piątek, 29 maja 2015
Zagrożona własność ziemi zagrożeniem wolności

Elizabeth Fraser na Global Research zastanawia się kto jest właścicielem gruntów rolnych na Ukrainie?

 

Waży się los ukraińskiego rolnictwa. W zeszłym roku Instytut Oaklandski oznajmił, że ponad 1,6 mln hektarów gruntów na Ukrainie jest pod kontrolą zagranicznych korporacji, a według innych danych – 2,2 mln ha. Spora część jest w tzw. szarej strefie, stąd trudno określić kto i ile ziemi kontroluje na Ukrainie.

Spółki i akcjonariusze stojący za zagranicznymi zakupami gruntów pochodzą z różnych stron świata. Np. duńska „Trigon Agri“ posiada ponad 52 tys. ha. Trigon powstała w 2006 r. z wkładem początkowym pochodzącym od fińskich „osób zamożnych”. Wśród jej największych akcjonariuszy są: JPM Chase (Wielka Brytania 9,5%), Swedbank (Szwecja, 9,4%), UB Securities (Finlandia, 7,9%), Euroclear Bank (Belgia, 6,6%) i JP Morgan Clearing Corp (USA, 6,2%). United Farmers Holding Company – własność inwestorów z Arabii Saudyjskiej, kontroluje ok. 33,000 ha ukraińskich gruntów poprzez Continental Farmers Group PLC. AgroGeneration posiada 120,000 hektarów i jest zarejestrowana we Francji, a ponad 62% jej akcji ma SigmaBleyzer – spółka inwestycyjna z Teksasu.

Amerykański fundusz emerytalny NCH Capital posiada 450,000 ha. Powstały w 1993 r. chlubi się miejscem wśród pierwszych zachodnich inwestorów na Ukrainie po oddzieleniu się od ZSRR. Podczas ostatniej dekady spółka systematycznie wydzierżawiała niewielkie, nie przekraczające 6 ha kawałki gruntów, łącząc je potem w wielkie farmy, dziś działające na skalę przemysłową. Zdaniem generalnego partnera NCH Capital - Georga Rohra, dzierżawy dają spółce prawo zakupu tej ziemi, jak tylko zniesione zostanie moratorium na zakup ziemi na Ukrainie.

Inne spółki mają kierownictwo ukraińskie lub mieszane i mogą być zarejestrowane w rajach podatkowych jak Cypr, Austria i Luksemburg. Niektórymi z nich rządzą ukraińscy oligarchowie. Np. UkrLandFarming dzierżawi największy obszar rolny 654,000 ha, a 95% akcji posiada multimilioner Oleg Bachmatiuk,zaś 5% sprzedano niedawno Cargill. Inny, Jurij Kosjuk, piąty najbogatszy Ukrainiec, jest generalnym zarządcą MHP, jednej z największych korporacji rolnych, posiadającej 360,000 ha gruntów.

Polityczny kryzys dotknął także większość ukraińskich firm. Np. Zarejestrowana na Cyprze Mriya Agro Holding, mająca 300,000 ha. W 2014 r. jej strona internetowa (dziś już niedostępna) podała, że 80% akcji należała do ukraińskiej rodziny Gutowów. Pozostałe 20% akcji jest na frankfurckiej giełdzie papierów wartościowych. Według sprawozdań, latem 2014 r. spółka nie zapłaciła za dwie wielkie euroobligacje, przez co podważyła własną pozycję na przyszłość. Jednak najpierw dostała pomoc amerykańskiej Blackstone Group i ukraińskiej Dragon Capital, przy czym obydwie pomoc po miesiącu wycofały, podobnie jak międzynarodowa firma audytorska i usług finansowych Deloitte. Międzynarodowa grupa posiadaczy zobowiązań, złożona z kilku amerykańskich i brytyjskich grup finansowych (na czele z CarVal Investors – inwestycyjną ręką Cargill), ma łącznie 50% jej długów z eurobligacji 2018 i 15% z euroobligacji 2016. Przyszłość tej spółki jest niepewna, a niektórzy przepowiadają bankructwo.

Inne ukraińskie przedsiębiorstwa zarejestrowane w rajach podatkowych także przeżywają trudności. Sintal Agruculture Public Ltd (z siedzibą na Cyprze, notowana na giełdzie frankfurckiej od 2008 r posuadająca150,000 ha ziemi) zawiesiła do odwołania transakcje swoich akcji 29 stycznia 2014, po ogłoszeniu niewypłacalności.

Potencjalne bankructwo tychże korporacji i kryzys związanych z nimi zachodnich inwestorów, wywołuje pytanie co do dalszej przyszłości należących doń gruntów ornych. Nie wiadomo czy i jaka będzie kontrola nad wspomnianymi gruntami oraz jaką rolę mieć będą zagraniczne fundusze i spółki, które w te korporacje zainwestowały. O ile sprawy potoczą się podobnie jak w Rumunii, zagraniczna kontrola nad lokalną ziemią stanie się faktem.

Bo właśnie Rumunia ma podobną historię po likwidacji spółdzielni rolnych, przeniesienia gruntów na spółdzielców i uchwalenie moratorium na sprzedaż ziemi ornej. Luki prawne stworzyły zagranicznym firmom okazję do przejęcia gruntów poprzez prawo upadłościowe.

Nie wiadomo, czy na Ukrainie może być zastosowany podobny scenariusz. Rumuńska lekcja pokazuje konieczność dokładnego nadzoru nad umowami o nabycie ziemi. Co gorsza, niejasna sytuacja dotycząca własności ziemi na Ukrainie wywołuje wiele pytań. Najważniejszym jest, czy narastająca koncentracja ziemi w rękach kilku oligarchów i zagranicznych korporacji jest korzystna dla kraju,ludzi i gospodarki.

Pytanie wydaje się retoryczne a odpowiedź oczywista. Przejęcie ziemi przez zagraniczne korporacje z jednej strony pozbawia własności dane narody, z drugiej – powoduje ich kontrolę nad produkcją i rynkiem żywności. A to oznacza stoczenie się państwa na poziom niewolnictwa.

I myli się ten, kto sądzi, że jest to problem takich państw jak Rumunia czy Ukraina. Scenariusz przejmowania ziemi poprzez wcześniejsze zadłużenie i doprowadzenie do bankructwa, możliwy jest wszędzie.



poniedziałek, 25 maja 2015
Bojownicy ISIS są „przemycani do Europy w łodziach imigrantów“

twierdzi Mark Piggott (Isis militants are being 'smuggled to Europe in migrant boats', Libyan government adviser na ibtimes.co.uk.)

 

Islamska organizacja terrorystyczna Państwo Islamskie (ISIS) przemyca swoich bojowników do Europy w łodziach imigrantów z Libii – twierdzi Abdul Basit Haroun - doradca rządu tego północnoafrykańskiego państwa. Informacje, wg których ISIS sporo wydaje na ten cel, pochodzą od libijskich przemytników. „Europejskie policje nie wiedzą, kto jest bojownikiem, a kto zwykłym uciekinierem”. Dla radia BBC 5 Live, powiedział, że coś planują w najbliższym czasie.

Haroun potwierdza niejako obawy Nigela Farage: „Obawiam się, że stoimy wobec zagrożenia dla naszej cywilizacji, pozwalając, aby wielka ilość ludzi z ogarniętego wojną regionu, przyszła do Europy.”

