poniedziałek, 29 września 2014
Wasiak i inni

W książce „Kto się boi angielskiego listonosza” Krzysztof Osiejuk, znany także jako bloger Toyah sporo miejsca poświęca problemowi: dlaczego, mimo wielu lat nauki, tak niewielu poznaje język angielski? Osiejuk, anglista z doświadczeniem szkolnym, jako główną przyczynę podaje tę, że programy nauczania angielskiego w szkołach (ale nie tylko) wyznaczane są przez wydawnictwa, których głównym celem (poza zarabianiem pieniędzy) jest permanentna nauka, nauka bez końca. To tak, jak ze współczesną medycyną: koncerny farmaceutyczne zainteresowane są permanentnym leczeniem, ale nie wyleczeniem w sensie zdrowotności, bo zdrowy nie jest ich klientem. Ale wróćmy do szkoły.

Dopiero co miałem okazję zapoznać się z podręcznikiem i ćwiczeniami z historii do klasy VI. Zakres tematyczny: od Insurekcji Kościuszkowskiej przez Rewolucję Francuską do Powstania Styczniowego. Opracowanie banalne, powierzchowne, powtarzające propagandowe, bezsensowne kalki, jak ta o roli ludu w ruchach rewolucyjnych, co nijak się ma do logiki. O roli bankierstwa, a ściślej o pieniądzach, bez których do żadnego wybuchu dojść nie może – ani słowa. Prócz tego, tak jak w przypadku angielskiego, podpisywanie rysunków, jakieś tabelki, krzyżówki, ale zero syntezy. Owszem, na potrzeby szkoły, aby zadowolić nauczyciela i dostać jakiś stopień to wystarczy, ale żeby zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem. Bo kto zna historię, panuje nad teraźniejszością, a kto panuje nad współczesnością, ma klucz do przyszłości.

Gdzieś tak w latach 80.tych popularne były dowcipy o niejakim Wasiaku. Przykładowo: Plac św. Piotra. Na balkonie ukazuje się papież i Wasiak. Stojący wśród tłumu japoński turysta szturcha stojącego obok i pyta: co to za facet stoi obok Wasiaka?

Dowcip może niewyszukany, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że wtedy po raz pierwszy spotkałem się z tym nazwiskiem. Po raz drugi, też jakiś czas temu, gdy szczecinianka Lidia Wasiak została pierwszą po wojnie Miss Polonią, a po raz trzeci teraz, gdy inna Wasiak, Maria, wiceprezeska PKP za to, że zgodziła się zostać ministerką od czegoś tam, dostała ok. pół miliona złotych. Ta ostatnia ani nie była sławna, ani nie stała przy papieżu, nawet nie jest ładna, ale przecież jakieś argumenty miała, jakichś promotorów, którzy najpierw wystrugali ją na kolejową wiceprezeskę a następnie na ministerkę. Argumentu o kompetencji nawet nie rozpatruję. Argument, że jest jakąś kolesiówą Ewy Kopacz odrzucam także, bo po primo – E.K. kolesiów/ek ma multum a przecież nie wszyscy mają takiego farta, a po secundo – takich decyzji nowa premierzyca nie podejmuje samodzielnie, bo samodzielną nie jest nawet w stopniu minimalnym. Krótko mówiąc: nasza scena polityczna to taki teatr kukiełkowy z mapetami, których jedni pociągają za sznurki a inni podkładają głos. W tym samym czasie niejaki Igor Ostałowicz dostał fuchę w Orlenie, bo był podobno kumplem Donalda „prezydenta Europy” .

Tak to wygląda od strony medialnej, a dodam, że krytyczne były zarówno media niezależne, te od Adama Michnika, jak i media niepokorne od Adama Lipińskiego, co wskazuje, że cala sprawa była napisana, wyreżyserowana i odegrana. Był nawet happy end: oboje zrzekli się odpowiednio: Ostałowicz – stanowiska, Wasiak – pieniędzy (tych pół miliona i tych 40 tys./ mies. zamienionych na 12 tys./mies.).

Rzecz cała jest mniej wiarygodna niż jakaś opera mydlana. Ludzie tego pokroju, jeżeli już coś dostaną, to – o ile będzi9e to w ich możliwościach - nie oddadzą za nic w świecie. Nie ma przypadków, są znaki. A znaki mona łatwo odczytać, jeśli si trochę zna historię i mechanizmy

Teatrzyk miał zapewne kilka celów wizażowych: uwiarygodnienia nowej premier i stworzenia jej obrazu „iron lady”, pokazanie, że PO weszła na nową, uczciwą drogę w ramach nowego otwarcia, a także przykrycia innych, ważniejszych wydarzeń jakich publika nie powinna widzieć. I to, o ile wierzyć, że w sondażach Platformie rośnie, udaje się w pełni.

