poniedziałek, 31 marca 2014
Adopcja cygańskich dzieci

 

 

Teresa Boučková , czeska pisarka, córka Pawła Kohouta, wraz z mężem zaadaptowała dwoje cygańskich chłopców, każde z innej matki, w nadziei, że zmiana środowiska zmieni ich naturę. (Później urodziło im się własne dziecko.) Prawda okazała się inna. Swoje doświadczenia opisała w książce „Rok kohouta”. Książkę tę mało kto w Polsce przeczyta, a sprawa jest ważna z kilku powodów: 1/ problem adopcji jako takiej; 2/ adopcja dzieci innej narodowości, zwłaszcza jak w tym przypadku – cygańskich; 3/ problem Cyganów i szans na ich asymilację; 4/ zderzenia kulturowe i cywilizacyjne.; 5/ dziedziczność a wychowanie, itd. Dlatego prezentuję poniżej tłumaczenie wywiadu jaki Boučková udzieliła Czeskiej Telewizji (ČT24) pt. „Po prostu, chciałam mieć rodzinę". Prowadząca - Daniela Drtinova – zgodnie z kanonami politpoprawności jak diabeł święconej wody unika kwestii cygańskiej, ani razu nie wspominając, że owi chłopcy to właśnie Cyganie. Czytając wywiad trzeba o tym pamiętać. Podobnie jak o tym, że mówi to osoba, która na własnej skórze doświadczyła tego, czego nie znają, a o czym lubią rozprawiać przeróżni jajogłowe pięknoduchy.

 

  • Kiedy ostatnio widziała pani swoich synów?

 

TB: Chyba dwa lata temu w Boże Narodzenie.

 

  • Gdzie teraz żyją?

 

TB: Nie wiem. Wałęsają się gdzieś po Pradze. Gdy jadę rowerem do centrów handlowych, czy podobnych miejsc, gdzie spotkać można bezdomnych, patrzę, czy ich tam nie zobaczę. Z tego powodu denerwuję się, bo spotkałam ich tam kilkakrotnie, ale to było dawno.

 

  • Czy całkowicie straciła pani z nimi kontakt? Nawet nie dzwonią?

 

TB: Mam teraz inny numer, którego nie znają. Tamten numer zlikwidowaliśmy. Czasami dzwonią do innych, którzy mają stale ten sam numer. Muszę jednak podkreślić, że aby do naszego spotkania doszło, muszą spełnić podstawowy warunek: zmienić styl życia; dopiero wtedy ucieszymy się z ich wizyty.

 

  • Było aż tak źle, że nie chcieliście ich widywać?

 

TB: To bardzo trudne, ale tego zrobić nie mogłam. Ta sytuacja nas rozbiła, chyba najbardziej mnie, ale się boimy. Strasznie się boimy tego poczucia marności i rozpaczy. Możemy tylko się odciąć i czekać.

 

  • Zostawiła pani ich losowi?

 

TB: Sami go wybrali. Gdzieś się podziewają. Mieszkamy ciągle w tym samym miejscu. Gdyby tego chcieli, wiedzieliby, gdzie nas znaleźć.

 

  • Średni syn był nawet w zakładzie zamkniętym? Nie można było inaczej?

 

TB: Obaj chłopcy tam byli. Nie można było. Gdzieś po siedemnastym roku życia tak się zmienili, że straciliśmy nad nimi kontrolę, a przecież ciągle byliśmy za nich odpowiedzialni. Trudno to wyjaśnić. W zakładzie byli pół roku, ale większość czasu spędzili na ucieczce.

 

- Brali dragi, kradli, a wyście za to płacili. Kiedy się wasza odpowiedzialność jako adopcyjnego rodzica skończy? Chyba już mają lub zbliżają się do pełnoletności?

 

TB: Myśleliśmy, że z tej traumy się nie wyleczymy. To był szok, że rodzinna sytuacja tak szybko zmieniła się na gorsze. Chłopcy byli problematyczni ale jakoś przez długi czas udawało nam się utrzymywać ich w ryzach. Później się wymknęli. Próbowali narkotyków ale nie to było głównym problemem. Coś, jakaś wielka siła ciągnęła ich do innego życia i nadal na nich działa. Po prostu nie chcieli żyć tak jak my i z nami.

 

  • Kiedy rozmawiała pani z dziećmi, o tym co robią źle, jak krzywdzą tych, co o nich dbają i chcą jak najlepiej, co odpowiadali?

