czwartek, 24 lipca 2014
Cui bono?

Lot MH17 zakończył się nad Ukrainą

 

Tony Cartalucci

 

Dla NATO i jego marionetkowego kijowskiego reżimu nie mogło być lepszego momentu ukraińskiego kryzysu niż ten, zakończony katastrofą malejskiego Boeingu 777. Na wschodzie Ukrainy siły kijowa były rozbite, a kilka jednostek okrążonych i rozbitych. Na zachodzie narastał marazm, gdyż Ukraińcy nie palą się do wojaczki na wschodzie. Próby NATO wciągnięcia Rosji na terytorium Ukrainy, mające skierować światową opinię przeciwko Moskwie także spaliły na panewce.

 

Ostatnią kartą, jaką USA zagrały, były dalsze sankcje, które niezwłocznie zostały ośmieszone jako nieskuteczne i jałowe. Nawet amerykańskie interesy korporacyjno-finansowe wystąpiły przeciwko sankcjom twierdząc, że są „jednostronne” i uniemożliwiają wzajemne kontakty z Rosją, podczas gdy europejska konkurencja może wolne miejsce zająć. Energiczna amerykańska polityka konfrontacji, okrążania i podkopywania Rosji do nałożenia wielostronnych sankcji nie dawała rezultatów – do teraz.

FAA (Federal Aviation Administration – amerykański organ nadzoru lotniczego – przyp. MM) ogłosiła ukraińską przestrzeń powietrzną strefą zakazaną już 3 miesiące temu. Wszystkie samoloty będące pod jej jurysdykcją miały tam zakaz lotów:

 

Czy urzędy lotnicze wiedziały, że idzie o niebezpieczny obszar? Oczywiście.

 

Niemal 3 miesiące temu na swojej stronie FAA umieściła polecenie zakazujące amerykańskim pilotom, liniom lotniczym, przewoźnikom czarterowym i wszystkim innym podlegającym jurysdykcji, przeloty nad częściami Ukrainy.

 

Bojownicy używali przenośnych przeciwlotniczych systemów, mogących osiągnąć wysokość 33000 stóp (tj. ok. 10 tys. metrów – przyp. MM).

 

Już od miesiąca bojownicy na wschodzie Ukrainy zestrzeliwali reżimowe śmigłowce, samoloty wojskowe używając różnych przenośnych ręcznych przeciwlotniczych rakiet, niezdolnych jednak do zestrzelenia malajskiego 777 lecącego wyżej niż 33 tys. stóp. Systemem odpowiednim do tego mógłby być kosztowny BUK.

 

Nie jest jasne, czy wschodnioukraińscy bojownicy otrzymali system BUK – a jeśli tak - nie jest jasne, czy są zdolni nim się posługiwać. Jeśliby takie systemy mieli, byłoby ich kilka. Kijów twierdzi, że otrzymali je z Rosji, a jednocześnie zaprzecza, aby sam takie miał. Niestety, nawet gdyby Rosja bojowników wschodnioukraińskich uzbrajała, nie byłyby to systemy BUK, które by powiązano bezpośrednio z Moskwą już po pierwszym użyciu, niezależnie od tego, do czego by wystrzeliły.

Cui bono?

Najsilniejszą kartą Rosji była dotąd jej powściągliwość i niezdolność NATO doprowadzenia jej do chaosu, co zaczął Pakt tym, że popierało uzbrojenie neonazistów w trakcie „euromajdanu” na przełomie 2013-24. Rosja by się tej karty wcale nie wyzbyła przekazując sprzęt wojskowy bojownikom, którzy już wcześniej zestrzelili ukraiński wojskowy samolot przenośnymi rakietami.

Ani Rosja, ani bojownicy operujący we wschodniej Ukrainie na zestrzeleniu cywilnego samolotu nic by nie zyskali., za to mogliby wszystko stracić. Dlatego trzeba wskazać inny kierunek – NATO i reżim w Kijowie. To, że zestrzelony samolot jest kolejnym, drugim już w tym roku malajskim Boeingiem 777 straconym w niejasnych okolicznościach nie zwrócił uwagi propagandzistów zachodnich w najmniejszym stopniu. Oni mają prosty i niczym nie zmącony obraz świata, w którym cała wina spada na Rosję i anty-kijowskich bojowników na wschodzie Ukrainy.

Niezbędny impuls do zjednoczenia Europy i pozyskania dalszych sojuszników NATO i USA oraz do prawdopodobnej bezpośredniej interwencji na Ukrainie, gdzie teraz Zachód ugrzązł, jest treścią wszystkich tytułów na całym świecie. Jeżeli zestrzelenie MH17 nie było tragiczną pomyłką w identyfikacji, to odpowiedź na początkowe pytanie cui bono – czyli kto na tym zyskał brzmi: „NATO“.

 

Flight MH17 Down Over Ukraine ukazał się 17 lipca 2014 na: www.informationclearinghouse.info



poniedziałek, 21 lipca 2014
Coraz więcej znaków

 

Katastrofa lotnicza nad Ukrainą przypomniała mi inną, tą z 8 marca, kiedy to Boeing 777 Malaysia Airlines, a więc taki sam jak ten, tej samej linii, tak samo zboczył z kursu i zniknął. Co się z nim stało – nie zostało ustalone, co jest kolejnym powodem do zdziwienia, bo przecież dostępne możnym tego świata urządzenia pozwalają odczytać przez satelitę markę papierosów na paczce, a co dopiero „zgubić” samolot.