 Były podwójny agent agent Al-Kajdy Aimen Dean powiedział BBC, że wie o dwóch egipskich braciach, którzy przedostali się do Włoch z libijskiej Syrty w orszaku mężczyzn „głęboko pobożnych i płynnie mówiących po włosku i francusku.”

Podobne obawy wykazali Globalna Inicjatywa Przeciw ponadnarodowej zorganizowanej przestępczości i dr Jamie Shea z NATO, choć wielu ekspertów jest sceptyczna. Raffaello Pantucci z trustu mózgów Rosji powiedział: „Słyszałem od różnych ludzi, że tak się dzieje i nie lekceważę tego, ale sceptycyzm mój bierze się stąd, że nie mogę zrozumieć, po co by się trudzili w tak ryzykowny sposób?”

 Według szacunków ONZ tylko w tym roku około 60 tys. osób próbowało przedostać się głównie z Libii do Włoch. Co najmniej 1800 z nich utonęło w pierwszych miesiącach 2015 r.

Europejscy ministrowie na spotkaniu 18 maja przyjęli plan wojskowych ataków na łodzie uciekinierów jeżeli uda im się opuścić wody północnej Afryki. Mail on Sunday twierdzi, że brytyjskie łodzie podwodne będą je zatapiać lub zawracać.

Amerykańska polityka osłabiania Europy poprzez „podpalenia” północnej Afryki i Bliskiego Wschodu zdaje się być coraz bardziej kłopotliwa. Gorzej wychodzi im osłabianie Rosji i Chin przez „podpalanie” Azji południowej. Ale wszystko wskazuje, że idzie do przesilenia.

 

 



Tagi: Isis
10:51, mrozmarek
Link Komentarze (3) »
Bojownicy ISIS są „przemycani do Europy w łodziach imigrantów“

twierdzi Mark Piggott (Isis militants are being 'smuggled to Europe in migrant boats', Libyan government adviser na ibtimes.co.uk.)

 

Islamska organizacja terrorystyczna Państwo Islamskie (ISIS) przemyca swoich bojowników do Europy w łodziach imigrantów z Libii – twierdzi Abdul Basit Haroun - doradca rządu tego północnoafrykańskiego państwa. Informacje, wg których ISIS sporo wydaje na ten cel, pochodzą od libijskich przemytników. „Europejskie policje nie wiedzą, kto jest bojownikiem, a kto zwykłym uciekinierem”. Dla radia BBC 5 Live, powiedział, że coś planują w najbliższym czasie.

Haroun potwierdza niejako obawy Nigela Farage: „Obawiam się, że stoimy wobec zagrożenia dla naszej cywilizacji, pozwalając, aby wielka ilość ludzi z ogarniętego wojną regionu, przyszła do Europy.”

 Były podwójny agent agent Al-Kajdy Aimen Dean powiedział BBC, że wie o dwóch egipskich braciach, którzy przedostali się do Włoch z libijskiej Syrty w orszaku mężczyzn „głęboko pobożnych i płynnie mówiących po włosku i francusku.”

Podobne obawy wykazali Globalna Inicjatywa Przeciw ponadnarodowej zorganizowanej przestępczości i dr Jamie Shea z NATO, choć wielu ekspertów jest sceptyczna. Raffaello Pantucci z trustu mózgów Rosji powiedział: „Słyszałem od różnych ludzi, że tak się dzieje i nie lekceważę tego, ale sceptycyzm mój bierze się stąd, że nie mogę zrozumieć, po co by się trudzili w tak ryzykowny sposób?”

 Według szacunków ONZ tylko w tym roku około 60 tys. osób próbowało przedostać się głównie z Libii do Włoch. Co najmniej 1800 z nich utonęło w pierwszych miesiącach 2015 r.

Europejscy ministrowie na spotkaniu 18 maja przyjęli plan wojskowych ataków na łodzie uciekinierów jeżeli uda im się opuścić wody północnej Afryki. Mail on Sunday twierdzi, że brytyjskie łodzie podwodne będą je zatapiać lub zawracać.

Amerykańska polityka osłabiania Europy poprzez „podpalenia” północnej Afryki i Bliskiego Wschodu zdaje się być coraz bardziej kłopotliwa. Gorzej wychodzi im osłabianie Rosji i Chin przez „podpalanie” Azji południowej. Ale wszystko wskazuje, że idzie do przesilenia.

 

 



Tagi: Isis
10:51, mrozmarek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 maja 2015
Ślepa uliczka fałszywej litości

Dziś cisza wyborcza więc z trochę innej beczki. Wczoraj zakończył się festiwal Eurowizji, z którym nasze media wiązały, jeżeli sądzić o wrzawie, wielkie nadzieje. Miało być wspaniale, zwycięstwo niemal pewne, a wyszło jak zwykle. Monika Kuszyńska, reprezentantka Polski, na 27 startujących w finale, zajęła 23 miejsce i 10 punktów. Wygrał jakiś Szwed wzorujący się na Stingu, no ale jaki festiwal, taki Sting.

O tym, że Monika Kuszyńska będzie reprezentować Polskę w konkursie Eurowizji dowiedziałem się przypadkowo kilka miesięcy temu, przy okazji przerzucania kanałów w nadziej, że na coś się trafi. I pewnie fakt ten umknąłby w niepamięć gdyby nie to, że zauważyłem wózek inwalidzki z naszą reprezentantką i dziwną, minę przypominającego starego satyra - Juliusza Brauna - prezesa TVP.

Być może nie wszyscy pamiętają, że konkurs Eurowizji powstał w 1956 r. jako impreza organizowana przez i dla telewizji publicznych zrzeszonych w EBU, mogących wystawić po jednym reprezentancie. Za rok więc będzie obchodzić 60-lecie istnienia i niestety, do tego czasu chyba jeszcze dociągnie.

Konkurs Eurowizji nigdy mnie nie pociągał, był jakiś taki sztuczny, nadęty, ale, co muszę przyznać, wylansował kilka gwiazd pierwszej wielkości takich jak ABBA, Celine Dion, Julio Iglesias, czy Olivia Newton-John. Byli to wykonawcy, wtedy przynajmniej, nieznani, choć nie wykluczam, bo nie znam kulisów tego festiwalu, że były tam jakieś ustawki. Bo pretensje były, jak choćby Cliffa Richarda (kto dziś pamięta kto zacz?), gdy wygrał ktoś inny niż on. Ale mniejsza o to.

Od pewnego czasu konkurs stacza się po równi pochyłej. Tak dzieje się zawsze, gdy polit-poprawność staje się punktem odniesienie do tego co się robi, a co zawsze prowadzi do degrengolady. Teraz jest to odpowiednik dawnych jarmarków, po których obwożono w roli atrakcji a to babę z brodą, a to karła, a to jakieś inne dziwadła. Przy okazji odbywał się handel, kwitło złodziejstwo, ale też rozsiewano odpowiednią propagandę. Tak jak i dziś, z tą różnicą, że zmieniły się uwarunkowania techniczne.