Ale to tylko jeden i wcale nie najważniejszy aspekt sprawy. Nawet nie ten finansowy, na którym wydawnictwa zarabiają, choć i to ważne. Bo tego, czego nam najbardziej brakuje to świadomości, o co toczy się gra. Pieniądze dla wydawnictw to taka smycz samodyscyplinująca. One po prostu muszą robić to, co im każą, bo inaczej zwyczajnie wylecą z „rynku”, nie dostaną możliwości wejścia w oświatowy biznes, a bez tego nie mogą istnieć. Tu chodzi o to, aby kształcić ludzi, nie zdolnych do syntezy, zrozumienia prostych relacji przyczynowo-skutkowych w historii. A jeżeli niektórzy zrozumieją, to lepiej, żeby nie mogli porozumieć się z takimi samymi w innych krajach. I dzięki temu, promotorzy NWO mogą spać spokojnie.

 



wtorek, 23 września 2014
Dewizowe swapy we współczesnym świecie; powstanie dewizowego kartelu (I)



Walentin Katasonow

Sprawa dewizowych swapów (umowa o wymianie walut) jest jednym z głównych w mediach. Prawie co miesiąc dowiadujemy się u zawarciu umowy o dewizowym swapie.  Takich umów jest na świecie wiele dziesiątek.

Ale co to jest swap?

Walutowy swap to nie zwykła umowa o zakupie i sprzedaży walut. Najpierw walutę X wymienia się na walutę Y; po określonym czasie dojdzie do operacji odwrotnej: Y na X. Ważnymi warunkami swapu są początkowy i końcowy kurs i koszty oprocentowania dla danej waluty w określonym czasie. Podstawową częścią wszystkich swapów jest udział centralnych banków. Swapy mogą być wewnętrzne i zewnętrzne. W przypadku tych pierwszych bank centralny umawia się z bankami komercyjnymi w danym kraju, w tych drugich umowa zawierana jest między bankami centralnymi tych krajów. Swapy mogą być jednorazowe lub w ramach swoistej linii.
W tym przypadku chodzi o umowę między bankami centralnymi kilku państw o wzajemnej wymianie walut po określonym kursie. Zawierają zwykle klauzule o możliwości przedłużenia swapów, limitów operacji i terminu ważności umowy. W ramach swapowej linii wymiana waluty może dotyczyć określonego czasu, od kilku dni do roku.

Swapy mają 2 cele: 1/ udzielenia wzajemnej pomocy w przypadku niedostatku obcej waluty na pokrycie zobowiązań bankowych przedsiębiorstw i państw denominowanych w tejże walucie; 2/ udzielenia pomocy w rozwoju handlu towarami w walutach stron umowy.

Świat walut: od porządku do chaosu

Analizę zaczniemy od swapów grupy wybranych państw należących do tzw. złotych miliardów. O tych swapach mówi i pisze się mało, a jeżeli już to wzmiankuje się tylko jako o rutynowych i technicznych operacjach centralnych banków. Ale diabeł kryje się w szczegółach; wpływ kilku „wybranych” centralnych banków na całość sytuacji w gospodarce światowej i światowych finansach jest nieproporcjonalnie duży. Aby to zrozumieć pokrótce opiszemy do jakich zmian doszło w światowym systemie walutowo-finansowym w XX wieku. W październiku 1929 r. panika na nowojorskiej giełdzie dała początek wielkiemu kryzysowi, który zdezorganizował przemysł i rolnictwo w większości państw świata (z wyjątkiem ZSRR). Zmienił się też dotychczasowy porządek światowego systemy finansowego, który z trudem odnawiał się na podstawie standardu złota po I wojnie światowej. Świat znalazł się w spirali światowego chaosu walutowego, gospodarczej autarkii, finansowej izolacji i bloków walutowych.

W 1944 r. na międzynarodowej konferencji walutowo-finansowej w miejscowości  Bretton-Woods uzgodniono powstanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale najuważniejszym celem było wytworzenie mechanizmu dewizowych interwencji i pomocy walutowej. Jako wyjątki były przyznawane  rewaluacje i dewaluacje walut z jednorazową zmianą parytetów w złocie. Światowy ład walutowo-finansowy oparty był na regulacjach krajowych i zagranicznych środkach pieniężnych.

Porządek ten utrzymał się niecałe 30 lat i skończył się rozpadem systemu  Bretton-Woods. Zastąpił go jamajski system walutowy, legalizujący płynność kursów, znosząc parytet złota i wprowadzając całkowitą liberalizację. Nowa ideologia oparta została na dogmacie samoregulacji rynku łącznie z kursami walut, które w wyniku tego osiągną „idealną równowagę”.

