piątek, 29 października 2010
Czy grozi nam podwyżka cen wody?
Wiele wskazuje, że tak. Jedną z przesłanek jest propozycja cenowa Wałbrzyskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji złożona gminie Marciszów drakońska podwyżkę cen wody i ścieków o 14,98 zł za metr sześcienny za rok 2009, co łącznie miało wynieść 21,06 zł. Podwyżka za ten rok miałaby wynieść 18,82 zł m/3 co dałoby łącznie 24,90 zł za m/3. Jak na razie w Wałbrzychu i innych gmina obsługiwanych przez tę firmę płacimy ok. 10 zł za m/3 wody i ścieków łącznie, ale wiele wskazuje, że podwyżkę wstrzymują nadchodzące wybory. Kto jest kto? WZWiK to związek zrzeszający kiedyś 11 gmin: Boguszów-Gorce, Czarny Bór, Głuszycę, Jedlinę Zdrój, Marciszów, Mieroszów, Stare Bogaczowice, Szczawno-Zdrój, Świebodzice, Walim i Wałbrzych. Trzy lata temu ze związku wystąpił Marciszów, a w tym członkostwo kończą: Czarny Bór, Mieroszów i Stare Bogaczowice. Operatorem Związku jest WPWiK - spółka z o.o., który wykonuje większość prac związanych z wodą i kanalizację. Swój dochód, jako czynsz dzierżawny, przekazuje WZWiK. Kilka lat temu gminy zrzeszone w WZWiK zdecydowały się wziąć udział w projekcie ISPA (dzisiejsza nomenklatura: Fundusz Spójności), polegającej na budowie kanalizacji i oczyszczalni ścieków w gminach. Zgodnie jednak z wymogami unijnymi beneficjent, czyli ten, kto dotację otrzyma, musi mieć wkład własny. WZWiK pieniędzy specjalnie nie ma, musiał więc wziąć kredyt z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Kontrola 29 stycznia 2010 r. Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła wystąpienia pokontrolne prezesowi WZWiK dotyczące działalności związanej z realizacją przedsięwzięcia pn. „Oczyszczanie ścieków w Wałbrzychu”. Trochę wcześniej, bo 6 października 2009 r. NIK przedstawiła wystąpienie pokontrolne zarządowi WPWiK za okres 2007-2009 (I półrocze). Oba raporty są bardzo pouczającą lekturą i dostępną w całości w internecie na stronie NIK. Nas interesuje kilka kwestii ściśle związanych z ceną wody jaką muszą płacić mieszkańcy gmin wchodzących w skład WZWiK. Obydwa raporty bez trudu znaleźć można w internecie na stronach NIK, my w tym miejscu przedstawimy to, co naszym zdaniem, najważniejsze. W przypadku WZWiK nieprawidłowości dotyczyły głównie działań związanych z przygotowaniem Projektu i jego obsługą finansowo-księgową, m.in. niedoszacowania jego wartości, niezapewnienia środków finansowych na terminowe regulowanie zobowiązań, braku sprawności w opracowywaniu i pozyskiwaniu dokumentacji niezbędnej w trakcie realizacji. Stwierdzono ponadto niewłaściwy nadzór nad terminowością realizacji robót i uchybienia w procedurze udzielania zamówień publicznych oraz brak rozliczenia inwestycji zakończonych w roku 2000 i 2003. Przystępując do projektu liczono na dotację z Funduszu ISPA w wysokości 34,45 mln euro oraz na kredyt z Banku Ochrony Środowiska („BOŚ”) w wysokości 5,68 mln euro, pożyczki z NFOŚiGW w kwocie 3,77 mln euro, a także dochodów z dzierżaw nieruchomości wchodzących w skład majątku WZWiK w wysokości 0,79 mln euro, co w sumie stanowiło kwotę 44,69 mln euro, odpowiadającą 86,3% wartości Projektu. W rezultacie ISPA przyznała o 7,1 mln zł mniej niż wnioskowano, ale tej możliwości nie uwzględniono i nie zaplanowano „wyjścia awaryjnego”. Aby to „nadrobić” WZWiK zaciągnął w NFOŚiGW pożyczkę niemal 9-krotnie wyższej od planowanej, tj. w kwocie 33,37 mln euro, a także kredyt w BOŚ większy o 10% od zakładanego - 6,25 mln euro. A więc już od początku „zaczęły się schody”, tym bardziej strome, że gminy tworzące WZWiK (początkowo 11, a od 2007 r., gdy wycofał się Marciszów - 10 gmin) nie udzieliły dotacji na jego działalność, jak również nie ustaliły wysokości składek członkowskich. Jedynym źródłem dochodów WZWiK zostały wpływy z czynszu za dzierżawę mienia (wchodzącego w skład oczyszczalni ścieków) WPWiK, którego