wtorek, 29 marca 2016
Niezamierzone zapiski z podróży do przedwyborczych Niemiec

Wacława Klausa


Zapiski z podróży piszę już wiele klat, ale głównie z egzotycznych krajów. Tym razem czynię wyjątek, ponieważ Niemcy pomału stają się krajem egzotycznym.

Niemcy ponownie stały się placem boju Europy. W ciągu ostatniego stulecia nie po raz pierwszy. To smutne, nie oczekiwaliśmy tego, ale tak jest. Ale właśnie to motywuje mnie aby tam jeździć. Totalna sterylność starych partii politycznych znalazła alternatywę w postaci młodej  AfD - Alternative für Deutschland.
Popełnia jeszcze błędy początkujących, ale jest nadzieja. Dlatego wystąpiłem na kilku przedwyborczych mitingach tej partii. Swoimi przeżyciami chcę podzielić się z  tymi, którzy chcą słuchać. Mam poczucie, że w porównaniu z Niemcami, żyjemy w całkiem normalnej sytuacji politycznej. Ciągle jeszcze w tym, co się da nazwać się demokracją, zepsutą brukselskim dyktatem.
Pierwszym problemem okazało, że pomimo umówienia terminu kilku akcji długo nie było wiadomo, gdzie mają się odbyć. Tego początkowo nie mogliśmy zrozumieć. Wyjaśnienie okazało się proste: gdy tylko w niespokojnych Niemczech określono miejsce przedwyborczej akcji AfD, powstały naciski na właścicieli obiektów – sal, hal, hoteli – aby do tego n ie doszło.
Właściciele ci, wycofywali się z wcześniejszych uzgodnień. Bali się. Dlatego przez długi czas nie było znane miejsce akcji, co mnie szokowało. Wiedziałem naprzód, w którym hotelu będę mieszkać; w przypadku dwóch ostatnich akcji było to wiadomo trzy dni wcześniej.  Potem organizatorzy zwoływali uczestników przez internet – plakaty przez polityczną konkurencję, tj. lewicowych anarchistów, były niszczone.
We wiecach, w których uczestniczyłem, (moje ostatnie wystąpienie po niemiecku jest na www.klaus.cz) brały udział setki osób – ludzi spokojnych, grzecznych, czyli zachowujących się przyzwoicie. Ludzi, będących tak jak ja, zaniepokojonych obecną sytuację w Niemczech, zwłaszcza  olbrzymią falą imigrantów.
Zamieszki były tam, gdzie agresywnie występowała ekstremalna lewica. W Badenii i Wittenbergi, w przeddzień przed wystąpieniem Frauke Petry – przewodniczącej AfD, wybito wszystkie szyby w sali, gdzie miało to nastąpić. Gdy byłem tam drugi dzień, kilka ulic dalej, przy bardzo dokładnym nadzorze policji, wszędzie był spokój. Mówię o miastach: Willingen-Schwenningen i Donauschingen.
W tym ostatnim zainteresował mnie obóz dla uciekinierów z trzema tysiącami imigrantów, umieszczonych w byłych koszarach francuskich, zajmowanych przez żołnierzy jednej ze zwycięskich potęg drugiej wojny światowej.
Po półtora godzinnym spotkaniu w redakcji regionalnych  Neckarquelle zrozumiałem, że  – powtarzana  w wystąpieniach – teza, że tak w Europie jak i w Niemczech ludzie są ”manipulowani, indoktrynowani, sterowani” jak byliśmy i my w późnej erze komunizmu, jest w pełni uprawniona. Wyjaśniałem, że nie chodzi o lata pięćdziesiąte. To spotykało się z aplauzem publiczności ale dziennikarze nie chcieli tego zrozumieć.  I w tym kontekście trzeba widzieć te dzieci  w łódkach na morzu Egejskim. Starałem się wyjaśnić im, że to nie mówi nic o tym, dlaczego i skąd uciekają.
W Nadrenii-Westfalii (drugi z trzech landów niemieckich, w których odbywają się wybory parlamentarne) było podobnie. Jedyna różnica to ta, że kilka minut po moim wystąpieniu, gdy przemawiała  Frauke Petry, zaczęły wyć syreny pożarnicze i wszyscy musieli opuścić salę i hotel.
Był to fałszywy alarm (czego doświadczyłem kilkakrotnie podczas kampanii wyborczych u nas na początku lat dziewięćdziesiątych) jednak wiec, na który przyjechali ludzie z daleka, był rozwalony.
Wysłałem w tej sprawie kilka SMS-ów, reakcja była np. traka: „to jest wojna” ale i „Welcome Germany 2016“. Mile napisał mi Milan Knížák: „Przykro mi ale to przygoda. Jesteśmy z Tobą, wojaku antyeuropejskich sił. Salutuje M. K.“ Nawiasem, w trakcie tej rozbitej akcji obok mnie siedział przewodniczący AfD Nadrenii-Westfalii, Uwe Junge, 58 letni pułkownik Bundeswehry. Nie jest o więc takie oczywiste, kto należy do AfD. W akcji wziął udział przewodniczący miejscowego oddziału AfD w Neuwied (65.000 mieszkańców), nauczyciel niemieckiego i historii w miejscowym gimnazjum.
Popołudniowy spacer przez miasto, bardzo mało wyraziste -same piesze strefy – ale bez zniszczeń wojennych historycznego centrum, z bardzo pustą, powojenną architekturą, był bardzo pouczający. Jest to miasto emigrantów ale tych z lat wcześniejszych. Same libańskie, arabskie, azjatyckie restauracje i kawiarnie, same kebaby, środowisko całkowicie niejednorodne. (Niemcy ponoć mieszkają na przedmieściach, ale żadnego nie widziałem.)
Wyniki wyborów będą w każdym razie pouczające. Wiele powiedzą o Niemczech. Po przerwanych przedwyborczych akcjach, w hotelowej telewizji widziałem program o przygotowywanych wyborach w Turcji. Jakiś wysoki przedstawiciel ONZ mówił, że ONZ musi kontrolować wybory w Turcji. Może ONZ powinna obserwować wybory w Niemczech.