Jednak w realnym życiu na dewizowych rynkach dominował subiektywny czynnik, który zrodził  spekulantów finansowych. Manipulowali oni kursami walut, wpływając na międzynarodowy handel i narodowe gospodarki.  Nie oszczędzili nikogo. Ich łupem padały nie tylko rozwijające się kraje, ale i dojrzałe kraje „złotych miliardów”. Wystarczy przypomnieć, jak spekulant George Soros w 1992 r. „ustrzelił” brytyjskiego funta.

Do wspomnianych czynników należały gry polityków, którzy forsowali interesy własnych krajów na światowej scenie finansów. Nie można nie wspomnieć o umowie z  „Plaza“ z r. 1985 (nazwa hotelu w Nowym Jorku) gdzie spotkali się ministrowie finansów i przedstawiciele banków centralnych z 5 krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Japonii, Niemiec i Francji. Uzgodniono podniesienie kursów ich walut w stosunku do dolara. W wyniku tego, Wujek  Sam mógł wyrównać swój bilans płatniczy na 46% w stosunku do marki niemieckiej i 50% do japońskiego jena. Najbardziej ucierpiał kraj wschodzącego słońca. Panuje powszechne przekonanie, że po umowie z Plaza, Japonia już się nie podniosła i co było początkiem jej końca.

Wielu uważnych analityków twierdzi, że umowa z Plaza była ważnym  punktem zwrotnym rozwoju światowego systemu finansowego. Spotkanie to położyło fundament do utworzenia mechanizmu koordynacji działań „wybranych” centralnych banków w zakresie regulacji dewizowych rynków. Większość mediów nadal propaguje wtłaczając do głów teorie gospodarczego liberalizmu, mimo iż w świecie finansów liberalizm dawno umarł; od bez mała trzydziestu lat wymiana wolnego rynku jest „ręcznie sterowana ”, a ster jest w rękach „wybranych” banków centralnych.

Dewizowe swapy jako narzędzie ręcznego sterowania banków centralnych

Oczywiście, dewizowe swapy nie zrodziły się dziś – istniały od dawna, nawet w erze systemu Bretton-Woods. Centrum międzynarodowego systemu walutowego były rezerwy federalne (FED),  których początki sięgają 1962 r., tyle że  w tamtym czasie była to tylko dość egzotyczna „operacja techniczna”.

Jednakże podczas ostatniego kryzysu finansowego wielkość dewizowych swapów gwałtownie wzrosła. Ich rola przy pokonywaniu kryzysu nie była duża i dlatego mówi się o nich rzadko i mało. FED i ECB dogadały się w grudniu 2007 r. co do pierwszej swapowej linii dolar-euro, aby dolarowe płatności do europejskich banków dokonywane były w papierach wartościowych opartych na nieruchomościach. Po krachu banku inwestycyjnego Lehman Brothers w 2008 r. finansowy kryzys dotkną i europejską gospodarkę. Na koniec czerwca 2011 zagraniczni partnerzy, (przede wszystkim  ECB i Bank of England) dostali od FED-u 600 mld $. W maju 2010 r. ECB  użył walutowego swapu w związku z kryzysem w Grecji. W tym czasie ECB pożyczył od FED ok. 9,2 mld. $.

c.d.n.

Tekst ukazał się ukazał się 16.09. 2014 na Fondsk.ru


Tłumaczenie moje

czwartek, 18 września 2014
Celem sankcji jest rozbić związki między Europą a Rosją

Paul Craig Roberts

 

Nowe sankcje nałożone przez USA i UE na Rosję wydają się nie mieć sensu. Co innego gdyby rosyjski przemysł naftowy i zbrojeniowy zależał jakoś od rynków europejskich. Rosyjskie spółki zdolne są funkcjonować na kredytach od rosyjskich banków, a w razie czego mogą pożyczać w Chinach. Sankcje mogą co najwyżej zmusić Rosję do takich działań, które uniezależniłyby ją od Zachodu pod każdym względem.

 

Pozostaje pytanie o rzeczywisty cel sankcji. Zdaniem Robertsa chodzi o podkopanie i zerwanie gospodarczych i politycznych związków z Europy z Rosją, co w rezultacie doprowadzić może do wojny. Waszyngton będzie naciskał na nakładanie kolejnych sankcji na Rosję aż Europa zrozumie, że posłuch wobec Waszyngtonu bardzo wiele kosztuje.

 

Zniesienie sankcji jest zejściem z drogi prowadzącej do wojny. W odpowiedzi na sankcje Rosja może powiedzieć Europie, że jeżeli nie podobają się jej ich spółki naftowe i gazowe, to nie podoba się i gaz więc kurek zakręcamy. Rosja może także powiedzieć, że nie sprzedaje gazu państwom NATO, lub że będzie sprzedawać gaz ale Europa musi płacić w rublach, a nie w dolarach. To by doprowadziło do giełdowego wzrostu kursu rubla.