jedynym udziałowcem był WZWiK. Krótko mówiąc: zaczęto zjadać własny ogon. A ponieważ ogon ten, w miarę upływu czasu stawał się krótszy, gminy członkowskie zgodziły się na wzrost opłat za wodę i ścieki, czyli na wzrost cen. Jednak do pewnych granic, a gdy te zostały przekroczone, wcześniej wymienione gminy ze Związku wystąpiły. Historia tego projektu to historia naciągania zbyt krótkiej kołdry, która w miarę upływu czasu stawała się coraz krótsza, ponieważ, z wielu rożnych przyczyn, stale też rosły koszty projektu i czas jego realizacji. Pierwotny termin zakończenia: 31 grudnia 2007 r. został zmieniony na 31 grudnia 2010 r., a więc 2-krotnie dłuższy, a więc i droższy. Pewnym curiosum, co też zauważyli inspektorzy NIK, była budowa w dzielnicy Poniatów sieci kanalizacyjnej przy jednoczesnej rezygnacji z budowy wodociągu „niesie ryzyko poniesienia wyższych kosztów jego realizacji w późniejszym terminie, m. in. ze względu na konieczność ponownego prowadzenia wykopów, zajmowania pasa drogowego i odtwarzania nawierzchni dróg na tych samych odcinkach. Ponadto brak wodociągu jest uciążliwy dla mieszkańców dzielnicy, a możliwość wykorzystania kanalizacji jest ograniczona.” Rosną koszty Jak już wspomniano, WZWiK zwiększył obciążenia WPWiK z tytułu czynszu dzierżawnego za nieruchomości i urządzenia o 116,8%, tj. z kwoty 415,85 tys. zł miesięcznie w 2007 r. do 901,64 tys. zł miesięcznie w 2009 r. W efekcie cena za wodę w przypadku gospodarstw domowych wzrosła o 38,6%, (w okresie 1.08.2006 r. -31.07.2007 r.). Dla pozostałych odbiorców stawka opłat za wodę wzrosła w tym czasie o 32,8%. Podwyższono też abonament za usługi wodociągowe dla gospodarstw domowych o 21,2%. Dla pozostałych odbiorców abonament wzrósł w tym czasie aż o 92,7%. Podobnie wzrosła cena za ścieki, w przypadku gospodarstw domowych o 93,4%, a dla pozostałych odbiorców o 35,4%. Jeszcze więcej, bo o 97,1% dla gospodarstw domowych i o 210,7% dla pozostałych odbiorców, wzrósł abonament za te usługi. Dodatkowo NIK stwierdził niedostosowanie „planu remontów do występujących awarii sieci wodno-kanalizacyjnej, braku rozeznania w kwestii kosztów usuwania awarii, nierzetelnej sprawozdawczości z zakresu skarg i reklamacji, a także przypadki pobierania zawyżonych opłat za ścieki.” Bomby radnego Radny Michel Nykiel, członek Komisji Rewizyjnej WZWiK wskazuje, że planowany deficyt budżetowy Związku na ten rok w wysokości 21 mln zł na koniec czerwca wyniósł już 19 mln zł. Co gorsza, zadłużenie, jakie zawarte jest w informacji wykonania budżetu Związku za pierwsze półrocze 2010 r., które na 31 czerwca wyniosło 173 334 133 zł. Na zadłużenie to składają się kredyty, pożyczki i inne zobowiązania finansowe, ale i szereg innych, niezrozumiałych wydatków. Np. WZWiK zapłaciło 889 tys. zł odsetek od nieterminowych wpłat za podatek od nieruchomości gminy Świebodzice, a także ok. 284 tys. zł kosztów postępowania sądowego dla firmy z Piły. „Nad gminami, które poręczyły Związkowi wisi topór, gdyż w razie niespłacenia zobowiązań przez WZWiK – to one będą musiały spłacić dług z własnych środków. ” – mówi obrazowo Nykiel. „Sam Wałbrzych poręczył aż 82,5 mln zł. Pytam więc, o ile w przyszłym roku wzrośnie cena wody, aby ten dług pokryć?” - dodaje. Casus Marciszowa To pierwsza gmina, która opuściła WZWiK i jedyna, która walczy o odzyskanie zajętego przez WPWiK majątku. Aby jednak zrozumieć niuanse sprawy, trzeba się cofnąć w czasie. Na terenie Marciszowa znajduje się jeden z czterech największych zbiorników wody pitnej w Polsce. 9 marca 1995 r. Wojewoda Jeleniogórski skomunalizował, czyli przekazał nieodpłatnie gminie Marciszów majątek, wcześniej państwowy, a od 1991 r. będący we władaniu WZWiK, który ten aportem wniósł do WPWiK. Na majątek ten składają się nieruchomości, obiekty i urządzenia, które – jak to się fachowo określa – służą zbiorowemu zaopatrzeniu ludności w wodę. Potwierdza to wpis do księgi wieczystej Sądu Rejonowego w Kamiennej Górze pod nr 11709. 