W zeszłym roku konkurs wygrała niejaka/i/ Conchita Wurst, co się wykłada z hiszpańska i niemiecka jako „muszelka kiełbasa”, ni to baba ni chłop, ot taka Anna Grodzka tylko w lepszym, bo bardziej profesjonalnym opakowaniu, no i z lepszym głosem. My, jak wiadomo, nie gęsi, ale papugi i też musimy iść w tym kierunku. Nas reprezentował tam zespół niby ludowy z taką pretensjonalną cycatką, która wykonywała ruchy tłoka w silniku spalinowym imitujące ubijanie masła, ale mogące się kojarzyć z ruchami erotycznymi, o co pewnie chodziło. Nasi jednak przegrali. Przegrał sex z babą z wąsem. Czy aluzja była zbyt trudna dla jurorów i publiczności (system głosowanie jest dość skomplikowany ale polega ponoć na tym, że połowa głosów pochodzi od ekspertów, a druga od publiczności i widzów), czy „inni szatani byli tam czynni”, dość, że stało się jak się stało i tylko zadawano sobie pytanie, co jeszcze można udziwnić aby przebić „muszelkę kiełbasę” z wąsem.

Ale wróćmy do Kuszyńskiej. Nie wiem jak inni, ale ja jej w ogóle nie kojarzyłem. Musiałem sięgnąć do Wiki aby dowiedzieć się, że była związana z grupą Varius Manx Roberta Jansona (to ten facet w bejsbolówce), dość ciekawym projektem, któremu do sukcesu zawsze czegoś brakowało. W 2006 r., z winy Jansona zdarzył się wypadek samochodowy pod Miliczem w wyniku którego tenże został skazany w zawiasach, a Kuszyńska została sparaliżowana od pasa w dół. Od tego czasu ani o Kuszyńskiej ani o zespole nic nie słyszałem. Aż do teraz.

Tegoroczna Eurowizja odbyła się we Wiedniu pod hasłem „Budowanie mostów”. Nie wiem, dla kogo te mosty, bo chyba nie dla pana starosty. Nie wiem też, co chce znaleźć ten stary satyr po drugiej stronie, pewnie spodziewa się złotego runa, ale się rozczarował. Epatowanie wcześniej seksem a teraz kalectwem, to droga donikąd. Nie dziwię się Braunowi, on potrzebuje jakiegoś sukcesu, ma budżet i może wydawać nie swoje pieniądze. On pewnie myśli, że jak wystawi na scenę dziewczynę na wózku, to oglądający tak się tym wzruszą, że zaraz wyślą sms-y na Polskę. Tak może być, ale nie musi. Ludzie zdrowi na inwalidów reagują różnie, ale zazwyczaj z pewną rezerwą, będącą mieszanką poczucia winy,litości, czy zwyczajnego zażenowania jakie występuje wtedy, gdy nie wiadomo jak się w danej sytuacji zachować. Janusz Korwin-Mikke wielokrotnie mówił, że o ile w telewizji dużo i z emfazą mówi się o niepełnosprawnych, to żadna stacja na świecie nie transmitowała para-olimpiady. I coś w tym jest.

Dziwię się za to Kuszyńskiej, że dała się w to wciągnąć. Co więcej, z jej wypowiedzi wynikało, że spodziewa się zwycięstwa. Ale to iluzja. Eurowizja to nie konkurs talentów, to konkurs dziwactw. Finlandię miał ponoć reprezentować zespół muzyków z zespołem Downa, ale nie wiem jak było, bo oglądanie tego spektaklu sobie podarowałem. Być może opamiętali się, a może poszli tą samą ślepą uliczką co Braun.

 Polakowi trudno przebić się przez konkurencję. Weźmy taki sport, a konkretnie piłkę, której szczytem osiągnięć w kategorii klubowej jest wygrana Ligi Mistrzów. Tyle, że począwszy od fazy grupowej, grają tam niemal ci sami, a równe szanse są iluzją, bo odsiew następuje w fazie eliminacyjnej, a do grupowej wchodzą już tylko wybrani. Na czym ono polega – nie wiemy, bo jest to przed nami ukryte, ale można przypuszczać, że wiąże się to z jakimiś grami interesów, przepływów kapitałowych, itp. Przekonała się o tym w zeszłym roku Legia i nie przekonuje mnie narracja, że wszystkiemu winna jest nieudolność władz tego klubu. Już prędzej uwierzyłbym, że było to ze strony Legii działanie celowe (przepływy finansów w naszych klubach również nie są jasne).

Sport jest jedną z form igrzysk serwowanych nam p-rzez System. Inną są widowiska muzyczne. W przypadku Eurowizji może być tak, że skończy się ona jako źródło finansowe, a stanie się niechcianym gorącym kartoflem przerzucanym z rąk do rąk aż trafi na zakompleksionego naiwniaka i wtedy trafi do nas.

 Systemowi chodzi o odwrócenie uwagi od poukładanej i zaprogramowanej rzeczywistości, której przecież tego nie można pokazać, bo nie można pokazać co dzieje się za kulisami, jak potężne interesy są zawierane i na jak wielkie kwoty. Trzeba więc tworzyć iluzję spontanu i równych szans. O tym, że żadnego spontanu i szans nie ma można przekonać się niemal na każdym kroku, ale propaganda jest tak nachalna, że ludzie, nawet wobec gołych faktów, przyjmą każde, nawet najbardziej idiotyczne wyjaśnienie, byle nie dotykało ono prawdy.

Bo System wszystko to traktuje czysto instrumentalnie. Powtarzam jeszcze raz: chodzi o stworzenie iluzji równych szans, a to z kolei ma być marchewką uczestnictwa w wyścigu szczurów. Bo tak naprawdę żyjemy w systemie będącym melanżem niewolnictwa, pańszczyzny i kastowości. Dla Systemu korzyści są dwojakiego rodzaju: materialne i „duchowe”. Polega to na tym, że ścigający się podpisują swego rodzaju cyrograf, stopniowo tracąc wszystko co prawdziwe i wartościowe, łącznie ze swoim „ja”, samoświadomością, stając się już tylko „mówiącym narzędziem”.

piątek, 15 maja 2015
Zdradzona Polska

ORIENTAL REVIEW opublikował tłumaczenie trzech rozdziałów pracy Mikołaja Starikowa, rosyjskiego historyka, publicysty i działacza politycznego “Who Made Hitler Attack Stalin” (St .Petersburg, 2008), pozytywnie oceniającego wkład Stalina w Historię. Tekst ukazywał się w kilku odcinkach, tu, dla wygody czytelnika, połączonych w jeden tekst, z pewnymi skrótami. Może on szokować, gdyż tezy w nim zawarte sprzeczne są niekiedy z tym, co głosi się u nas. Mimo to warto wiedzieć, że nasza interpretacja historii nie jest jedyna, są inne narracje, a także zastanowić się nad niektórymi kwestiami, które dziś nabrały aktualności. Bo podobnie jak wtedy, tak i dziś Polska jest traktowana jako pionek w rozgrywce z Rosją. I to niezależnie od takich czy innych historycznych narracji.

 

 

Mikołaj Starikow



Prawda o korzeniach niemiecko-polskiego konfliktu, który doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej zawsze była pieczołowicie skrywana. Aby ukryć ohydną polityczną postawę zachodnich potęg, należało w pierwszym rzędzie wytworzyć mit, że Hitler był szaleńcem z manią panowania nad światem, że dlatego jego agresywna natura zmusiła go do ataku na wszystkich swoich sąsiadów, jednego po drugim, aż dopiero siły postępowej ludzkości położyły temu kres. Także w ostatnich latach wymyślono kolejny mit, że druga wojna światowa była tylko pojedynkiem między dwoma dyktatorami, podczas którego „niewinne ofiary”, jak Polska i kraje nadbałtyckie, zostały zmielone przez młyńskie kamienie historii.