 

Rzeczywiste niebezpieczeństwo dla Rosji leży w jej spokojnym i umiarkowanym reagowaniu na sankcje. Taka reakcja prowadzi jedynie do dalszych sankcji. Aby tak się nie stało Rosja musi pokazać Europie, że sankcje uderzą mocniej w nią samą..

 Z kolei jako reakcję na sankcje Waszyngtonu, może Rosja zaprzestać sprzedaży silników rakietowych, od których zależy cały amerykański program kosmiczny. USA zostałyby bez rakiet dla swoich satelitów w okresie 2016-20122.

Rosyjski rząd obawia się straty zysków ze sprzedaży gazu i silników rakietowych. Ale Europa nie obejdzie się bez gazu i szybko by z sankcji spuściła, a więc żadnych strat z tego tytułu by nie było. Amerykanie z kolei mogliby produkować własne silniki rakietowe, a sprzedaż rosyjskich i tak może potrwać najwyżej 8 lat. Tyle tylko, że przez 6 lat świat odetchnąłby od amerykańskiego programu szpiegowskiego. Przeszkodziłoby to także amerykańskiej agresji wobec Rosji przynajmniej w tym okresie.

 

 

The Purpose of the Sanctions Is to Breakup Relations Between Europe and Russia ukazał się 3 września 2014 na Strategic Culture Foundation



piątek, 12 września 2014
Oświata w matriksie i mamonie

Szkolnictwo nowożytne to dzieło Kościoła. To przy zakonach powstawały szkoły, łacina była językiem powszechnym i co ciekawe i co dziś wielu nie mieści się w pale, można było się jej nauczyć. Nie tylko w odmianie deklinacji i koniugacji ale w używaniu czynnym i biernym. Poza tym w szkołach uczono rzeczy praktycznych i duchowych, jakichś zasad moralnych, z których przestrzeganiem w praktyce różnie bywało, ale przynajmniej wiadomo było co jest złe a co dobre. No i nauczyciel – miał szacunek i autorytet, nie wspominając już o takiej oczywistości jak kompetencja. Nikt niekompetentny nie mógłby być nauczycielem czy to w szkole o poziomie podstawowym, czy innym.

Weźmy takiego Mickiewicza. Chodził do 8-latki dominikańskiej od 9 roku życia, czyli, że początki edukacji zaczynał w domu i zaraz po podstawówce poszedł na 4-letnie studia. Łącznie w systemie edukacji formalnej spędził 12 lat! Mickiewicz znał łacinę, francuski, niemiecki, rosyjski, litewski, angielski i może coś jeszcze. W jednym z listów do niego Puszkin pyta, czy warto uczyć się łaciny? Mickiewicz odpowiada, że nie warto, bo już jest na to za stary (Puszkin nie miał wtedy 30-tki), ale niech się weźmie za angielski, to wystarczą mu na to 3 miesiące.

Tylko niech mi nikt nie mówi, że Mickiewicz to wyjątek, bo geniusz. Inni jego koledzy, ci z Filomatów i Filaretów, też nie wypadli spod ogona. Domeyko to geolog światowego formatu, założyciel uniwersytetu w Santiago, a jego nazwisko nosi planeta i pasmo górskie w Chile. Zan zajmował się meteorologią, Jeżowski – filologią klasyczną, Chodźko to orientalista, Czeczot to poeta piszący w mowie sławiano-krewickiej, uznawanej za proto-białoruski, Kowalewski – orientalista, badacz języka mongolskiego i lamaizmu, Odyniec tłumaczył z angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, a Wiernikowski został specjalistą od języków wschodnich. I powtarzam, nie byli to ludzie formatu powiatowego. Większość z nich i to rzuca się w oczy, pracowali językami obcymi jako narzęziem. Nawet Domeyko znał co najmniej hiszpański, skoro pracował i żył w Chile, a nawet ożenił się z Chilijką. To nie przypadek, to norma tamtych czasów. A wcale nie był to złoty wiek oświaty. W XIX w. oświata nabierała rozpędu staczając się po równi pochyłej, której początki sięgają reform Jana Amosa Komenskiego, tego heretyka, rewolucjonisty i szubrawca, który mieszkając w Lesznie na łaskawym chlebie Rafała Leszczyńskiego, spiskował ze Szwedami podczas tzw. potopu. Ale staczała się z na tyle dużej wysokości, że dopiero w ostatnich dziesięcioleciach osiągnęła dno i teraz porusza się po prostym siłą dawnego rozpędu.