28.12.2005 r. Rada Gminy Marciszów podjęła uchwałę o wystąpieniu z WZWiK. Powodów było kilka: wysokie ceny wody, jednakowe dla wszystkich gmin, na co Marciszów się nie zgadzał, bo skoro to na terenie tej gminy były ujęcia wody to odpadały koszty przesyłu. Czarę goryczy przelało nie ujęcie Marciszowa w programie ISPA. Spór o majątek Zaraz też władze gminy wystąpiły do WZWiK z projektem umowy dzierżawy wspomnianych nieruchomości i urządzeń, ten jednak nie uznał komunalizacji z 1995 r. za legalną i rozpoczął skomplikowane korowody prawne, ze skargą do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w styczniu 2008 r. o unieważnienie decyzji komunalizacyjnej. Pomimo upływu niemal 3 lat sprawa nie została rozpoznana. Zdaniem wójta Stefana Zawieruchy, WPWiK nie może przedstawić żadnych dokumentów stwierdzających nabycie majątku. W jednym z pism do MSWiA z 1 kwietnia 2010 r., WZWiK argumentuje m. in., że jeszcze w okresie przedwojennym i do zakończenia II wojny światowej, sporne nieruchomości należały do Wałbrzycha, co potwierdza związkowe prawo do własności. Zdaniem wójta, w ten sposób Związek i jego operator nie tylko uniemożliwili gminie utworzenie własnego przedsiębiorstwa wodociągowego, ale też rozpatrzyli odmownie wnioski osób prywatnych o podłączenie do sieci na terenie kilku wsi. W uzasadnieniu odmowy WPWiK powołało się na brak zezwolenia ze strony gminy. To jednak nie przeszkadza operatorowi prowadzenia – zdaniem gminy nielegalnej – usługi zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków na terenie Marciszowa i czerpania z tego tytułu korzyści. Zdaniem wójta Zawieruchy – powodem niewydania zezwolenia jest bezprawne użytkowanie majątku gminy przez WPWiK i złe zarządzanie w tą spółką, czego efektem są generowane straty. „Wystąpiliśmy do sądu z pozwem o bezumowne korzystanie z gruntów i budynków, jednak sprawa została zawieszona do czasu rozstrzygnięcia skargi przez MSWiA” - mówi wójt. Niebawem złożymy pozew o wydanie majątku na podstawie decyzji komunalizacyjnej i ksiąg wieczystych, bo ile można czekać na decyzję MSWiA?” - dodaje. Gmina jest skłonna iść na ugodę i sprzedawać wodę po symbolicznej cenie, ten jednak musi zwrócić majątek.
Miasto znowu przegrywa
Sąd Apelacyjny we Wrocławiu utrzymał wyrok niższej instancji stwierdzający winę gminy Wałbrzych oraz policji zniszczenia 15-hektarowej działki Edwarda Janusza, leżącej pomiędzy ulicami Wysockiego i Antka Kochanka. Teren od 10 lat niszczyli kopacze wydobywający tam węgiel z tzw. biedaszybów, a gmina, jak i policja, nie zrobiły nic, aby ten proceder ukrócić/ Sąd odrzucił argumentacje gminy, że to właściciel działki powinien zadbać o swoją działkę, gdyż nie ma po temu podstaw prawnych i narzędzi, policja i straż miejska to służby, na których leży obowiązek interwencji. Winne zatem jest państwo, za które koszty ponosi skarb państwa oraz gmina i to oni poniosą koszt odszkodowania. W jakiej wysokości? - to określi odrębne postępowanie sądowe, choć Edward Janusz zapowiadał, że będzie to kwota od 6 do 10 milionów zł. Nie jest to pierwsza porażka gminy w tym roku. Przypomnijmy, że kilka miesięcy temu wyszła sprawa konieczności zwrotu Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa darowizny w naturze bądź zapłacenia za nią ok. 11 mln zł. Chodziło o działki o łącznej wielkości 26 hektarów, które miasto pozyskało za darmo na cele infrastrukturalne, rekreacyjne, itp. Zamiast tego część terenu przekazano aportem Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej i teraz trzeba płacić. Szerzej sprawą tą zajmowaliśmy się w jednym z poprzednich numerów „Naszego Regionu”. Niestety, wbrew buńczucznym zapowiedziom prawników miejskich, miasto musi płacić, a dokładnie: jego mieszkańcy za niefrasobliwość swoich włodarzy.