Przy okazji przypominam fragment publikacja z Le Nouvel Observateur na temat „zaginionego” Boeinga zamieszczonej na: michalkiewicz.pl wraz z francuskim oryginałem.

Na pokładzie 20 inżynierów związanych z obronnością USA , ściślej pracowników grupy Freescale, lecących na zebranie do Pekinu. Byli oni związani z kontraktami z Ministerstwa Obrony USA w dziedzinie broni elektronicznej wysokich technologii.

Wg gazety lot MH370 został celowo zawrócony w kierunku wysp Andaman, a po raz ostatni radary wojskowe wykryły go na wysokości północno-zachodniego wybrzeża Malezji

Cztery dni po zniknięciu samolotu w Biurze Patentów zarejestrowano patent, którego 4 z 5 osób właścicieli patentu jest pracownikami Freescale Semiconductor w Austin w Texasie. Patent został podzielony na 5 części po 20% dla każdego uprawnionego, przy czym podział

jest następujący: Peidong Wang, Suzhou, Chine (20%); Zhijun Chen, Suzhou, Chine (20%) ; Zhihong Chen, Suzhou, Chine (20%); Li Ying, Suzhou, Chine (20%); Freescale Semiconductor, Etats-Unis (20%). Czterej chińscy współwłaściciele patentu byli na pokładzie.

Jeżeli 4 z 5 właścicieli umrze, wówczas właściciel pozostały przy życiu staje się właścicielem

100% zysków jakie przyniesie patent. A ostatnim, pozostałym przy życiu właścicielem patentu jest Freescale Semiconductor. A kto jest właścicielem Freescale Semiconductor ? Jacob Rothschild via Blackstone (co za interesująca nazwa dla firmy :”czarny kamień”), który posiada Freescale.

 

Obydwa samoloty były tego samego typu, należały do tej samej linii, obydwa z niewyjaśnionych przyczyn zmieniły trasę lotu i obydwa się rozbiły, choć co tego pierwszego pewności nie ma.

To pierwsze z serii zbiegów okoliczności, na pozór nie mających ze sobą nic wspólnego. Dla chronologii przypomnę tylko, że wypadek(?) tego ostatniego Boeinga poprzedziło kilka drobniejszych wypadków lotniczych w naszym kraju.

Ale to nie koniec. Oto na niemieckiej autostradzie, miała miejsce katastrofa polskiego autokaru który najechał na autokar ukraiński (!), w wyniku czego zjechał na drugą, przeciwnego ruchu nitkę autostrady i zderzył się czołowo z polskim busem. W wyniku śmierć poniosło kilkanaście osób. Jakie jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia? Nie wiem, ale niewielkie. Polskie autokary i polskie busy na niemieckich autostradach nie stanowią większości pojazdów. A co stało się z autokarem ukraińskim? Nic nie wiadomo.

 

Mamy wreszcie szambo w Karczówce. Ginie 7 osób. Pierwsza wpada do szamba w trakcie czyszczenia, reszta wskakuje próbując ratować poprzedników. Dziwne to, w końcu szamba w Polsce nie są nowinką techniczną. Jak odczytać to zdarzenie?

 

W cieniu powyższych powstaje BRICS – unia/strefa ekonomiczna zrzeszająca 3 mld ludzi, tj. połowę ludzkości 5 krajach: Brazylii, Rosji, Indii, Chin i RPA. W kolejce czekają Meksyk i Argentyna. BRICS ma powołać własny bank z kapitałem 200 mld $, własną walutę, zaprzestać gromadzenia rezerw w dolarach i rozliczanie się w tej walucie. Oznacza to rzucenie 200 mld $ na rynek, co doprowadzić może do krachu USA, co oznaczać może wojnę.

 

Zbiór m. in. tych wszystkich znaków coś oznacza. Nie wiem co. Być może znaczenie zostanie wkrótce odsłonięte.



sobota, 19 lipca 2014
Waszyngton swą arogancją zniszczy własne imperium

Paul Craig Roberts

 

Waszyngton zieje piekielnym fetorem

 

Spośród wszystkich rządów jedynie Waszyngton żąda, aby suwerenne państwa respektowały prawa Waszyngtonu, nawet wtedy, gdy stoją w sprzeczności z prawami tych państw.

 

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Np. Zmuszenie Szwajcarii do pogwałcenia historycznych praw o tajemnicy bankowej. Waszyngton karze obywateli innych państw tak jakby byli ichnimi i to bez procesu. Narusza suwerenność innych państw i morduje ich obywateli za pomocą bezzałogowych samolotów, bomb i jednostek specjalnych. Porywa obywateli obcych państw aby ich sądzić w USA według amerykańskiego prawa lub wysyła ich do jeszcze innych państw aby tam byli torturowani w tajnych więzieniach. Waszyngton mówi bankom innych krajów z kim mogą robić interesy, a gdy okażą się nieposłuszni, są szantażowane, aż się nie podporządkują lub ukarze tak, że zagrozi ich istnieniu. W ubiegłym tygodniu zmusił Waszyngton francuski bank do zapłacenia 9 mld $ kary, w przeciwnym razie jego operacje byłyby zablokowane w Ameryce, a to dlatego, że bank ów finansował handel z krajami, których Waszyngton nie akceptuje.

