuacji finansowej zakup za cenę proponowaną jako cena wywoławcza w przetargu nie wchodzi w rachubę.

Przyszłość

”Są dwie możliwości zbycia palmiarni: odpłatne i nieodpłatne” – mówi Marzena Szocińska – Klein – rzeczniczka Wrocławskiego Oddziału Terenowego ANR. „Agencja wystawia palmiarnię w Wałbrzychu do sprzedaży w drodze przetargu. Cena z ostatniego przetargu to ok. 4,8 mln złotych co po uwzględnianiu 50% obniżki na część wpisaną do rejestru zabytków daje ok. 2,5 mln zł. Nieodpłatne przekazanie obiektu zgodnie z aktualnie obowiązującą Ustawą o Gospodarowaniu Nieruchomościami Rolnymi Skarbu Państwa dla uprawnionych podmiotów m. in. dla gminy jest możliwe, ale pod warunkiem wykorzystania nieruchomości do realizacji zdań własnych. Nieruchomość przez 10 lat nie będzie mogła być wykorzystywana na działalność komercyjną a co za tym idzie nie będzie mogła generować dochodu. Na dzień dzisiejszy jednak nie wpłynął wniosek o nieodpłatne przekazanie.”

Deja vu

Że „darmocha” bywa niebezpieczna przekonano się jakieś dwa lata temu, gdy na jaw wyszła sprawa konieczności zapłaty przez miasto wielomilionowej kwoty w analogicznej sprawie tej samej agencji. Chodziło grunty rolne przekazane nieodpłatnie przez ANR pomiędzy Poniatowem a ulicą Uczniowską z przeznaczeniem m.in. na cele rekreacyjne. Jednak zamiast tego, na terenach tych powstały zakłady Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i choć potrzeby strefy nikt nie kwestionował, opozycja zakwestionowała kompetencje ówczesnych władz miasta, które nie dość, że nie zauważyły błędu w rezultacie czego za tereny trzeba było zapłacić, to przez zaniechanie doprowadziły do naliczenia milionowych odsetek.

To samo mogłoby się powtórzyć i tym razem i choćby z tego powodu nieodpłatne przejęcie przez miasto Palmiarni jest mało prawdopodobne, tak samo jak zakup w ramach przetargu. Sprzedaż prywatnemu właścicielowi jest również mało prawdopodobna. Bo choć rocznie odwiedza ją ok. 36 tys. osób, to nie pokrywa to kosztów utrzymania w wysokości ok. 800 tys. zł rocznie.

Jeżeli jednak nie znajdzie się właściciel, Palmiarnię czeka powolna agonia. Obiekt będzie niszczał aż do momentu przekroczenia punktu krytycznego, poza którym reanimacja będzie już niemożliwa. Taki scenariusz to w Wałbrzychu nic nowego. W klatach 90.tych w ten sposób zniknęło stąd szereg zakładów pracy doprowadzając miasto do zapaści, z której nie może wyjść do dziś.

Marzena Socińska-Klein ma jednak„nadzieję, że ten unikatowy obiekt znajdzie właściciela i będzie perełką przyciągającą turystów do Wałbrzycha i w ogóle na Dolny Śląsk”. I dobrze, bo nadzieja umiera ostatnia.



O autorze
Tagi