poniedziałek, 04 października 2010
Dell w cieniu dopalaczy
W cieniu „dopalaczy” i posła Palikota kilka spraw umknęło uwadze nie znajdując właściwego oddźwięku, a jedną z nich jest sprzedaż łódzkiego oddziału firmy Dell (własności Michaela Della) tajwańskiemu Faxcomowi. Sam w sobie fakt taki nie jest ciekawy dla osób nie interesujących się światową gospodarką, sprzedaż, czy fuzje światowych gigantów, nie są czymś nadzwyczajnym, zwłaszcza, że Faxcom współpracuje z takimi markami jak Sony, HP, Lenovo, Apple, czy iPhone. Ważny on jest dlatego, że pokazuje do czego dochodzi gdy państwo w jakikolwiek sposób zajmuje się gospodarką. Media zajęły się jednym aspektem sprawy: pomocą państwa wynoszącą łącznie (ze zwolnieniami podatkowymi) ok. 216 mln zł, nie licząc kosztów poniesionych przez lokalny samorząd. Sama „pomoc”, co w praktyce oznacza dotację, wynosi 148,7 mln zł i jest wypłacana w czterech transzach od 2009 r. do 2012 r., mimo iż firma zmieniła właściciela, co dziennikarze określali jako zrobienie w konia polskiego rządu przez amerykańskich cwaniaków. Dodatkowym argumentem jest fakt, że w zamian za tę pomoc łódzki Dell miał zwiększyć zatrudnienie i utrzymać miejsca pracy przynajmniej przez 5 lat. Umową tą nowy właściciel nie jest zobligowany, może jej nie dotrzymać, a mimo to jeszcze w ciągu 2 lat otrzyma 40,3 mln zł. Dlaczego rząd nie może anulować tego zapisu umowy i zażądać zwrotu dotychczas przekazanych środków – tego dokładnie nie wiadomo, pozostaje więc pytanie, czy nasz rząd jest tak głupi, czy stoi za tym coś jeszcze, a czego możemy się domyślać, czy też jedno i drugie. Ale i to nie wszystko. Podczas kampanii w 2007 r. Donald Tusk obiecywał, że Polska stanie się drugą Irlandią, że place będą podobne. Efektem tych obietnic było przeniesienie w 2009 r. (w tym samy, w którym zapadła decyzja sprzedaży Faxcomowi) fabryki Dell'a z irlandzkiego miasta Limerick (od jego nazwy pochodzi rodzaj wiersza) do Łodzi. W aspekcie dochodów wyszło to tak, że Polacy zatrudnieni w tej samej fabryce w Limerick zarabiali – powiedzmy – 1500 euro na miesiąc, a w Łodzi też 1500 tyle że złotych i też miesięcznie, a więc 4 razy mniej. Oto cud „liberalnej” polityki Platformy Obywatelskiej. Gdyby PO była partią naprawdę liberalną w aspekcie gospodarczym, nie doszłoby do tego, albowiem liberalizm wyklucza jakąkolwiek ingerencję państwa w gospodarkę, co jest domeną wszelkiej maści socjalizmów. Nie dziwi więc, że w połowie lat 90.tych pomiędzy SLD a KL-D, który stanowi trzon PO, wybuch spór o program, takie obydwa były do siebie podobne. Z drugiej strony, gdyby owe 216 mln zł rozdzielić pomiędzy 2000 członków załogi, to na głowę przypadłoby ponad 100 tys. zł, które być może byłyby lepiej wykorzystane. Bo tak naprawdę, to tylko w wyliczeniach księgowych wygląda to tak, że zarobili jakieś pensje, podczas gdy w rzeczywistości wypłacili je sobie sami z pieniędzy zabranych pod przymusem nam wszystkim.