 W 1939 r. Hitler nie myślał o wielkiej wojnie i wcale nie śnił o władzy nad światem. Chciał być równym partnerem dla USA i Wielkiej Brytanii i nie przygotowywał się do wojny z nimi. Ale nie łatwo jest zostać dopuszczonym do klubu wybrańców Mocy. Dla Hitlerowskich Niemiec „wejściówką” miał być zniszczenie Związku Sowieckiego. Gdy Hitler odrzucił rolę w napisanym dla niego w Londynie scenariuszu (aneksja Rusi Zakarpackiej w marcu 1939, mająca służyć za casus beli do wojny z ZSRR), Zachód nagle zmienił politykę na antyhitlerowską. Przywódcy Anglii i Francji wygłaszali przemowy potępiające agresywną postawę Hitlera. Szczególnie twardymi sojusznikami Londynu i Paryża zostali Polacy.

 W tym czasie było to dość dziwne, bo stosunki Warszawy z nazistowskimi Niemcami, były subtelne ale przyjacielskie, co nie powinno dziwić, bo obydwa zawdzięczały swoje powstanie Francji, Brytanii i Stanom Zjednoczonym. Jakiekolwiek wątpliwości rozwiewają się po przyjrzeniu się datom, gdy polskie państwo powstawało: 11 listopada 1918. Właśnie tego dnia delegacja niemiecka podpisała porozumienie z przedstawicielami Ententy w lasku Compiegne (ściślej: w wagonie kolejowym w środku lasku – przyp. MM), o bezwarunkowej kapitulacji, a zaraz potem państwa zachodnie uznały powstanie Polski.

 W niecałe pół roku później, w marcu 1919, Polacy zaczęli dążyć do odbudowy państwa w granicach z XVI stulecia. A ponieważ oznaczało to przejęcie części ziem leżących w Rosji, otrzymali pomoc. Amerykanie dostarczyli mundurów i żywności. Mimo to Polski „od morza do morza” nie udało się wskrzesić.

 Woli walki jednak nie stracili. Odparci na wschodzie zaczęli walki na zachodzie. W październiku 1920, przez niewymuszone naruszenie Umowy Suwalskiej (umowa podpisana 7.10.1020 r. pomiędzy Polską a Litwą ustanawiająca zawieszenie broni i linię demarkacyjną na Suwalszczyźnie, zerwana wskutek „buntu” gen Żeligowskiego – przyp. MM), polskie jednostki opanowały Wilno i region wileński niezawisłej Litwy. 7 miesięcy później Polska rozpoczęła inwazję na Niemcy, które pogrążone były w anarchii i chaosie, w celu zajęcia Górnego Śląska, bogatego regionu przemysłowego i węglowego. Historyczne tło tych wydarzeń jest wielce interesujące. Na pokojowej konferencji w Wersalu postanowiono rozstrzygnąć polsko-niemiecki spór w drodze referendum. Polska ostro agitowała polską część populacji a nawet wywołano przy nadążającej się sposobności powstanie aby postawić Niemcy i społeczność międzynarodową wobec faktów dokonanych. Jednak niemieccy ochotnicy i policja powstanie zdusili; referendum odbyło się 20 marca 1020 r., w którym za przyłączeniem Śląska do Niemiec oddano podwójną większość głosów.

 3 maja 1921 r. wybuchło powstanie, poparte przez polskie wojsko. Francja, Brytania i USA poparły Polskę ostrzegając rząd weimarski przed interwencją. Przeciwko powstańcom walczyli jedynie niemieccy ochotnicy („Freikorps“). W efekcie, podczas konferencji ambasadorów głównych mocarstw i państw stowarzyszonych, aneksję Śląska uznano przyznając Polsce 30% regionu, na którym znajdowało się 95% zasobów węgla.

 Nowa Polska powstała w atmosferze agresji i naruszania umów. Właśnie takie opinie, jak i istnienie obozów koncentracyjnych stały w sprzeczności z ideą demokratycznego państwa. Polska, w przyszłości „ofiara” nazistowskiej agresji, nigdy nią nie była.

 Gdy rządy w Polsce w 1926 r. przejął Józef Piłsudski, rząd stał się wojskową dyktaturą nieróżniącą się od nazistowskiej. Nic dziwnego, że pomimo konfliktów z powodu Śląska, gdy do władzy w Niemczech doszedł Adolf Hitler, stosunki polsko-niemieckie bardzo się ociepliły. Polska była pierwszym krajem, z którą nowy niemiecki kanclerz podpisał 26 stycznia 1934 r., mający obowiązywać 10 lat, pakt o nieagresji. Po nim nastąpiło kilka dalszych dwustronnych porozumień, mających jedną cechę wspólną: dyskusję o wspólnej akcji przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

 Rozmowy między nazistowskimi Niemcami a II Rzeczpospolitą o wspólnym marszu na ZSRR trwały dość długo ale dopóki Hitler nie zbliżył się do sowieckich granic były raczej teoretyczne niż praktyczne. Bezprzykładny podział Czechosłowacji w październiku 1938 r. z błogosławieństwem mocarstw zachodnich (Polska wtedy zajęła Zaolzie), oznaczało pry6tzblienie się wojsk niemieckich do ZSRR. Były nawet plany rozwiązania sporów terytorialnych między Niemcami a Polską w przyjacielski sposób. „W 1938 r. sojusznicy zgodzili się, że Polska zostanie satelitą Niemiec” - pisze brytyjski historyk A. J. P. Taylor. „Szczyt” niemiecko-polskich relacji - „miesiąc miodowy” - przypadł na czas zaraz po Monachium: koniec 1938 i początek 1939 roku.

 Wraz z przejęciem władzy przez Hitlera Polska zaczęła mieć osobliwe podejście do Niemców. Pro-nazistowskie organizacje etnicznych Niemców jako Związek Niemców w Polsce i partia Młodych Niemców w Polsce, szybko rosły w siłę. Obie organizacje finansowane i zarządzane były z Niemiec i nawet wysyłały przedstawicieli do polskiego sejmu. Nazistowskie idee były publicznie propagowane wśród miejscowych Niemców. W 1937 r. wydawano w Polsce 150 niemieckich czasopism, w tym 20 dzienników. Większością z nich kierowało ministerstwo propagandy Rzeszy kierowane przez Josepha Goebbelsa.

 Stosunki między rządami obydwu państw odbywały się na różnych poziomach. Prominentni Polacy gościli w III Rzeszy, a nazistowscy przywódcy – w „bratniej” Polsce. W styczniu 1938 r. Oberst-Gruppenführer SS - Kurt Daluege - przyjechał do Warszawy a dwa miesiące potem był już we Wiedniu organizując „referendum”. Daluege, dowódca niemieckiej policji (Sipo), swobodnie rozmawiał o tajnikach swej profesji z generałem Kordianem Zamorskim – szefem polskiej policji państwowej, która używała okrutniejszych metod niż niemiecka: bicie, tortury, bezprawne aresztowania, strzelanie do zatrzymanych przy najmniejszych oznakach oporu lub próby ucieczki. Działania te nie były stosowane wobec pospolitych przestępców lecz przeciwko przeciwnikom politycznym, komunistom i ukraińskim nacjonalistom.