 

Waszyngton daje ultimata krajom, aby zachowywały się jako pieski lub „zostaną zbombardowane tak, że powrócą do epoki kamiennej”.

 

Waszyngton narusza immunitet dyplomatyczny i siłą zmusza lądować samolotom prezydentów suwerennych państw, aby były nielegalnie przeszukiwane.

 

Waszyngton nakazał swym brytyjskim wasalom pogwałcić międzynarodowe prawo i konwencje dotyczące azylu politycznego i odmówić wyjazdu Juliana Assange do Ekwadoru

 

Waszyngton nakazał Rosji naruszyć własne prawo i wydać Edwarda Snowdena.

Rosja jest na tyle silna, aby odmówić poleceniu Waszyngtonu

 

A co jeszcze Waszyngton zdziałał?

 

Owo miasto na wzgórzu, światło świata, „niezbędna wyjątkowa władza” porwała Romana Selezniowa, syna rosyjskiego deputowanego, w obcym kraju - Republice Malediwy na wyspach oceanu Indyjskiego. Selezniowa zwinięto, kiedy wsiadał do samolotu lecącego do Moskwy i przewieziony prywatnym samolotem do USA, gdzie został zatrzymany na podstawie fałszywych oskarżeń.

 

Rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych oskarżyło Waszyngton o porwanie obywatela rosyjskiego interpretując to jako „kolejny nieprzyjacielski krok Waszyngtonu” wobec Rosji.

 

Niewątpliwie porwanie Selezniowa jest nielegalne tak samo jak wszystko co Waszyngton robił od czasów rządów Clintona. Ojciec porwanego, członek rosyjskiego organu prawodawczego jest przekonany, że celem porwania była wymiana jego syna na Edwarda Snowdena.

 

Oczywiście Selezniow został oskarżony bez jakichkolwiek dowodów o wyimaginowane przestępstwo gwarantujące 30 lat więzienia. Faszystowski szef ministerstwa bezpieczeństwa wewnętrznego ogłosił, że cała ta bezprawna akcja waszyngtońskiego Gestapo jest „ważnym zatrzymaniem”, które wysyła jasny sygnał, że „długa ręka sprawiedliwości – i tego ministerstwa – będzie odtąd ścigać i likwidować zorganizowane grupy przestępcze”.

 

Amerykańska tajna służba ogłosiła, że syn rosyjskiego parlamentarzysty jest „jednym z najaktywniejszych światowych szmuglerów kradzionych informacji finansowych”.

 

Toż to absolutna bzdura!

 

Cały świat teraz wie, że największym złodziejem informacji finansowych jest Narodowa Agencja Stasi. To Stasi kradła w interesie amerykańskich korporacji, dajączch szczodre polityczne datki, gospodarcze i finansowe informacje spółek brazylijskich, niemieckich, francuskich, chińskich, japońskich, a właściwie wszystkich. Waszyngtońskie Stasi ukradła nawet prywatne rozmowy telefoniczne niemieckiej kanclerz.

 

Świat był głupi zawierzając amerykańskim systemom informatycznym - urządzeń służących do szpiegowania. Ktokolwiek kupi komputer amerykańskiej firmy lub zda się na amerykańskie służby internetowe, może być pewnym, że Narodowa Agencja Stasi Waszyngtonu ma o nim komplet informacji.

 

Amerykańska Narodowa Agencja Stasi może szantażować całą światową populację.

 

Według neokonserwatystów można „bajerować” świat własną „wyjątkowością”, „niezbędnością” co daje wyjątkowe prawa i wyjątkową władzę.

 

Świat jest głupi pod wieloma innymi względami bezpodstawnie ufając Waszyngtonowi. Organizacje pozarządowe finansowana przez Waszyngton działają w wielu krajach jako piąta kolumna. Waszyngton może powoływać swoje NGO aby wychodziły na ulice obalać niewspółpracujące rządy, lub żeby tworzyły proamerykańską propagandę wymierzoną w rządy, jak to były w przypadku gdy te organizacje protestowały na rosyjskich ulicach, że Putin ukradł wybory.

Te NGO są dumne z tego, że mają krew na rękach lub wkrótce mieć będą. Pokazuje to, że są ważnymi agentami Imperium.

 

Z ujarzmionymi zachodnimi mediami i europejskimi rządami oraz Japonią, Australią, Kanadą, Nową Zelandią, Koreą Południową i Filipinami, może Waszyngton bezczelnie wykrzykiwać swoje kłamstwa i fałszywe oskarżenia. „Saddam Hussein ma broń masowego rażenia”. Nikt za to kłamstwo nie został ukarany. „Assad w Syrii użył broni chemicznej przeciwko własnemu narodowi”. I w tym wypadku też nikt za to kosztowne kłamstwo nie został ukarany. Podobnie jak: „Edward Snowden jest chińskim/rosyjskim/czyimś szpiegiem, zdrajcą , który nielegalnie ujawnił nielegalne akcje amerykańskiego rządu. Nikt za to nie został ukarany. „ Julian Assange to szpieg ponieważ miał czelność ujawnić w internecie dokumenty o przestępstwach Waszyngtonu.” I za to też nikt nie został ukarany.