Dziś mamy 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata szkoły średniej i 4 lata studiów, łącznie 16 lat i jeżeli nie są to studia językowe, to od absolwentów próżno oczekiwać znajomości języka obcego, polskiego zresztą często też. Dziś szkoła nie dość, że nie wychowuje to niczego nie uczy. Oceny uczniów nie wynikają z posiadanej wiedzy i umiejętności jej zastosowania, ale zależą od stopnia poruszania się po systemie; trzeba umieć odpowiadać, rozwiązywać testy – to umiejętność sama w sobie. Uczeń zdolny, ale nie znający tej sztuki może co najwyżej otrzymywać oceny „z górnej strefy stanów średnich”. Zresztą, co tu dużo mówić – uczniowie nieprzeciętni, stanowiący ekstremum z obu stron, nie są w przeciętnej szkole potrzebni. W przeciętnej szkole uczą (często co najwyżej) przeciętni nauczyciele, obecnie bardzo dobrze wynagradzani i posiadający przywileje nie przysługujące innym, dużo ciężej pracującym grupom zawodowym, a ich jedynym celem jest utrzymanie się na stanowisku czyli święty spokój. Jeżeli uda się utrzymać jako taki porządek w klasie i nie dać sobie założyć na głowę śmietnika, to już sukces. Nauczyciel, który chciałby coś w szkole zrobić, czegoś nauczyć, długo się nie utrzyma: zrobi sobie wrogów z uczniów, ich rodziców i innych nauczycieli, którym zakłóca spokój.

Dotyczy to szkół przeciętnych, nie tych specjalnych czy dla wybitnie zdolnych, bo tym ostatnim nauczyciele nie są w ogóle potrzebni. O szkołach prywatnych wyższych i niższych szkoda nawet mówić, bo najważniejsze jest terminowe płacenie czesnego.

Niestety, do tego poziomu dołączyły szkoły kościelne. W pewnym prestiżowym niegdyś liceum Sióstr Urszulanek zwolniono nauczycielkę łaciny bo za dużo wymagała i jedna z matek postawiła sprawę jasno: ona albo jej córka i utrata czesnego. Ale to nie wszystko. Ostatnio ogłoszono rekrutację na zaoczne studia teologiczne dla świeckich w Świdnicy. Zajęcia odbywać się mają tylko w soboty – 30 sobót rocznie, za 850 zł czesnego za semestr, czyli rocznie 1700 zł. Przeliczmy: zakładając, że nauka trwać będzie 10 godzin dziennie da to 300 godzin lekcyjnych w roku. Dużo to, czy mało? Porównajmy.

Normalne studia teologiczne dzienne (np. na KUL) trwają też 5 lat, zajęcia odbywają się 5 razy w tygodniu, licząc średnio 5 godzin dziennie bez lektoratów z: łaciny, greki + dwóch języków nowożytnych przez pierwsze 2 lata. Zajęcia więc to 25 godzin tygodniowo + 8 godzin językowych, czyli średnio licząc – 33 godziny tygodniowo, więcej niż w Świdnicy miesięcznie. A w tej ostatniej o żadnych językach dawnych czy nowych mowy nie ma. Studia dzienne to średnio licząc i zaniżając, to (bez lektoratów) 750 godzin rocznie. No i najważniejsze. Studia dzienne są za darmo, te w Świdnicy – nie.

Niestety, liczy się kasa i w to dał się Kościół wpuścić, zapominając, że „nie można dwom panom służyć: Bogu i mamonie”. Zwłaszcza bogini Mamonie.

Kościół dał się wpuścić w kanał wyprowadzając katechezę z przykościelnych salek, do szkół, gdzie była już tylko lekcja religii. To ogromna strata, której nie zrekompensują pieniądze uzyskane z budżetu. Zaprzedanie się Mamonie jest zawsze dwojakie: materialne i duchowe. Mamona nie zadowala się połowicznie, bo mamona to inna, materialna strona Szatana. Gdy kasa zawładnie człowiekiem to zaraz padają inne wartości: człowieczeństwo, więzy międzyludzkie, w końcu zatraca się własna świadomość i człowiek niczym zombi żyje w jakimś matriksie.

Mamonizm jest innym określeniem współczesnego, talmudycznego, judaizmu.

Izrael Schamir, izraelski pisarz i dziennikarz, konwertyta na chrześcijaństwo wybór obrządku ortodoksyjnego (prawosławia), tłumaczył, że Kościół Rzymskokatolicki jest zjudaizowany.

Dokumentalista Grzegorz Braun upatruje możliwość odrodzenia społecznego i narodowego w oparciu o tercet: Szkoła-Kościół-Strzelnica. Obawiam się jednak, że nie ma racji. Szkoła – to oświatowa fikcja, Kościół pogrążony jest w kryzysie, a do strzelnicy zwyczajnie, nie ma dostępu.

A na koniec najważniejsze pytanie o przyczynę. Ja myślę, że jest to zaplanowane odgórnie; chodzi o to, żeby z ludzi zrobić bezrozumne narzędzia, coś, co Rzymianie nazywali „mówiącym narzędzie”, którym można zarządzać. Bo tylko tacy w NWO będą potrzebni niewielkiej grupie wybranych. Aby to osiągnąć trzeba likwidować oświatę, tą prawdziwą, rzecz jasna, a w jej miejsce wprowadzić jakąś oświatę pozorną, a w rzeczywistości ogłupiającą fikcję. W innych dziedzinach zresztą też.



poniedziałek, 08 września 2014
Poroszenko w kieszeni Waszyngtonu już od 2006 r.