 Niemiecko-polska współpraca była tak ścisła, że Kordian Zamorski został zaproszony na doroczny zjazd partii narodowo-socjalistycznej do Norymbergi, gdzie spotkał się z Hitlerem. Należy podkreślić, że cudzoziemcy na zjazd NSDAP zapraszani bywali sporadycznie, a jeszcze mniej z nich miało okazję spotykać się z Führerem. Ale nie tylko z Niemcami dowódca polskiej policji miał dobre kontakty. 7 października 1938 r. gen. Kordian Zamorski odwiedził Kurta Daluege w Berlinie, podczas swojej podróży do Rzymu na zjazd włoskiej partii faszystowskiej.

 Ale przyjazne stosunki polsko-niemieckie nie ograniczały się tylko do kontaktów szefów bezpieczeństwa obu państw. W grudniu 19938 r. przybył do Warszawy niemiecki minister sprawiedliwości Hermann Frank, a 18 lutego 1939 r. przybył nawet Reichsführer-SS - Heinrich Himmler/.../

 Hitler, który w tym czasie był jeszcze gotów dotrzymać zobowiązań wobec Zachodu, początkowo

koncentrował się na dwóch kwestiach w stosunkach z Warszawą: zwrotu Rzeszy ziem utraconych na rzecz Polski po I wojnie światowej oraz wsparcia ze strony wojska polskiego podczas planowanej wojny ze Związkiem Sowieckim. Ponieważ ta druga kwestia była ważniejsza, na temat pierwszej wypowiadał się nad wyraz dyplomatycznie. Wobec Polski zachowywał się jak gentleman, przynajmniej do czasu gdy sami Polacy nie naruszyli układów z Niemcami wykonując zalecenia Londynu.

 Niemcy zaproponowali pokojowe i cywilizowane rozwiązanie terytorialnego problemu; na spornych terenach zadecydować miało referendum, jak w przypadku korytarza gdańskiego. Gdyby obywatele „korytarza” zdecydowali o przyłączeniu do Niemiec, Polska dostałaby linię kolejową o statusie eksterytorialnym oraz autostradę Reichsautobahn, dającą dostęp do Bałtyku. Gdyby „korytarz” został pod kontrolą polską, mieliby mieć możliwości transportowe. Poza tym Hitler nie chciał zwrotu Gdańska a darmo. Rekompensatą miałaby być część sowieckiej Ukrainy w ramach ustalenia i gwarancji nowych granic Polski przez nowy polsko-niemiecki pakt o nieagresji oraz gwarancje praw Polaków w Gdańsku. Te propozycje Polska odrzuciła. Decyzje o stosunkach polsko-niemieckich podejmowane były daleko od polskich granic.

 21 marca 19939 r. Polacy drastycznie zmienili swoje stanowisko wobec propozycji niemieckich. Tego dnia Niemcy mieli postawić ultimatum: Polska ma przekazać Gdańsk i „korytarz” Niemcom. Nie była to prawda. Niemcy nie proponowali niczego nowego, czekając na odpowiedź na stare propozycje. Odpowiedź miał przekazać minister spraw zagranicznych - Józef Beck, który tego dnia oczekiwany był w Berlinie. Ale nie pokazał się tam. Zamiast niego odpowiedź przekazał polski ambasador - Józef Lipski. Szef niemieckiego MSZ - Joachim von Ribbentrop, oczekiwał od polskiego ambasadora, że Warszawa niemieckie propozycje przyjmie, a także, chciał wiedzieć, dlaczego Józef Beck zamiast do Berlina poleciał do Londynu.

 To akurat łatwo wyjaśnić: jak tylko Hitler okazał czelność dogadywać się ze Słowakami i Ukraińcami, kierunek polityki brytyjskiej zmienił się, a zaraz potem także zmieniła swój ton „niezależna” polska szlachta. 21 marca 1939 r. Brytania „nagle” zaproponowała Francji i ZSRR podjęcie rozmów w celu powstrzymania „dalszej agresji w Europie”. Tegoż dnia przywódcy państw zachodnich rozważali w Londynie co zrobić z Hitlerem, który wymknął się spod kontroli. Minister SZ „niezawisłej” Polski przyleciał także i miał po temu dobry powód – nowa „jednolita polityka”. Przedtem robili co mogli aby dogadzać Niemcom, ale teraz musieli stawiać się im jak najtwardziej. I aby Polska nie zmieniła tonu wobec Niemiec, Anglia, bez jakiejkolwiek prośby ze z polskiej strony, wydała porękę wojennej ochrony.

 Po pięciu dniach – 26 marca 1939 r. ambasador RP w Berlinie - Lipski przekazał Ribbentropowi memorandum rządu polskiego odrzucające propozycje niemieckie dotyczące Gdańska. Lipski na koniec powiedział, że „jakiekolwiek dalsze próby niemieckich planów, zwłaszcza dotyczących powrotu Gdańska do Rzeszy, oznaczać będzie wojnę z Polską”.

 Był to zwrot polskiej polityki o 180 stopni. Hitler zrozumiał, że dalszych rokowań z Polską nie będzie i że Polska gotowa jest bronić swojego stanowiska siłą. I żeby Berlin pozbył się jakichkolwiek złudzeń, Polacy podjęli szereg wrogich akcji: większość personelu ambasady RP w Berlinie jak i członkowie społeczności emigracyjnej, wysłali swoje rodziny do Polski; polscy studenci w Berlinie wrócili do domów, a polskim konsulom nakazano spalić wszystkie tajne dokumenty i archiwa. 23 marca zarządzono częściową mobilizację polskiej armii, a na drugi dzień przekazano Niemcom „szorstkie” memorandum. 27 marca prezydent RP wydał dekret uchwalający dodatkowe 1,2 mld zł na obronę.

 Tak zrobił kraj mający z Niemcami pakt o nieagresji! Była to ta sama Polska, która jeszcze tydzień wcześniej uważana była za głównego partnera Führera w planowanej kampanii wschodniej. Tym samym Hitler musiał kampanię odłożyć. Ten gest także prowadził wprost do wojny. Warto zauważyć, że nic w postawie Niemiec nie skazywało na zagrożenie dla Polski. Nie było żadnej mobilizacji w Rzeszy, ani gróźb wobec Warszawy, ani też planów ataku na Polskę! Nawet najzacieklejszy krytyk agresji Hitlera musi przyznać, że dopiero 1 kwietnia 1939 r. Hitler wydał rozkaz przygotowania planu ataku na Polskę. I dopiero w połowie kwietnia zaledwie zarys takiego planu był gotowy.

 Dla Hitlera stało się jasne, że Niemcy nie mogą opuścić ziem należących teraz do Polski, państwa rządzonego z Londynu, wypełniającego wszystkie polecenia Brytyjczyków. Tak samo jak część wschodnią Niemiec odciętą od reszty przez polską „barykadę” i jakby z nożem na szyi. Hitler musiał walczyć nie dlatego, że był maniakalnym agresorem, lecz dlatego, że jego gospodarka była zmilitaryzowana. Musiał więc podjąć decyzję co do kierunku dalszego postępowania. I czy to będzie wschód, czy zachód, Polska może zaatakować Niemcy kiedykolwiek to będzie dogodne dla Londynu. Hitler musiał podjąć decyzję i to szybko.

 Jakie sprawy zaprzątały przywódców wielkich mocarstw wiosną i latem 1939 r.?