 

Każdy Amerykanin przeciwstawiający się super-władzy Wall Street i Waszyngtonu został ogłoszony osobą non grata. Tacy są „rodzimymi terrorystami”, którzy w pojęciu Gestapa Ministerstwa Bezpieczeństwa są dobrze uzbrojonymi jednostkami wojskowymi, naruszającymi prawo Posse Comitatus (prawo federalne z 1879 r. ograniczające uprawnienie rządu do użycia wojska wewnątrz kraju – przyp. MM) . Ministerstwo bezpieczeństwa wewnętrznego jest nielegalną i antykonstytucyjną siłą, wymierzoną przeciw Amerykanom. Amerykańscy obywatele zmuszeniu są na nie płacić, gdy ich domy są konfiskowane, a przeciwko tym, którym nie są konfiskowane, prowadzone są najazdy tępych morderców z grupy SWAT.

 

Zieloni stoją na drodze kapitalistycznych zysków i kapitalistycznej władzy, a nie że się starają o dobro środowiska naturalnego. Zieloni są „rodzimymi ekstremistami”.

 

Protestujący przeciwko wojnie są śledzeni jako „agenci obcych sił”.

 

Ludzie zainteresowani losem zwierząt i znikaniem gatunków w wyniku zniszczenia habitatu chciwymi i na krótką metę korzystnymi interesami korporacji są oznakowane jako „rodzimi ekstremiści”

 

Sąd Najwyższy jest własnością prywatnych grup interesów, które kupiły nasz rząd. Amerykański Sąd Najwyższy jest wielkim wrogiem konstytucji.

 

Prawo jest nadużywane do posyłania do więzień milionów niewinnych, zwłaszcza młodych, Amerykanów, których występki są błahe, ale chodzi o to, by wesprzeć dochody, jakich potrzebuje sprywatyzowany system więziennictwa.

 

Trudno jest wyobrazić sobie kraj tak szpetny jak USA, gdzie rząd bynajmniej nie służy ludziom, ale małej grupce jednego procenta; ta władza nie jest zdolna zaoferować jakikolwiek rodzaj sprawiedliwości, władza, która gdyby powiedziała prawdę, sama by się zniszczyła.

 

Z Waszyngton zieje piekielny zaduch. I świat to zaczyna rozumieć.

 

 

Waszyngton’s Arrogance Will Destroy Its Empire ukazał się 9 lipca 2014 na Strategic Culture Foundation.



czwartek, 17 lipca 2014
Kasa Misiu, kasa!

 

To znane powiedzenie Janusza Wójcika, trenera, jakby ktoś nie wiedział, i swego czasu selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski.

Kasa w świecie piłkarskim to rzecz normalna, od zawsze, ale od pewnego czasu najważniejsza. Wszystko się wokół tego kręci, a sam sport, rozgrywki, to już tylko kwiatek do kożucha. Kibicom wydaje się, że ważne jest kto wygra, podczas gdy tak naprawdę – kto zarobi. FIFA to organizacja pod można dowiedzieć się z książek dwóch reporterów: D. Yallop „Kto wykiwał kibiców” i A. Jennings „Faul”.

To pasjonująca lektura ale nie dla tych, którzy mają złudzenia lub chcą je mieć. Bismarck powiedział ponoć, że lud nie powinien wiedzieć jak robi się kiełbasę i politykę. Teraz do tego można dodać sport, a futbol, ze względu na zasię, popularność, pieniądze jakie napędza – w szczególności. Widocznie w czasach tego kanclerza sport nie był aż tak zdegenerowany jak dziś, choć co do uczciwości nie ma się co łudzić. Wystarczy poczytać autorów rzymskich co się działo przy okazji wyścigów rydwanów.

Dziś piłka to coś więcej niż sport, to quasi religia.

Brak zainteresowania materialną stroną danej dziedziny, w oczach postronnych, uchodzić może za amatorszczyznę. To prawda życiowa. Ale były zawody popłatne, ale z pewnym etosem. Nazywały się zawodami zaufania publicznego. Do nich należały m. in. zawód lekarza, czy adwokata. Też zeszły na psy. Kto śledzi bieżące wydarzenia wie jaki poziom reprezentuje taki Giertych, czy inni w mniejszej skali. Ale ja nie o prawnikach, a o lekarzach tym razem. To dziedzina najważniejsza, bo decydująca o naszym życiu. Bez sportu można żyć całkiem dobrze, a z prawem też można sobie jakoś poradzić jeśli ma się szczęście.

 

Kasa z in vitro

Wakacje powinny być okresem spokoju a nie są. Najpierw sprawa prof. Chazana, dęta, ale chwytliwa. Każdy wie o co chodzi, zwolennicy aborcji, czy prawa do niej, co przekłada się na zabijanie nienarodzonych dzieci, doprowadzili do usunięcia Chazana z pracy a szpital obciążono karą. Ale jakoś nikt nie nawołuje do ukarania tych, którzy bezpośrednio zawinili, czyli stworzyli to dziecko takim jakim jest, czy właściwie było. A chodzi o tak propagowane zapłodnienie in vitro. Z tego co się można w tej sprawie dowiedzieć był to efekt tegoż i to nie po raz pierwszy. Tą kobietę, nieszczęśliwą przecież, gdyż to ponoć kolejna nieudana próba, ktoś przekonał, że in vitro to sposób pewny i bezpieczny, a dzieci z próbówki niczym nie różnią od poczętych naturalnie. Głosy przeciwne ignorowano lub zakrzykiwano. Prawda okazała się inna.