 

 

Okazuje się, że nowy prezydent Ukrainy pracował dla amerykańskiego rządu co najmniej od 2006 r.

Nie ma wszak sensu organizowanie puczu, jeżeli nie ma się wpływu na to, kto w jego wyniku dostanie się do władzy. Rzecz jasna, aby marionetkowy rząd był efektywny, nie może być tak postrzegany. Nikt nie chce, aby tubylcy byli niespokojni.

Dowody, że to USA stały za obaleniem ukraińskiego rządu na początku tego roku są tak przekonywujące, że nie wymagają dyskusji, zwłaszcza, że już początkowo nie było jasne, jaki w wyborze Poroszenki mieli udział. Ekstatyczna reakcja Waszyngtonu po jego wygranej, jego niezachwiane poparcie i późniejsze wypowiedzi w sprawie ataków na cywilów we wschodniej Ukrainie, wzbudziły podejrzenia.

Okazuje się, że dowody, iż Poroszenko był na liście płac amerykańskiego ministerstwa zagranicy były cały czas dostępne, tyle, że trzeba było wiedzieć, gdzie szukać. W tajnej depeszy dyplomatycznej z 2006 r. ujawnionej przez Wikileaks.org amerykański przedstawiciel mówi o Poroszence jako o „naszym ukraińskim insiderze Petrze Poroszence”. Inny telegram dowodzi jasno, że amerykański rząd uważała Poroszenkę za skorumpowanego. „Poroszenko był oskarżany o korupcję ale miał na Ukrainie silną pozycję; cena za to musiała być zapłacona.” Amerykanie wiedzieli, że Poroszenko nie jest czysty, ale miał wpływy i był ich najposłuszniejszym kretem.

Najciekawszy ujawniony fragment pochodzi z telegramu z 2009 r., w którym Poroszenko zawiadomił minister od zagranicy Hitlary Clinton, że popiera „nadanie znaczenia Krymowi i że amerykańska obecność na nim byłaby korzystna dla Ukrainy”. Na rolę Poroszenki jako amerykańskiego informatora wskazywały również telegramy z 2010 r.

Czytając je nasuwa się refleksja, że Poroszenko rzeczywiście naruszał ukraińskie prawo przesyłając informacje o strategicznym znaczeniu. Z uwagi na to, że informacje te zostały użyte do przeprowadzenia puczu przeciwko Janukowiczowi, dojść trzeba do wniosku, że dopuścił się zdrady stanu.

Jednak Poroszenko nie jest jedynym wymienionym tam ukraińskim politykiem. Telegramy wzmiankują o skandalach wokół Oleksandera Turczynova, który zniszczył dokumenty SBU

ujawniające współudział Julii Tymoszenko w zorganizowanych przestępstwach, a która chciała, aby Turczynow został ministrem spraw wewnętrznych by mógł gromadzić informacje mogące zaszkodzić jej wrogom.

Aby lepiej zrozumieć rozmiar wpływów amerykańskich na Ukrainie, należy przeczytać cały dokument.

 

 Wikileak Cables: Ukrainian President Petro Poroshenko in Washington's Pocket Since 2006 ukazał się 18 czerwca 2014 na scgnews.com.

Tłum. MM

 

 



środa, 03 września 2014
Leninowiec w Białym Domu

Paul Craig Roberts

Według Lenina sowiecka władza oparta jest „na bezpośredniej przemocy, niczym nie ograniczona, ani żadnymi prawami, ani absolutnymi normami”.

W XXI wieku rządy amerykańskie upodobniły się do leninowskich. Żadne prawa, wewnętrzne czy międzynarodowe, nie powstrzymują USA w terrorze. USA mogą zaatakować suwerenne państwo, lub prowadzić wojenne operacje na ich terytorium. Żadne prawo nie zapobiega w nieograniczonym czasowo więzieniu obywateli, areszcie na podstawie podejrzeń lub tylko oskarżenia.

Ostatnim przejawem leninizmu Waszyngtonu jest oznajmienie, że rząd amerykański nie planuje ataków na ISIS (Islamic State of Iraq and Sham - Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie – przyp. mój) na terenie Syrii w porozumieniu z syryjskim rządem. Waszyngton nie uznaje żadnego ograniczenia do użycia siły, a suwerenne państwo nie jest tu żadną przeszkodą. W Waszyngtonie siła przemocy zastąpiła siłę prawa.

Syria ma prawo być nerwową. Powodem, dla którego ISIS działa na jej terenie jest to, że to Waszyngton ją uzbroił i tam posłał. Amerykańskie naloty na ISIS równie dobrze mogą być przykrywką do nalotów na syryjskie wojsko.