10:51, mrozmarek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 października 2010
„Gang Bokserów” wraca na wokandę
Skarga kasacyjna złożona do Sądu najwyższego okazała się zasadna. SN orzekł kasację wyroków wydanych przez wcześniejsze instancje na Piotra T. oraz Stanisława S., byłych mistrzów Polski w boksie, podejrzanych o sprawstwo kierownicze w szeregu przestępstw jak zastraszanie, zabójstwa, handel bronią i narkotykami, czerpanie korzyści z nierządu i inne. Proceder trwał do 2003 r., kiedy to we Wiedniu, na skutek prowokacji austriackich i amerykańskich spec-służb doszło do kontrolowanej transakcji miliona tabletek ekstazy szacowanej wartości 4,5 mln zł. Ostatecznie pogrążył podejrzanych Daniel B. - skruszony gangster występujący jako świadek koronny. Akt oskarżenia objął ok. 150 osób, w tym kilku policjantów z komendy powiatowej w Świdnicy. Przeciwko nim toczy się postępowanie przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Inaczej jest w przypadku Piotra T. oraz Stanisława S. Choć sprawy zakończyły się 3 lata temu wyrokiem skazującym odpowiednio na 12 i 13 lat pozbawienia wolności przez Sąd Okręgowy w Świdnicy, a wyrok podtrzymał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Sąd Najwyższy z powodów formalnych przychylił się do skargi kasacyjnej zwracając sprawę do ponownego rozpatrzenia. Można więc zakładać, że nowy proces potrwa kolejnych kilka lat. A ponieważ oskarżeni siedzą w areszcie już 6 lat, nie można wykluczyć, że z powodu konieczności przestrzegania praw człowieka wyjdą na wolność oraz otrzymają odszkodowanie za przewlekłość postępowania. Tak w każdym razie zapowiadają ich obrońcy. To właśnie adwokaci odegrali w tej sprawie kluczową rolę. Piotra T na rozprawach reprezentował aplikant adwokacki będący na pierwszym roku aplikantury, co jest niedopuszczalne. Aplikant może w tym charakterze występować przed sądem będąc na trzecim roku. O tym jednak, Sąd I instancji, zorientował się dopiero po 18 rozprawach, jednak procedował dalej gdyż żadna ze stron nie podniosła tego zarzutu. Podniesiono go dopiero w skardze kasacyjnej. Zdaniem sędziego Tomasza Białka – rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Świdnicy – Sąd Najwyższy słusznie zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia, gdyż dowody powinno się przeprowadzać bezpośrednio w obecności adwokata. Czy jest szansa na wznowienie postępowania jeszcze w tym roku? Co do tego nie ma pewności. Akta nie wróciły jeszcze z Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, a dopiero wtedy wyznaczony zostanie nowy skład sędziowski i data procesu. Cała sprawa jest dziwna i nie można przeć się wrażeniu deja vu. W związku z czym? Ze sprawą Olewnika na przykład. Co łączy obydwie te sprawy? Dziwna indolencja organów ścigania i taki jakby zapaszek służb specjalnych. Najpierw indolencja. To dziwne, że doświadczeni sędziowie, a tacy zasiadają w sądach okręgowych, nawet w świdnickim, nie mówiąc już o wrocławskim (apelacyjny) nie zwrócili uwagi, że obecność aplikanta na pierwszym roku może zostać poczytaną za brak obrony właściwej. A dlaczego doświadczony adwokat wysłał na salę rozpraw takiego żółtodzioba w tak poważnej sprawie, zamiast samemu wziąć w niej udział? To oczywiste, że właśnie liczył na taki przebieg wydarzeń. Na co jednak liczyli sędziowie i prokuratorzy? Oto jest pytanie. Odpowiedź na nie może dać spekulacja, ot takie teoretyczne założenie, że ci dwaj hersztowie byli jakoś powiązani ze służbami specjalnymi (na co wskazuje ich częsta obecność we Wiedniu – punktem kontaktowym różnych służb z różnych krajów) a działalność kryminalną uprawiali tak, na boku. Na rzecz tej tezy brak dowodów, ale dowodów wprost nie ma nigdy gdy w grę wchodzą specsłużby, co najwyżej poszlaki. Ale za takim założeniem przemawia jeden argument: ono wszystko wyjaśnia, a czas pokaże, czy ze sprawą Olewnika sprawa ta będzie miała więcej podobieństw.
15:56, mrozmarek
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Tagi