Jeżeli prawdą jest, że kobieta ta przechodziła in vitro nie pierwszy raz to musiała wiedzieć gdzie robi się skrobanki. Więc kto i dlaczego skierował ją do tego właśnie szpitala? Była to gra z góry zaplanowana w celu nie tylko usunięcia Chazana, ale likwidacji tej formy szpitala p/w Św. Rodziny. Ktoś to zaplanował, można powiedzieć,że był to plan szatański. Czy ta poszkodowana kobieta odegrała w nim rolę świadomie czy nie jest ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsze to kto zrobił tę fuszerkę, a więc powinien za to zapłacić. Bo póki co, in vitro nie jest refundowane zatem trzeba za to zapłacić i to, podejrzewam, całkiem sporo. Biznes in vitro to duże pieniądze i wpływowe lobby, jak widać.

 

Kasa z narządów

Trzy dni trwała walka o życie 17 letniego Kamila, chłopaka, który popadł w śpiączkę w wyniku wypadku samochodowego. To było w piątek. Lekarze wrocławskiego szpitala im. Marciniaka stwierdzili śmierć pnia mózgu, czyli – według nowej definicji – śmierć w ogóle i nagabywali matkę chłopaka, aby zgodziła się na pobranie organów do przeszczepu. Nie zgodziła się, mało tego, grupa kolegów Kamila protestowała pod szpitalem przeciwko zakusom odłączenia go od aparatury podtrzymującej życie. W nocy z poniedziałku na wtorek serce przestało bić. Tym samym narządy nie nadaj si do pobrania, bo gdy serce bić przestanie człowiek umiera naprawdę, a nie tylko zgodnie z definicją śmierci wymyśloną przez grupę cwaniaków, robiących kokosy na handlu organami.

Cała sprawa śmierdzi na odległość. Lekarze niby żałują chłopca, ale ich fałsz bije po oczach. Żałują, ale kasy, która uciekła im sprzed nosa. Prawdopodobnie liczyli, że wystarczy wykorzystać niestabilny stan umysłu zrozpaczonych rodziców, podsunąć im do podpisania świstek wyrażający zgodę na pobranie organów i szlus. Można robić kasiorę, bo organy (patrzcie, jak nawet ja sam ulegam tej nowomowie i zamiast napisać: serce, nerki, wątroba i cała reszta podrobów łącznie z krwią i szpikiem kostnym) nie przeszczepia się tym, którzy naprawdę tego potrzebują (dla ostrożności procesowej dodam: nie zawsze) ale tym, którzy mają pieniądze.

Zdaniem matki lekarze popełnili błąd bo orzekli o śmierci mózgu, a jej syn był pod wpływem leków. Mówiła nawet, że poczuła, jak jej syn ścisnął jej dłoń. Lekarz Marek Nikiel twierdzi, że to odruchy rdzeniowe i o niczym to nie świadczy. Z kolei przeciwnik transplantologii, prof. Talar podkreśla, że tak naprawdę aby pobrać organ, pacjent musi żyć, tzn. musi bić mu serce. Krótko mówiąc, organy pobiera się na żywca, a więc uśmierca jednego aby ktoś inny mógł żyć.

Okazuje się śmierć mózgu i śmierć pnia mózgu to dwie różne rzeczy, różnie definiowane w poszczególnych krajach, różne są też metody stwierdzenia tego rodzaju śmierci. Tak jak to powiedział w dyskusji telewizyjnej dominikanin-lekarz (niestety, nie zapisałem nazwiska) z Markiem Balickim, znanym skądinąd ministrem. Co więcej, zakonnik ów dodał, ku nieukrywanej wściekłości Balickiego, że w Polsce, aby zbadać pień mózgu i stwierdzić jego śmierć odłącza się pacjenta od respiratora, czyli po prostu się go dusi. No i wtedy śmierć mózgu czy jego pnia jest już rzeczywista. No i wisienka na torcie: Dominikanin wspomniał tak jakby od niechcenia słynnego „Doktora G.”, łapówkarza skazanego bodajże już prawomocnie, choć tego w naszym systemie sądowym nigdy nie można być pewnym. Czyż to nie jasne, że chodzi o kasę?

Jeżeli spojrzeć na to z dystansu, to kojarzy mi się to z rytuałami Majów, Inków czy Azteków, składających na szczycie piramid ofiary z ludzi wyrzynając im na żywca serca aby zapewnić pomyślność swojemu ludowi. Ponoć nie bardzo wierzyli, że bez tych ofiar na drugi dzień wzejdzie słońce.

Dla mnie przeszczepy to taka forma krypto-kanibalizmu. Przyjmowanie organów nie poprzez przewód pokarmowy a w wyniku zabiegu chirurgicznego. Różnica czysto techniczna.

 

Kasa z apeli o wsparcie

Nasila się może nie nowe zjawisko ale z nowym i większym natężeniem. Prośby/apele o pomoc dla chorych dzieci. Pomoc finansową, rzecz jasna. Apele te pojawiają się w mediach, ale coraz ich więcej dostaję na skrzynkę mailową.