 

TB: W taki sposób nie dało się dyskutować. Właściwie to ciągle rozwiązywaliśmy jakiś problem. Oni to odbierali jako ubliżanie, że zmuszamy ich żyć nie tak jak oni by chcieli. Oczywiście, oni mieliby inne zdanie na ten temat. Przestali chodzić do szkoły, na praktyki, nie chcieli cokolwiek takiego robić. Chcieli się wałęsać, ale także przyjść do domu, najeść się i wyspać. Tak jednak żyć nie mogli.

Tłumaczyliśmy im, że w ten sposób żyć na dłuższą metę się nie da. Nie da się w nieskończoność zadłużać, nie płacić bieżących rachunków, ubezpieczenia zdrowotnego. Dług narasta i w pewnym momencie ciężko będzie z tego pociągu wysiąść.

 

  • Czy wychowanie nic tu nie zmieni? Mówi się, że gdy dziecko czuje miłość, można jakimś sposobem prowadzić je przez życie. Ma pani inne doświadczenie?

 

TB: Prawie przez cały czas też tak sądziliśmy i tak robiliśmy. Wszystko załamało się gdzieś koło siedemnastego roku życia. Oni już nas nie chcieli słuchać. Dzisiaj sądzę, że to było niemożliwe. Spotykamy się z krytyką, że to myśmy zawinili i nie widzimy własnych błędów. W rzeczywistości, jak każdy rodzic, popełniliśmy wiele błędów, ale żeby to miało aż taki wpływ, co to to nie. Byliśmy porządnymi rodzicami, ale na to nie mieliśmy wpływu.

 

  • Jaki to miało wpływ na waszego najmłodszego syna (rodzonego – przyp. tłum.)?

 

TB: Przez wiele lat żyli jak bracia. Dopiero w ostatnim czasie było ciężko ale syn nie chciał o tym mówić. Sam musi to jakoś przeżyć, przepracować w sobie. To nie jest proste. Kilka razy spotykał swoich braci na ulicy gdy byli w nieciekawym stanie. To trudne dla wszystkich.

 

  • Przeżyła pani piekło, o czym jest książka „Rok kohouta”. Czy to sposób na terapię, jak wydostać z siebie wewnętrzne piekło?

 

TB: Wielu ludzi przeżywa jeszcze większe piekła. Gdy się naraz rozpada świat wartości budowany przez lata, znajdziemy się w piekle. Początkowo nie mogła z niego znaleźć drogi wyjścia, ani siły. Byłam tym tak przytłoczona, że aż się dziwię. Jednak zawsze walczyłam ze ślepym losem ale wtedy nie byłam zdolna do niczego. Była bezsilna.

Ale jeśli człowiek przez długi czas ma jakieś kłopoty, to się jakoś całkowicie zmienia. Dałam tym dzieciom 20 lat życia, a po tym czasie doszłam do wniosku, że to wszystko na nic. A z tym ciężko się pogodzić. Pisanie mi pomogło; odbiłam się od dna.

 

  • Pisała pani zapiski w formie dziennika pisarza, który nie może pisać. Jak ta książka powstała?

 

TB: Zapiski powstawały w najgorszych momentach, gdy litowałam się na sobą, wypłakiwałam się w nich, bo cały smutek był we mnie. Nie da się tym dzielić z ludźmi. Może to nie wydawać się aż tak groźne, ale ta ciężka sytuacja prowadzi do głębokiej depresji.

Zrozumiała, że nikt mi pomóc nie może, to muszę zrobić sama. Trzeba znaleźć odwagę aby sytuację z adoptowanymi dziećmi rozwiązać radykalnie. To trudne, bo istnieją związki wynikające z adopcji. Podjęte kroki muszą usunąć zagrożenia dla rodziny, ale oznacza to to także odporność na opinię społeczną; wielu ludzi widzieć będzie dzieci jako adoptowane, z których nie byliśmy zadowoleni.

Ale się z tego otrząsnęłam. Gdy minął rok a ich odejście stało się trwałe, zaczęłam prowadzić zapiski. Pracowałam jak nad powieścią i sądzę, że książka nie ma wyłącznie dokumentalnego charakteru, bo też to nie jest dokument. Mam nadzieję, że książka ma wartość sama w sobie. Nawet gdy ja zostanę zapomniana, książka dalej będzie mówić. Taką przynajmniej mam nadzieję.