 - Głównym celem Hitlera było nie dopuścić do sytuacji, gdy ZSRR przystąpi do wojny. W nadziei, że Anglia i Francja ponownie zdradzą swojego sojusznika – Polskę - Führer zamierzał wyeliminować zagrożenie z tej strony bez ryzyka starcia z Rosją. Później będzie można ponownie usiąść do stołu rokować z Brytyjczykami, ale wówczas mógłby wymagać, aby traktowano go jak równego.

 - Stalin miał taki sam cel – zneutralizować niebezpieczeństwo niemieckiego ataku. Mógł, rzecz jasna, zawrzeć alians z Francją, Anglią i Polską, ale przywódcy państw zachodnich takiej umowy by nie podpisali. I tak się stało. Nawet gdy niemiecki atak był już nieunikniony, Polska posłusznie wykonywała rozkazy Londynu odmawiając podpisanie sojuszu ze Związkiem Sowieckim. Z tego powodu Stalin nie miał innej możliwości niż podpisanie ugody z Hitlerem.

 - Głównym celem dyplomacji francuskiej i brytyjskiej było podburzenie Niemiec przeciw Rosji. Dlatego zdecydowano zachęcać Hitlera do ataku na Polskę, co miało być początkiem niemiecko-sowieckiego konfliktu, ale Hitler nie był idiotą. Pamiętał dobrze pierwszą wojnę światową i nigdy by się nie zdecydował na wojnę z Polską ryzykując wojnę na dwóch frontach: z Anglią i Francją – na jednym, a ze Związkiem Sowieckim – na drugim. Jeżeli tak postąpił to tylko dlatego, że był pewny, iż ani Londyn ani Paryż nie przyjdzie z pomocą Polakom. W tym scenariuszu Brytyjczycy i Francuzi staliby z boku, a włączyliby się dopiero wtedy, gdyby ci się wykrwawili.

 Dopiero teraz możemy zrozumieć czyny w/w graczy. 16 kwietnia 1939 r. Stalin zaproponował Europejczykom podjęcie wspólnej akcji przeciwko Hitlerowi. Szef sowieckiego MZS - Maksym Litwinow, powiedział brytyjskiemu ambasadorowi o gotowości podpisania trójstronnego paktu o wzajemnej pomocy między Anglią, Francją, a Rosją. Ta specyficzna propozycja pozostała bez odpowiedzi.

 30 kwietnia 1939 r. Hitler nieoficjalnymi kanałami zrobił ostatni krok by porozumieć się z brytyjskimi „przyjaciółmi” ostrzegając, że w przeciwnym razie zmuszony będzie do rokowań z Kremlem. Brytyjczycy wyśmiali już samą myśl o porozumieniu między nazistami a bolszewikami. Byli przekonani, że doprowadzili do władzy w Niemczech nieprzejednanego wroga komunizmu.

 W ciągu 75 dni „wymiany poglądów” między dyplomacją wschodnią a zachodnią, przez 16 dni mocarstwa zachodnie badały reakcje sowietów, a przez dalsze 59 dni celowo zwlekano grając na czas. Stalin nie mylił się nie wierząc w szansę aby Brytyjczycy i Francuzi grali fair. Doszedł do wniosku, że jedynym wyjściem jest ugoda z Hitlerem. 3 maja 1939 r. dał Hitlerowi pierwszy sygnał zastępując na stanowisku ministra SZ anglofila Maksyma Litwinowa, Wiaczesławem Mołotowem.

 Hitler docenił „zmianę”. Żądania Niemiec były jasne i sprowadzały się do likwidacji jakiegokolwiek zagrożenia ze wschodu. Poza tym spieszył się: dzień 26 sierpnia 1939 r. była datą ataku na Polskę, dlatego potrzebował wcześniejszej umowy z sowietami i czym wcześniej, tym lepiej. Istotę niemieckiej propozycji i podejścia do sytuacji najlepiej zilustruje tekst telegramu wysłanego przesz niemieckiego MSZ Joachima von Ribbentropa do niemieckiego ambasadora w Moskwie, Friedricha-Wernera hrabiego von der Schulenburg, z 14 sierpnia 1939:

„Żądam aby zwrócił się pan do pana Mołotowa osobiście i przekazał mu co następuje:ideologiczne spory pomiędzy narodowo-socjalistycznymi Niemcami a Związkiem Sowieckim były w latach minionych jedynym powodem, dla którego Niemcy i ZSRR znalazły się w dwóch wrogich obozach... Należy zakończyć raz na zawsze czas nieprzyjaźni w polityce zagranicznej i wyznaczyć drogi dla przyszłości obydwu krajów... Żywotne obszary Niemiec i ZSRR stykają się wzajemnie i w swoich kluczowych interesach nie różnią się... Niemcy nie mają żadnych agresywnych zamiarów wobec ZSRR. Rząd Rzeszy jest zdania, że między Bałtykiem a Morzem Czarnym nie ma problemu, którego by nie można było rozwiązać ku pełnej satysfakcji obu państw... W żywotnym interesie obu krajów jest uniknięcie w przyszłości ich zniszczenia, co odbyłoby się z korzyścią tylko dla zachodnich demokracji. Kryzys powstały w relacjach niemiecko-polskich w wyniku polityki angielskiej jak i angielskim nawoływaniom do wojny i i sojuszy związanych z tą polityką, czyni pilnym wyjaśnienie niemiecko-rosyjskich stosunków...”

 A co w tym czasie działo się w Paryżu i Londynie? Tam także zdecydowano się zawrzeć umowę ze Związkiem Radzieckim, a konkretniej – ponownie użyć podstępu i grać na czas – w celu nie dopuszczenia do podpisania przez Niemcy i ZSRR paktu o nieagresji. Przecież brytyjskie tajne służby wiedziały , że 26 sierpnia miał nastąpić niemiecki atak na Polskę. Gdyby więc do tego czasu Stalin z Hitlerem nie dogadali się, było wielce prawdopodobne, że wojna wybuchłaby między nimi. Dlatego zachodni dyplomaci skupili się na „grze o czas”.

 23 lipca 1939 r. lord Halifax informował sowieckiego ambasadora w Wielkiej Brytanii – Iwana Majskiego, że jego rząd JKM zgodził się na rozpoczęcie negocjacji. Użyli wszystkich środków do przeciągania sprawy w czasie. Np. jej delegacja do Moskwy zamiast lecieć samolotem płynęła pomału statkiem o nazwie City of Exeter, co dało im 5-6 dni... W efekcie rokowania rozpoczęto 11 sierpnia. Skład zachodniej delegacji jest także wymowny. Sowieci wysłali przedstawicieli najwyższych kręgów wojskowych: komisarza obrony Klemensa Woroszyłowa, naczelnika sztabu - Borysa Szaposznikowa, dowódców marynarki i lotnictwa – Mikołaja Kuzniecowa i Aleksandra Loktjonowa. Brytyjczycy i Francuzi przesłali generałów „drugiego garnituru”, w dodatku bez pełnomocnictw do podpisywania dokumentów... Po co więc przyjechali? Odpowiedź daje pkt 8 instrukcji: „Przeciągnąć rokowania jak można najdłużej”. Kolejne punkty są także dziwne: „podtrzymywać rokowania w nadziei, że one same będą dostatecznie odstraszające” i „maksymalnie starać się ograniczyć ogólne sformułowania”.