Scenariusz jest typowy.

Najpierw opis dziecka mający u widza/słuchacza/czytelnika wywołać emocje, a konkretnie odruch współczucia. Dziecko w całej historii jest niczym aniołek i pewnie dokonałoby rzeczy wiekopomnych, gdyby dożył, a to jest wątpliwe. Na przeszkodzie stoi ciężka i rzadka choroba, wymagająca specjalistycznego leczenia, często operacji. I to za granicą, w jakichś znakomitych ośrodkach, w których pracują wybitni specjaliści (tu podawane są ich osiągnięcia) zainteresowani pomocą w tym konkretnym przypadku ale nie za darmo. Koszty to kwota rzędu kilkuset tysięcy złotych, dla zwykłego śmiertelnika nieosiągalna. A czas nagli.

Dalej zakończenie i prośba o pieniądze, nazwa fundacji i numer konta.

Mam w związku z tym kilka wątpliwości. Nie twierdzę, że dzieci nie chorują i nie wymagają specjalnego traktowania. Ekstremalne przypadki się zdarzają i wymagają specjalnego potraktowania. Obiektywnie to tragedia dla rodziców. Tyle, że jest ich coraz więcej, jakaś mini-epidemia. A co z NFZ? Nie refunduje? Dlaczego? Czy podjęto w związku z tym jakieś kroki prawne (Osoby prywatne mogą mieć z tym trudności ale wyspecjalizowane fundacje raczej nie).

Inna sprawa to dotarcie do mediów i adresów mailowych. To nie takie proste, o czym wie każdy kto popadł w tarapaty. Przeważnie nie interesuje to psa z kulawą nogą, nie mówiąc już o rzecznikach praw wszelakich, których u nas pełno, ale żaden nie pomógł nikomu, jeśli nie liczyć zaplanowanych i koordynowanych z góry akcji. Podejrzewam, że o ile nie są to zaplanowane „ustawki” to przynajmniej ludzie o jakichś dojściach. Przecież nie wszyscy są tak traktowani, a jeżeli nie wszyscy to jakie kryteria wyboru tego a nie innego dziecka.

No i dlaczego zawsze chodzi o dzieci? Przecież chorują ludzie starsi i to znacznie częściej. Ale czy ktoś zbierał pieniądze na seniorów? Jakoś nie pamiętam nie licząc ostatniej akcji Owsiaka. Bo kogo oni obchodzą. Nie pracują, nie można z nich zdzierać, nie wytwarzają zysku, nie są potrzebni. Co gorsza zawadzają. Stąd ukryta eutanazja a to poprzez podniesienie wieku emerytalnego, a to poprzez utrudniony dostęp do leczenia, wyznaczanie terminów operacji ad Kalendas Graecas czy coraz droższe leki.

Wygląda to na ciąg dalszy procederu zapoczątkowanego przez Owsiaka przerzucania na obywateli zadań własnych państwa. Zbiórki publiczne (a do takich zalicza się prośba o pomoc, wymagają zezwolenia ministerstwa administracji, co nie jest łatwe, o czym przekonała się np. fundacja Lux Veritatis) mają z czasem zastąpić państwo w jego obowiązkach, z czasem z dobrowolności przejść do przymusu. I to tylko kwestia czasu.

 

 



czwartek, 03 lipca 2014
Kto pracę daje, a kto ją bierze

Pierwszy, który to powiedział był Piotr Ikonowicz. W każdym razie to od niego usłyszałem to po raz pierwszy, co piszę na wypadek, gdyby i on to skądś wziął. Chodzi o określenie: pracodawca.

Zdaniem Ikonowicza, termin ten wypacza, wręcz fałszuje rzeczywistość. Pracodawca bowiem, w potocznym rozumieniu tego słowa oznacza tego (bez znaczenia czy to firma, konsorcjum, osoba prywatna, itp.), kto zatrudnia; po drugie stronie jest pracobiorca, czyli pracownik. Tymczasem to pracownik pracuje, a więc daje pracę, a właściwie sprzedaje ją; w każdym razie powinien mieć za nią zapłacone, co zapisane jest nawet w Ewangelii: godzien jest robotnik zapłaty swojej.

Trudno odmówić racji Ikonowiczowi tylko dlatego, że jest lewicowcem. Lewicowcem z przekonania, a nie dla koniunktury, co jest zjawiskiem w polityce rzadkim. Drugim takim jest Ryszard Bugaj na lewicy a Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz na prawicy. Może jeszcze ktoś, choć akurat inne nazwiska nie przychodzą mi w tej chwili na myśl.

Nie personalia są jednak jest istotą rzeczy, a to, czy konkretne twierdzenia jest prawdziwe, czy nie, zgodnie z logiką.