 Teraz jesteśmy świadkami bezczelnych kłamstw obamowego reżimu. Podobnie jak w Libii, to ten reżim wysłał do Syrii dżihadystów, aby walczyli o demokrację przeciwko dyktatorowi. Tyle, że Waszyngton stracił kontrolę nad tym monstrum, które wchłonęło dużą część Syrii i Iraku stając się kolejnym wrogiem Zachodu.

 Teraz, gdy USA grozi Rosji wojną, wrogość wobec Waszyngtonowi narasta wszędzie. Ale czy Ameryka ma dość sił aby ujarzmić cały świat?

 Rząd Izraela – sojusznika USA, także ulega leninizmowi używając tych samych sposobów nieograniczonego użycia siły wobec Palestyńczyków.

 Ze wszystkich rządów na świecie tylko Waszyngton i syjonistyczny Izrael z nikim się nie liczą i są ponad prawem. Tyle, że to wzór dyktatury, a nie demokracji.

 

The Leninist in the White House ukazał się 27 sierpnia 2014 na paulcraigroberts.org.

 

Tłum. własne



Tagi: leninizm USA
14:39, mrozmarek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 września 2014
Monsanto a Ukraina

 Kolejnym elementem ukraińskiej układanki są interesy firmy Monsanto. Pisze o tym kanadyjska dziennikarka Joyce Nelson powołując się na raport kalifornijskiego Oakland Institute, wg którego Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądały jako jednym z warunków 17 miliardowej pożyczki było otwarcie się Ukrainy na rolnictwo modyfikowane genetycznie. Sprawę określono jako: „Posunięcie Zachodu: Bank Światowy i MFW w konflikcie ukraińskim”.

 Pod koniec 2013 r. ówczesny prezydent Wiktor Janukowicz nie zgodził się na umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, z czym związana była 17 miliardowa pożyczka z MFW. Zamiast tego wybrał rosyjski pakiet pomocowy w wysokości 15 mld $ wraz z upustem ceny gazu. To było powodem rozruchów i jego usunięcia z funkcji oraz późniejszego kryzysu.

 Według Oakland Institute „ponieważ Ukraina niż zgadza się na stosowanie genetycznie modyfikowanych organizmów w rolnictwie, punkt 404 umowy z UE, dotyczący rolnictwa, zawiera klauzulę, która została niezauważona: obie strony będą współpracować na rzecz wykorzystania biotechnologii. Niewątpliwie zapis ten jest zgodny z oczekiwaniami agrobiznesu. Jak zauważył Michael Cox, czołowy przedstawiciel banku inwestycyjnego Piper Jaffray, 'Ukraina i w szerszym znaczeniu - Europa Wschodnia, należą do najbardziej obiecujących rynków dla gigantów produkujących maszyny rolnicze oraz producentów nasion Monsanto i DuPont'.“

 Ukraińskie przepisy zabraniają stosowania upraw GMO. Kraj ten długo uznawany był za „spichlerz Europy” a jej czarnoziemy za idealne do uprawy zbóż; w 2012 r. ukraińscy rolnicy zebrali ponad 20 mln ton pszenicy.

 W maju 2013 Monsanto poinformowało o planach inwestycji za 140 mln $ na niemodyfikowane pszeniczne ziarno siewne na Ukrainie. Ale już w listopadzie sześć największych organizacji rolniczych na Ukrainie przygotowało nowelizację ustawy „legalizującej ziarno GMO w zakresie wytwarzania, testowania, przewozu i używania”.

Prezes ukraińskiego stowarzyszenia pszenicznego Wołodymir Klymenko na konferencji prasowej 5 listopada przyznał się do podpisania z innymi organizacjami dwóch listów w których domaga się zmian prawa o biologicznym bezpieczeństwie i legalizacji GMO. Propozycja ta pokrywała się z warunkami umowy stowarzyszeniowej z UE i pożyczką BŚ i MFW.

 Redaktor internetowego sustainablepulse.com – Henry Rowlands – zauważył zagrożenie dla eksportu ukraińskiego rolnictwa po dopuszczeniu GMO a także, że „inwestycje Monsanto na Ukrainie mogą w ciągu kilku lat wynieść 300 mln $” i pyta, czy „ukraińskie rolnictwo ma zdać się całkowicie na łaskę znajdującej się jedynie w USA spółki?”

 Niedługo potem Monsanto Ukraina przedstawiła swój program „socjalnego rozwoju“ pn. „Ziarno przyszłości“. Proponuje w nim granty rolnikom aby „zaczęli rozumieć, że mogą swoją sytuację polepszyć sami, bez czekania na jałmużnę“. W rzeczywistością jałmużną jest oczekiwanie na łaskę od wielkiego amerykańskiego agrobiznesu, za pośrednictwem MFW i BŚ.