 

  • Dla pani książka była terapią. Chłopców adoptowaliście, gdy byli mali. Nie mogliście wybierać, za was wybrała pracownica socjalna. Potem, cudem, urodziło się wam własne dziecko. Zastanawiała się pani nad losem, który panią doświadczył? Choć to może głupie co mówię, ale czy to nie była jakaś forma twórczego cierpienia, z którego powstała książka? Czy nie była to siła wyższa, która prowadziła panią przez życie?

 

TB: Przecież nie brałam dzieci po to, aby po 20 latach napisać książkę(...) Wolałabym tej książki nigdy nie napisać i cieszyć się chłopcami, tym, że żyją właściwie i odpowiedzialnie. Tak się nie stało. W miarę pisania cały ten smutek i poczucie daremności ze mnie opadał. Ale też nie myślałam, że będę sławna z powodu książki, choć była to skuteczna terapia(...)

 

  • Spójrzmy na mentalność niechcianych dzieci wychowywanych w domach dziecka. Może powstają zaburzenia emocjonalne do tego stopnia, że jedynie podniety fizyczne mogą je zaspokoić i przez co nie są zdolni do uczuciowych więzi?

 

TB: Mówi się, że sfera uczuć powstaje u człowieka w pierwszym roku życia. Ci chłopcy pierwszy rok życia spędzili w przytułkach, zmieniali się wokół nich ludzie, w brzuchach matek byli niechciani. Musi więc powstać zadra na całe życie.

Gdy człowiek jest mały, można to jakoś korygować, ale dojrzewanie charakter ujawnia. Mówi się, że w okresie dojrzewania dostaje się małpiego rozumu ale potem to mija. Będę szczęśliwa, gdy choćby to tylko się zmieni a chłopcy zmądrzeją. Niestety, wiem, jacy są i żadnej sfery uczuć u nich nie widzę.

 

  • Ale nie można powiedzieć, że te dzieci są złe, one są wewnętrznie skażone…

 

TB: Że są złe, to nie. Chodzi o jakiś defekt osobowości, o jakiś brak emocjonalny w charakterze człowieka. Są i wyjątki. Są dzieci adoptowane (niechciane, odepchnięte), którym wyszło, sprawdziły się. Pewnie zależy to od tego, co mają po rodzicach, oraz jak szybko trafią do nowej rodziny.

 

  • Jak się zachowywały dzieci, gdy trafiły do was z zakładu? Inaczej niż dzieci, które od początku są ze swymi rodzicami?

 

TB: Mogłam to porównać. Adoptowane nie płaczą długo, bo wiedzą, że płacz nikogo nie przywoła.

Są jakby na planie filmowym. Dziecko z normalnej rodziny jest tak zafiksowane na matkę, że ciągle się za nią ogląda. Później to się zmienia. Boją się każdej nowej twarzy, są bardzo niezrównoważone. Długo liczyłam, że stopniowo da się chłopców psychicznie zrównoważyć. Czasami wszystko na to wskazywało. Ale każda nowa sytuacja odbiegająca od normy wszystko niszczyła tak, że reagowali nieodpowiednio. Takie dzieci są w jakiś sposób niedojrzałe.

 

  • A co z inteligencją?

 

TB: To osobna sprawa. Jeden z naszych adoptowanych synów jest bardzo inteligentny, a drugi mniej bystry, bardziej uczuciowy. W przypadku tego bystrego przypuszczaliśmy, że się emocjonalnie z nami zwiążę, ale tak się nie stało.

 

  • Determinanty psychiczne są silniejsze...

 

TB: Czegoś tam brakuje. Przejawia się to gdy dziecko przestanje szanować proponowane i narzucone modele rodziny. Naraz chce czegoś innego i samo nie potrafi się przed tym powstrzymać

 

  • Jaki to miało wpływ na wasze więzi małżeńskie? Umocniło je czy osłabiło?

 

TB:Chwilami było źle. Związki małżonków, którzy adoptują dwójkę dzieci, a którzy w trakcie wychowania nie rozejdą się, są naprawdę silne. Nasze siły były na wyczerpaniu, ale to właśnie dodatkowo nas związało/... /

 

  • Powiedziała pani, że adopcji by zakazała, urażając tym wielu ludzi, którzy mieli więcej szczęścia. Rzeczywiście adopcję, jako instytucję, należałoby zlikwidować?