Wyraz: pracodawca oznacza kogoś, kto daje pracę. Ale co to takiego jest praca? Praca w znaczeniu fizycznym to siła razy przesunięcie, co wyraża się wzorem: W=FxS. Słownik języka polskiego z kolei określa ją jako działalność człowieka zmierzającą do zmierzająca do wytworzenia określonych dóbr co pozwala otrzymywać stosowne wynagrodzenie pozwalające na spełnianie potrzeb życiowych. Oznacza to, że pracę wykonuje pracownik, a więc w pewnym sensie ją daje, ale to dotyczyłoby raczej wolontariatu. Pracownik podejmując taką działalność wykonuje pracę, czyli jest tu stroną aktywną. Nie jest więc pracobiorcą, czyli tym, który bierze pracę, gdyż określenie „branie” ma znaczenie pasywne, aktywnym bowiem jest ten, który daje, a nie ten, który bierze. Krótko mówiąc pracownik jest bardziej pracodawcą niż pracobiorcą.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania należałoby przyjąć, że pracodawca (w potocznym znaczeniu) daje zatrudnionemu pracownikowi pracę, a tak przecież nie jest. Stwarza stanowisko pracy, ale wykonuje ją ktoś inny.

Co więcej, w określeniu: pracodawca, zawiera się element „daru”, czyli prezentu, czegoś, co jest aktem dobrowolnym, co można dać albo i nie, a więc jest wynikiem łaski bądź kaprysu. Z drugiej strony pracobiorca, co poruszyłem wyżej, jest tym, który ten dar przyjmuje. Taki to obraz obydwa omawiane określenia tworzą, zarówno na płaszczyźnie świadomości (o ile ktoś się nad tym zastanowi), ale i podświadomości. To stwarza od razu postawę podległą, niejako gorszą pozycję pracownika już w punkcie wyjścia.

A przecież, zgodnie z literą prawa, i zatrudniający i zatrudniany (przecież takie określenia lepiej pasują i są bliższe prawdy niż praco-biorca/dawca) to dwie równorzędne strony umowy o pracę. Nikt nie jest gorszy, nikt lepszy, nikt też nikomu nie czyni łaski.

Skoro komuś przyszło do głowy zmienić znaczenie słów, co przypomina założenie włoskiego komunisty Nicoli Gramsci (lata 30.te XX w.), że wystarczy zmienić kod kulturowy zmieniając znaczenie słów aby uzyskać kontrolę nad ludźmi, to w tym szaleństwie jest metoda, a zatem nie jest to dzieło przypadku lecz zamierzonego działania.

Nie wiem w ilu obcych językach funkcjonuje taki dziwoląg słowny, bo w angielskim nie. Pracownik tam to po prostu worker, a zatrudniający to employer i tyle. Dlatego tam pozycja pracowników jest lepsza a zarobki wyższe, a Polacy zatrudniani są na gorszych warunkach, bo się na to zgadzają. A zgadzają się, bo już w podświadomości mają zakodowaną własną „gorszość”. To taka „murzyńskość” Polaków, o której mówił minister Sikorski. „Murzyńskość” polegająca m.in. na tym, że do plemion przybywali jacyś biali bwana-kubwa dając im w prezencie różne świecidełka, a w zamian dostając np. złoża minerałów.



piątek, 27 czerwca 2014
Piknik Auschwitz

Protesty przeciwko „sztuce” Piknik Golgota” przyniosły pewien efekt – odwołanie prezentacji w kilku miastach, gdyż „Ukazuje Chrystusa jako degenerata, egoistę, odpowiedzialnego za całe zło na świecie. Spektakl obfituje w lubieżne sceny, a pod adresem Chrystusa padają liczne wulgaryzmy. Występujący nago aktorzy kpią z Męki Pańskiej, a całość przesycona jest pornograficznymi odniesieniami do Pisma Świętego” – cytat z listu abpa S. Gądeckiego.

„Spektakl” napisał niejaki Rodrigo Garcia, Argentyńczyk zamieszkały w Hiszpanii, syn właściciela sklepu mięsnego, co być może ma wpływ na jego twórczość, o ile wierzyć psychoanalizie.

Z drugiej strony wywołało falę ataków na chrześcijan, zwłaszcza na katolików i Kościół, zarzucając wstecznictwo, brak tolerancji do wypowiedzi artystycznych i wolności słowa, itd., itp.

 Ale spójrzmy na to inaczej. Czy owi obrońcy nowoczesności, tolerancji, wolności słowa, itd. odważyliby się wystawić spektakl „Piknik Holocaust” o podobnej treści, z niewielkimi zmianami? Jasne, że nie, na samą myśl posraliby się w gacie, nie mówiąc o tym, że taka „sztuka” nie tylko nie dostałaby dotacji ministerialnej, za to prokuratura, rzecz jasna niezależna, zaraz ochoczo wzięłaby się do rzeczy, bo, o czym nie wszyscy wiedzą, Holocaust jest nową religią, obowiązkową do wierzenia, a niewiara zagrożona jest sankcją więzienia do 8 lat. Kto nie wierzy niech przeczyta ustawę o IPN.

 Nowa wiara, zwana Religią Holocaustu (nazwa użyta w Polsce po raz pierwszy przez Tomasza Gabisia w tekście pod tym samym tytułem w: Stańczyk, nr 2 (29)1996, omówiona także przez Hugona Hajduckiego w tekście o tym samym tytule w: Zawsze Wierni nr 5(42) 2001 i dalej), charakteryzuje się m.in. tym, że jest głównym elementem kultury, polityki i ideologii współczesnego Zachodu.

- Trwa jako „wieczna teraźniejszość” w czym naśladuje Ofiarę Eucharystyczną, będącą stałą, tu i teraz ofiarą składaną podczas konsekracji we Mszy Święte.