 Kiedy zachodni historycy i politolodzy zaczynają dyskusje nt. odpowiedzialności Stalina za wybuch II wojny światowej, zwykle niechętnie mówią o faktach. Grają na emocjach swych czytelników i słuchaczy. Dziś wszyscy dobrze znają okrucieństwa i zbrodnie nazizmu. Podobnie postrzega się Związek Sowiecki z powodu zawarcia paktu o nieagresji z diabłem. A ponieważ Hitler napadł na Polskę tydzień po podpisaniu tego dokumentu, Niemcy nie są jedynym krajem, mogącym być oskarżonym o agresję. To nawet logiczne, o ile pominie się kilka „nieistotnych” przypadków:

1. Nie tylko Związek Sowiecki ale także Anglia, Francja, a nawet sama Polska, miały z nazistowskim Niemcami własne „pakty o nieagresji”. To normalna praktyka w stosunkach międzynarodowych.

2. Wojna niemiecko-polska zaczęłaby się też, nawet gdyby Związek Sowiecki paktu z Niemcami by nie podpisał. A kilka tygodni później, jesienią 1939 r., włączyłaby i ZSRR – walki z Japonią zaczęły się wiosną tego roku po tym, jak Japonia zaatakowała Mongolię.

 Jeśli pominiemy jałowe słowa moralistów, nie przejmujących się faktami, dojdziemy do gołej prawdy. Stalin nie miał innego wyboru niż dogadać się z Hitlerem aby odwrócić agresję od własnego kraju.

 Hitler nie rozpoczął wojny z powodu jakiegoś dokumentu, który był mu całkiem obojętny, ale z powodu dziesięcioletniej skrupulatnie planowanej i organizowanej finansowej i dyplomatycznej pomocy, mającej na celu nie tylko odnowę niemieckiego państwa, ale bezprecedensowy wzrost jego siły. I pomocy tej nie udzielał Stalin, lecz zachodnie moce i bankowe elity.

 Stalin nie miał wyboru ale Anglicy i Francuzi już tak. Ich delegacje przybyły na rozmowy do Moskwy na długo przed Joachimem von Ribbentropem. Mogli więc dogadać się ze Stalinem gdyby tylko chcieli. Stalin przyjął propozycje Berlina gdy zorientował się, że żadnej umowy z Francją i Brytanią nie będzie. Niemiecki poseł von der Schulenburg zaproponował pakt Mołotowowi 19 sierpnia, a 21 sierpnie Mołotow przekazał odpowiedź Stalina. Kończyła się frazą streszczającą anglo-amerykańską politykę względem Hitlera w ostatnich latach: „Rząd Sowiecki upełnomocnił mnie, że zgadza się na przyjazd Herr von Ribbentropa do Moskwy, 23 sierpnia tego roku.“

 Polska została załatwiona, Francja i Anglia skazały ją na śmierć. Minął więcej niż rok, a Francja stała się kolejnym kozłem ofiarnym polityki brytyjskiej, ze wszystkimi jej zdradami i oszustwami. Ale zanim Hitler wkroczył do Paryża, pierwsza była Warszawa... Polska doznała porażki z prędkością światła. Kolumny niemieckich czołgów łatwo radziły sobie z polską obroną. 8 września 1939 r. jednostki pancerne zbliżyły się do Warszawy, która bohatersko się broniła ale 27 września skapitulowała. Elita rządowa, która doprowadziła kraj do masakry nie

miała ochoty wykazywać bohaterstwa i już 5 września znalazła się w Lublinie a dwa dni później przekroczyła rumuńską granicę. Za nią uciekł sztab wojska. Zamiast strzelać i strącać niemieckie samoloty i ginąć na polu bitwy, ok. 500 polskich samolotów odleciało do Rumunii, na Litwę i Łotwę.

 W Polsce nie ogłoszono żadnej mobilizacji. Dwa dni przed wybuchem wojny, tj. 29 sierpnia 1939 r. rozważano taką możliwość, ale w końcu zrezygnowano. Plakaty, które zaczęto rozwieszać na murach polskich miast i wsi wzywające do wojskowej mobilizacji, zostały zerwane. Dlaczego polscy przywódcy postąpili w taki sposób? Ponieważ ambasadorzy brytyjski i francuski oficjalnie zażądali od Polski rezygnacji z jakiejkolwiek działań mobilizacyjnych do 31 sierpnia. Oczywiście, rządy zachodniej demokracji dobrze wiedziały, że do inwazji niemieckiej dojdzie 1 września rano. Żądanie to miało jeden cel: umożliwić niemieckiej armii zadania pierwszego ciosu.

 Polacy bardzo szybko pojęli gorzką prawdę. 1 września szef MSZ – Józef Beck, ten sam, który w kluczowym momencie rozmów niemiecko-polskich poleciał do Londynu zamiast do Berlina, natychmiast zadzwonił do ambasadora brytyjskiego w Warszawie - Howarda Kennarda informując go o wybuchu wojny. Warszawa oczekiwała na natychmiastową pomoc sojuszników i ta nadeszła: Francuzi i Brytyjczycy przekazali rządowi Niemiec notę informującą, że oba kraje dotrzymają zobowiązań sojuszniczych wobec Polski jeżeli Niemcy inwazji nie zaprzestaną. To upewniło Berlin, że noty te są tylko ostrzeżeniem, a nie żadnym ultimatum. Brytyjski i francuski szef MSZ nie podtrzymali iluzji Hitlera, że ich kraje przyjdą Polsce z pomocą. Ich głównym celem nie było wstrzymanie niemieckiej inwazji i doprowadzenie do rokowań lecz aby walki rozgorzała na tyle, by tym prędzej niemieckie wojska zaatakowały Rosję. Mimo, że 1 września król brytyjski wydał rozkaz mobilizacji wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki, a francuski premier wydał podobny dekret, Hitler był pewny, że sojusznicy walczyć nie będą. Była i taka możliwość, że nie dojdzie nawet do wypowiedzenia wojny, gdyby Polacy zostali jak najszybciej dobici a wtedy powód do wojny by zniknął. Ale nawet w przypadku wypowiedzenia wojny można by było rozpocząć co rychlej rokowania z Zachodem, pod tym jednak warunkiem, że Polska zostałaby unicestwiona.

 Tak postrzegali sytuację przywódcy niemieccy. Ale i polscy przywódcy pomału zaczęli pojmować podstępną grę zachodnich dyplomacji oraz że obietnice Anglii i Francji były pustymi słowami. Gdzie były obiecane samoloty? Dlaczego sojusznicze lotnictwo nie bombardowało niemieckich celów? Dlaczego Francja nie udzieliła Polsce pomocy zgodnie z umową? Kiedy Francja wypowiedziała Niemcom wojnę? Pytania te zadał polski ambasador francuskiemu ministrowi SZ - George'owi Bonnetowi w Paryżu. Odpowiedź Bonneta dała jasno do zrozumienia, że Paryż chciał dać Hitlerowi kilka dni „forów”, aby niemiecka armia zniszczyła polskie siły oporu. Poinformował mianowicie, że rząd Francji może wysłać ultimatum tylko za „zgodą parlamentu, który miał się zebrać po południu”. I dopiero po 48 godzinach od wysłania ultimatum można było wypowiedzieć wojnę.