 

TB: nie powiedziałam,że bym zakazała, ale zlikwidowała; nie mogę niczego zakazywać. To bardzo trudne. Większość z adoptujących dzieci chciałaby mieć rodzinę, pragną potomstwa, ale na swoje nieszczęście mieć nie mogą. Tyle, że może stać się i tak, jak u nas, gdy wszelkie iluzje runęły a wraz z nimi wszystkie wartości i całe życie. Dotyczy to wszystkich stron. Nasi chłopcy z nami nie chcieli żyć – w każdym razie w ten sposób. Może lepsza byłaby jakaś forma opieki zamiast adopcji do osiemnastki, tyle że tu w grę wchodzą kwestie majątkowe itp.

Opieka taka byłaby czystą formą: dziecko zyskuje zastępczych rodziców i wszyscy to wiedzą. Nasi chłopcy też wiedzieli, że są adoptowani, niczego przed nimi nie ukrywaliśmy. Ale gdy to zaczęło się rozpadać i to my ponosiliśmy materialną odpowiedzialność i wszystko wskazywało, że ponosić będziemy nadal, uznałam, że coś jest nie w porządku.

 

  • Czy specjaliści rodzinni mieliby bardziej informować romantycznie do adopcji nastawione pary, co siedzi w głowach tychże dzieci? Mieliby ostrzegać, że dzieci dojrzewają ale psychiczne traumy mogą pozostać? Wiedzą o tym pary?

 

TB: Mogą wiedzieć. Np. na stronach internetowych dotyczących adopcji strasznie mnie krytykują, jaka to jestem niszczycielką adopcji, jak zabieram dzieciom szansę otrzymania rodziny. Myślę jednak, że nie można mówić tylko o pozytywnych stronach adopcji i jak to zostaniemy za to nagrodzeni. Dobrze wiedzieć, że mogą nadejść ciężkie chwile. Nie po to aby ciągle żyć w obawie gdy tak się stanie, ani żeby wiedzieć, że nie musi być dobrze i w wielu przypadkach nie jest, ale żeby niczego nie ukrywać...

 

  • W czym jest największe ryzyko adopcji, gdy biologiczni rodzice są nieznani? Jak by tu pani doradziła rozważającym ten krok na podstawie własnych doświadczeń?

 

TB: Polega to na tym, że gdy dzieci dorosną, lub zaczną dorastać, naraz uświadomicie sobie, że jesteście całkiem innymi ludźmi, że wasze życie nie ma na n ich żadnego wpływu, że dawaliście przykład a tam nic nie zostało. Niczego nie zasialiście, bo te różnice są zbyt duże.

Nie znam skali. Ludzie, którzy chcą wziąć dziecko bo nie mają lub nie mogą mieć własnego, czy też dlatego, że chcą dać miłość i rodzinę opuszczonemu dziecku, powinni wiedzieć, że mogą nastąpić zdarzenia, których nikt nie przewidzi... Że to dziecko jest zdeterminowane psychicznie i wychowanie niewiele zmieni... Nie każde, rzecz jasna, musi być takie, zależy to od jego rodziców. Już samo to ma znaczenie, że je matka opuściła, a ojciec jest nieznany. Po tym można przewidzieć co najwyżej połowę wydarzeń. To wielki problem. Dziecko dorasta, a wam także przybywa lat, człowiek jest już zmęczony i nieraz stwierdzi, że już nie ma sił i nie może złapać oddechu.

 

  • Gdyby przyjaciółka poprosiła o radę, co by pani powiedziała? Adoptować czy nie adoptować dziecka? Jak postępować a czego się wystrzegać?

 

TB: Najpierw bym się spytała o powody, dlaczego chce adopcji? Powód musi być mocny i jasny. Postawa romantyczna nie ma racji bytu gdy zaczną się problemy. Powód musi być równie silny dla obu małżonków, bo oboje muszą się wspierać w ciężkich chwilach. Reszta to kwestia dyskusji, ale podkreślam: najważniejsze to wiedzieć, czego i dlaczego się chce.

 

  • Co wam ostatecznie pomogło odbić się od dna, że was nie zmieliło?

 

TB: Prawdę mówiąc – nie wiem. Może to, że było ich trzech a nie dwóch: został nam w domu jeden syn. Sytuacja zmusza do wyciągnięcia ostatnich sił, tak że na koniec dziwimy, że mamy więcej sił niż sądziliśmy/.../

 

 

08:12, mrozmarek , Czechy
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Tagi