Tekst z 13 marca 2016 ukazał się na www.ceska-justice.cz

poniedziałek, 07 marca 2016
Widzialne znaki niewidzialnej ręki

Jak zawsze w takich przypadkach zwolennicy teorii zamachu wyśmiewani są epitetem zwolenników spiskowych teorii, ale przecież spiski się zdarzają, tak jak zdarza się, że samoloty spadają a w samochodach pęka opona, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że znajdować się w nich będą prezydenci Polski i do tego z tej samej opcji politycznej? Że obaj stanowią nie mówiąc już, że oba wydarzenie dzieli 6 lat?

Sekwencja zdarzeń jest taka, że pęknięcie opony poprzedziło ujawnienie akt z domu Kiszczaka, zwłaszcza tych o Lechu Wałęsie, o którym powiedziano już chyba wszystko więc szkoda nań czasu. Ale jedną rzecz trzeba ustawicznie powtarzać, bo nie przebiła się do świadomości społecznej: to jak i czym jest III RP i jakie mechanizmy w niej działały. Bo przecież nie chodzi o to, czy i kiedy donosił oraz na kogo. To rzecz drugorzędna. Pierwszorzędna to ta, że był on sterowany przez jakieś siły niejawne i niech tu nikt nie wyskakuje z twierdzeniem, że Wałęsą trudno sterować. Wprost przeciwnie. I nie chodzi o wydawanie poleceń, które on by wykonywał, pod tym względem może tak, Wałęsa uważał się za potomka cesarza rzymskiego, jak wynika z jego rozmów z bratem w Arłamowie. Cesarzem, a choćby tylko jego potomkiem, steruje się trudno. Ale łatwo, gdy zna się jego kompleksy i gdy umieści się go w określonej sytuacji dając mu się wolną rękę. Wtedy jest całkiem przewidywalny. Skądinąd wiadomo, że jednym ze sposobów rozwalenia jakiejś organizacji od środka, jest postawienie na jej czele jakiegoś durnia z deficytem emocjonalnym a on już zrobi resztę, skutecznie usuwając ludzi zdolnych zastępując ich miernotami gorszymi od siebie. Tak , moim zdaniem, było w 1989 r. kiedy rodził się nowy twór państwowy i tę metodę zastosowano.

Pamiętam rok 1990 i wybory na prezydenta, w których do finału doszli Stan Tymiński i nasz Kukuniek. Pamiętam, jak służby lansowały tego drugiemu fałszując przeciwko temu pierwszemu dowody rzekomej współpracy ze służbami, rzekomy pobyt w Libii itd. Pamiętam jak w ostatecznej debacie, w które mieli się zetrzeć ale do której nie doszło bo Tymiński odpuścił, Kukuniek rozsiadł się i wpadając w charakterystyczny dla siebie słowotok powiedział, że pytał się ICH, czy coś na niego dali Tymińskiemu i to coś mogło stanowić zawartość słynnej „czarnej teczki”, ale mu powiedzieli, że nie dali, więc on jest pewny, że nie.

Któż to są ci ONI? Jeżeli Wałęsa zerwał współpracę z SB, to wszystko wskazuje na służby wojskowe, od połowy lat 80.tych, a konkretnie od zabójstwa x. Popiełuszki, panujące niepodzielnie. Wyświetlenie tej zbrodni pod kątem prowokacji zmierzającej do tego właśnie celu byłoby krokiem milowym rozumienia kulis powstania i działania III RP i współczesnego wiata. Ale zostawmy to przynajmniej do czasu ujawnienia aneksu do raportu o WSI, bo na dziś ważniejszy jest układ, który Wałęsa żyruje, a który na tej podstawie powstał, symbolizowany przez tego groteskowego fauna wystruganego ze szparaga na wodza KOD-u. W kraju poważnym, a choćby tylko normalnym, facet za uchylanie się od płacenia alimentów miałby komorników na głowie o ile nie gniłby w kryminale, ale nie w Polsce, gdzie gnije się za dużo mniejsze przewiny. Ja, co oczywiste, odrzucam od razu ewentualny argument, że to obawa przed zarzutem o łamanie demokracji i praworządności, bo to przeciwnik polityczny. Jeżeli tak jest, to z naszym państwem jest jeszcze gorzej niż sądzimy. Ono zbliża się do granicy, po przekroczeniu której nie będzie istnieć już nawet teoretycznie, bo powody są inne, np. taki, iż układ resortowy jest zbyt silny. Także ten, który za nim stoi.

Kijowski, Lis i inni to tylko pionki i co najwyżej znaki widzialne sił niewidzialnych broniące swojej bezkarności, bronią też układu żerującego na budżecie państwa. To jedna strona. Jest i druga bo trudno uwierzyć, że jest to siła jedyna i do tego rodzima i że nie działa bez wspomagania zewnętrznego. KOD i tym podobne organizacje zasilane muszą być z zewnątrz, jak zresztą każda grupa rewolucyjna.

Więc nie ma przypadków, są znaki. Tym razem znak jest ostrzeżeniem, takim jakie otrzymał w Gruzji Lech Kaczyński. Stawiałbym więc na ostrzeżenie.

O autorze
Tagi