W marcu Morgan Williams – prezes International Business Times i generalny dyrektor Amerykańsko-Ukraińskiej Rady Przedsiębiorców określił ukraińskie rolnictwo „kopalnią złota” dodając jednak, że na przeszkodzie stoi wiele rzeczy, które trzeba zmienić. „Główna z nich dotyczyć będzie przejęcia władzy...”

W sierpniu 2011 r. portal WikiLeaks ujawnił noty amerykańskiej dyplomacji dowodzące, że ministerstwo spraw zagranicznych USA lobbowało na całym świecie za Monsanto i innymi biotechnologicznymi korporacjami. 14 maja 2013 zaprezentował własne sprawozdanie pt. „Ambasadorzy biotechnologii: Jak amerykańskie ministerstwo zagraniczne forsuje globalne agendy siewnego przemysłu” naciskając na rządy państw w celu zmian w miejscowym prawie aby sprzyjały bio-technologiom w jak najszerszym zakresie, z promocyjnymi kampaniami włącznie.

Wg consortiumnews.com (16 marzec 2014) Morgan Williams jest w układach z wielkim agrobiznesem. Pomimo uczestnictwa w zarządzie amerykańsko-ukraińskiej organizacji, jest także dyrektorem w sekcji handlującej papierami wartościowymi firmy SigmaBleyzer, współpracującej z „różnymi agencjami rządu amerykańskiego, członkami kongresu, komisjami kongresu, ambasadą na Ukrainie, amerykańskimi międzynarodowymi instytucjami finansowymi, trustami mózgów i innymi organizacjami...”

 16 osobowy komitet wykonawczy Amerykańsko-Ukraińskiej Rady Przedsiębiorców pełny jest przedstawicieli amerykańskich firm agrobiznesu, włącznie z Monsanto, John Deere, DuPont, Pioneer, Eli Lilly a Cargill. Wśród dwudziestu głównych doradców Rady są: James Greene (były przedstawiciel NATO na Ukrainie), Ariel Cohen (Heritage Foundation), Leonid Kozaczenko (prezes Ukraińskiej Konfederacji Rolnej) i były ambasador Ukrainy w USA - Oleg Szamszur. Ten ostatni obecnie jest głównym doradcą PBN Hill + Knowlton Strategies – grupy PR obra Hill + Knowlton Strategies (H+K). H+K jest córką londyńskiej WPP Group, właścicielki około tuzina PR firm, z Burson-Marsteller (wieloletniego doradcy Monsanto).

 15 kwietnia br. Globe&Mail - dziennik z Toronto opublikował tekst konsultantki H+K Olgi Radczenko, w którym potępia rosyjskiego prezydenta Władimira Putina i jego PR podkreślając, że „miniony miesiąc (tj. marzec 2014 – miesiąc po puczu) grupa kijowskich spin-doktorów utworzyła ukraiński medialny ośrodek kryzysowy, celem którego miała być poprawa wizerunku Ukrainy w świecie.

Internetowa strona PBN Hill + Knowlton Strategies podkreśla, że generalny dyrektor spółki Myron Wasylyk, jest „członkiem kierownictwa Amerykańsko-Ukraińskiej Rady Przedsiębiorców, a dyrektorka wykonawcza spółki - Oksana Monastyrska, „prowadzi prace dla Monsanto”. Monastyrska wcześniej pracowała dla międzynarodowej korporacji finansowej Banku Światowego.

 Według Oakland Institute warunki umowy BŚ/MFW wobec Ukrainy prowadziły do „zwiększenia zagranicznych inwestycji, co zapewne doprowadziłoby do dalszego rozszerzenia nabytków gruntów rolnych przez zagraniczne spółki i korporacjonizmu rolnictwa w kraju”.

W międzyczasie rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew w kwietniu powiedział: „Nie jest naszym celem rozwijanie produkcji GMO lub je importować. Możemy wykarmić się normalnymi a nie genetycznie modyfikowanymi produktami. Jeżeli Amerykanie chcą takie jeść, niech sobie jedzą. My nie musimy tego robić; mamy dość miejsca i warunków, abyśmy produkowali organiczną żywność.”

 Hill + Knowlton, z ich oszustwami, z „kuwejtskimi dziećmi w inkubatorach”, odegrała kluczową rolę w zdobyciu poparcia Amerykanów dla wojny w Zatoce i Iraku na początku lat 90.tych. Teraz spółka ta miesza się w wywołanie drugiej zimnej wojny lub czegoś jeszcze gorszego i to na rozkaz Monsanto – niedawno obwołanej „najbardziej diaboliczną” korporacją na Ziemi. Trzeba to mieć na uwadze, gdy równocześnie oficjalne media demonizują Putina.

 

Monsanto and Ukraine ukazał się 2.-24. sierpnia na Counterpunch.org.



O autorze
Tagi