Odpowiedź ta przeraziła polskiego ambasadora. Rozpacz Polaków była aż nadto zrozumiała: zrobiliśmy wszystko, co nam kazaliście; teraz to do nas walą z całej siły a żadnej pomocy nie dostajemy. Polacy stracili cierpliwość i już nie prosili lecz żądali tego, co im obiecywano. Wieczorem, 2 września, po posiedzeniu parlamentu francuskiego, ambasador polski ponownie zwrócił się do ministra Bonneta, który oznajmił, że kwestia niemieckiego ultimatum musi być jeszcze omówiona na radzie ministrów. „Więc ambasador polski zirytował się i powiedział Bonnetowi co o nim myśli i zażądał aby natychmiast przedłożono Niemcom ultimatum.” taka sama scena odegrała się w stolicy Anglii. W nocy, 3 września, polski ambasador w Londynie dostał wskazówki aby natychmiast udać się do lorda Halifaxa i przypomnieć mu o zobowiązaniach brytyjskiego rządu.

Zachód rozpoczął haniebną, brudną grę znaną w historii jako „dziwna wojna“. 3 września Francja i Wielka Brytania faktycznie wypowiedziały Trzeciej rzeszy wojnę. Polska misja wojskowa opuściła Warszawę odlatując do Londynu. Możemy założyć, że polscy generałowie przyjęliby wszelkie propozycje wspólnych akcji zmierzających do pokonania agresora, tak jak łatwo możemy wyobrazić sobie emocje jakich doświadczyli. W dodatku polska misja musiała czekać cały tydzień, aż została przyjęta przez szefa brytyjskiego sztabu generalnego - Edmunda Ironsida!

Gdy wreszcie zgodził się spotkać, od razu powiedział, że brytyjski sztab nie ma żadnego planu pomocy Polsce i poradził aby kupili broń … od państw neutralnych. W reakcji na wściekłość Polaków gen. Ironside trochę złagodniał i obiecał sprzedać im 10,000 przestarzałych karabinów Hotchkiss i 15-20 milionów nabojów do nich. Niemieckie czołgi były coraz bliżej Warszawy, a naloty likwidowały polskie dywizje wokół miasta. Aby przetrwać Polska potrzebowała dział przeciwczołgowych i przeciwlotniczych, ale Brytyjczycy proponowali, aby przeciwko czołgom i samolotom postawili przestarzałe karabiny!Ale to nie koniec zdrady! Bezużyteczne karabiny miały zostać przekazane za 5-6 miesięcy, podczas gdy wojna Niemiec z Polską skończyła się w niecały miesiąc. „Pomoc” Londynu polegała na tym, że obiecywanej pomocy w ogólne nie było. Polska została haniebnie oszukana przez swoich sojuszników. Zdrada ta nie da wyjaśnić głupotą, lub po prostu ślepotą, gdyż łatwo zrozumieć rzeczywiste cele Paryża i Londynu. I na odwrót, ich perfidia była logiczną konsekwencją wszystkich przedwojennych dyplomatycznych zamętów w zachodnich rządach i była podstawowym wynikiem brytyjskiej i francuskiej polityki.

Nie ma żadnych wątpliwości, że przywódcy Polski dokładnie zrozumieli haniebność czynów swoich sojuszników. Wymowny fakt: polski rząd na uchodźstwie (najpierw w Paryżu a potem w Londynie), utworzony został z innych ludzi niż przedwojenny. Powód był oczywisty: ci, którzy mieli do czynienie z Brytyjczykami, nie chcieli już dla nich pracować. I odwrotnie, dla samych Brytyjczyków łatwiej było rokować z ludźmi, których nie oszukali.

 

 Całość: Poland Betrayed na orientalreview.org



niedziela, 03 maja 2015
Tajemne źródła majowych tradycji

Mamy za sobą 1 mają, daty wiązanej przez komunistów ze „Świętem Pracy”, co jest także mylące, gdyż jej pochodzenie ma głębszą genezę. Oficjalnie data ta wiąże się z 1889 r, kiedy to II Międzynarodówka uznała ją za swoje święto z okazji rocznicy rozruchów w Chicago. Jednak noc z 30 kwietnia na 1 maja w tradycji germańskiej była tzw. Nocą Walpurgii, kiedy to odbywały się sabaty czarownic i satanistów, a orgie stanowiły główny rytuał. UGoethe'go Faust z Mefistofelesem udali się w góry Harzu. Podobne zdarzenie opisał Michał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”.

W tradycji celtyckiej wieczorem, ostatniego dnia kwietnia gaszono wszystkie ognie, co miało pogrążyć ziemię w chaosie i władzy złych duchów. Za to 1 mają to pierwszy dzień lata a więc początek panowania Bela (po celtycku – Beltaine), kiedy rozpalano ognie mające „wypalić” zło i pozwolić na powrót Słońca. Echa tych „świąt” są jeszcze żywe w USA i Wielkiej Brytanii.

Do tej tradycji nawiązuje Kościół Szatana założony przez Antona Szandora La Vey'a w Noc Walpurgii 1966 r. Dużym uproszczeniem jest twierdzenie, że Kościół Szatana jest odwróceniem judeo-chrześcijaństwa, ale trochę w tym prawdy. I tak La Vey, jako Najwyższy Mag, przedstawił światu Szatańską Biblię oraz 10 Szatańskich Oświadczeń będących odwróceniem Dekalogu. Centralnym punktem „liturgii” satanistów jest „czarna msza” pełna obscenicznych treści. Celem, nie zawsze nazwanym wprost, jest szczęście materialne w świecie doczesnym, jako że to Szatan jest jego władcą.

Symbolikę tę zachowali socjaliści wierząc, iż krew i ogień zniszczą stary, kapitalistyczny porządek i zapoczątkują nowy. Przypadek to, czy nie, ale czerwony kolor sztandarów również nawiązuje do symboliki krwi i ognia. Zresztą, mówią o tym słowa „Międzynarodówki” autorstwa Eugeniusza Pottiera..

1 maj to data wejścia Polski do Eurokołchozu, jest więc jakimś sensie nawiązaniem do socjalistycznej przeszłości w nowym wydaniu.

Skoro o przypadkach mowa. Nie ma przypadków w działaniu Kościoła Katolickiego, który od początku przyjął zasadę chrystianizacji kultów pogańskich. O ile udało się przeciwstawić pogańskiemu świętu narodzin boga Słońca narodzenie Boga-Człowieka 25 grudnia, o tyle wprowadzenie 1 mają św. Józefa Rzemieślnika, mające zastąpić „nową świecką tradycję” udało się średnio. Na ten dzień też wyznaczono w 2011 r. beatyfikację Jana Pawła II.

2 maja to święto flagi i dzień wytężonej pracy kampanii prezydenta. Na szczęście, jego występy przyćmił nieco finał Pucharu Polski, którego profesjonalna oprawa przewyższała niestety poziom zawodów, ale to i tak lepsze.

Kończy się „triduum majowe”, w tym roku nieco bogatsze treściowo. Jeszcze tylko 3 mają dzień panowania mitów, jak np., że jest to święto demokracji, podczas gdy konstytucja ta została wprowadzona w drodze zamachu stanu, ot taki stan wojenny „króla Stasia”. Ale co gorsza, a co warte przypomnienia, to także efekt intryg angielskich, które doprowadziły do upadku I Rzeczpospolitej, kiedy to najpierw Albion jako gwarant, nastręczył nam sojusz z Prusami wymierzony w Rosję, a potem się wycofał pozostawiając nas z ręką w nocniku. Można nawet uznać Anglię za czwartego uczestnika rozbiorów, co prawda nie bezpośredniego, ale jednak. Nie po raz pierwszy i – jak widać – nie ostatni. Ale to już inna historia.



O autorze
Tagi