- Tak jak Golgota była centralnym punktem odniesienia, tak w nowej religii jest nim Oświęcim zwany też Auschwitz

  • RH posiada ogólnoludzką wyjątkowość rango kosmicznej; jest mitem założycielskim Nowego Porządku Światowego;

  • Holocaust jest ofiarą wyższą od ofiary Chrystusa, bo ofiarą zbiorową (symboliczna liczba ofiar) w miejsce ofiary jednostkowej;

  • krematorium zastępuje Krzyż

  • ma swoich arcykapłanów (Elie Wiesel) i swoją świątynię Muzeum Holocaustu w Nowym Jorku

  • ma swoje dogmaty (cyt. Za H. Hajduckim): 1/ Holocaust był wydarzeniem jednorazowym, bezprecedensowym w dziejach ludzkości, przez co stanowi centrum jej historii; 2/ H. Znosi dotychczasowy stosunek człowieka do Boga i ogólnoludzkich wartości; człowiek uniezależnia się od Boga, który swoim brakiem litości utracił ludzki szacunek – w konsekwencji jedynie człowiek jest godny być Bogiem; 3/ Chrześcijaństwo, szczególnie Kościół Katolicki, ponosi zbiorową odpowiedzialność za Holocaust; 4/ H. uwidacznia porażkę, marność i zakłamanie cywilizacji europejskiej, którą należy zrewidować.

 A zatem, Piknik Golgota jest jednym z elementów tresury starego społeczeństwa, tresury mającej zastąpić starą religię – nową. Z niezrozumiałych tylko powodów, spektakl Garcii finansowany jest przez ministerstwo kultury, które – nomen omen – ma siedzibę w skradzionym pałacu Potockich.



15:40, mrozmarek , religia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2014
Fatalny trójkąt: Rosja, Ukraina i Żydzi

Izrael Shamir, żydowski pisarz, dziennikarz i publicysta, znany jest z krytycznego stanowiska wobec palestyńskiej polityki Izraela. Oskarżany jest o antysemityzm i rewizjonizm holocaustu. Z tych powodów jego książki nie mogą ukazywać się w niektórych krajach zachodnioeuropejskich. Ma własną stronę internetową, także w wersji polskiej.

Izrael Szamír
Fatalny trójkąt: Rosja, Ukraina i  Żydzi
Tekst The Fateful Triangle: Russia, Ukraine and the Jews ukazał się 11 czerwca 2014 na vineyardsaker.blogspot.co.uk.

Erotyczne zabawy zdobiące hinduistyczne  świątynie z ich anatomicznymi pozycjami sprzecznymi z prawami grawitacji, znalazło nowego, współczesnego konkurenta w ukraińskim kryzysie. Każda ze stron chce pozyskać żydów, twierdząc jednocześnie, że to ci drudzy są antyżydowscy i żydowską marionetką zarazem. Podobnie jak niemożliwa w wykonaniu pozycja z Kamasutry jest efektem  ekstremalnie kłopotliwych sojuszy: kijowski reżim ma wśród swych głównych sojuszników zarówno gorliwych żydów jak i zażartych antysemitów. Wiodące postacie reżimu (łącznie z prezydentem) są żydowskiego pochodzenia; mafiozo i główny finansista Igor (Benja) Kołomojsky jest prominentną publiczną postacią żydowską, założycielem wielu synagog i sojusznikiem Izraela.
Najaktywniejsza i najbardziej zdesperowana siła reżimu, ultra-nacjonalistyczna Svoboda i Prawy Sektor, podziwia Hitlera i jego ukraińskiego kolaboranta Stefana Banderę, „oswobodziciela Ukrainy od żydo-moskiewskiego jarzma”. Żydzi są podzieleni a obydwie strony są podzielone w stosunku do nich, z czego wynikła ta najzabawniejsza komplikacja.

Rosjanie spróbowali pozyskać dla siebie izraelskich i amerykańskich żydów, z niewielkim skutkiem. Prezydent Putin oskarżył o antysemityzm Svobodę; w jednym ze swoich ważnych wystąpień wspomniał o zbezczeszczeniu żydowskiego cmentarza w Odessie. Przypomniał zdarzenia z drugiej wojny światowej ukazujący kijowski reżim jako banderowski gang i nazistowskich wrogów. Jednak taka retoryka nie jest przez żydów, nie czujących zagrożenia ze strony uroczego Kołomojskiego, brana poważnie. „Ci naziści nie są przeciw żydom ale przeciw Ruskim, a więc nie jest to problem żydowski” - powiadają.

Kijowski reżim rosyjski atak i cała rosyjską taktykę, odbił. Ponieważ nie ma faktów, którymi mógłby się posłużyć, sfałszował ulotkę donieckich powstańców wzywającą miejscowych żydów, aby się zarejestrowali i płacili specjalny podatek „za żydowskie poparcie kijowskiego reżimu”. To  nieprawdopodobnie prymitywne oszustwo zostało co prawda natychmiast  ujawnione i niezbicie udowodnione, ale nie wcześniej niż użyli go Barack Obama i John Kerry. Amerykańska żydowska gazeta Forward, tak przedstawiła sprawę, że Rosjanie i Ukraińcy są antysemitami od urodzenia i że dawanie im poparcia wymaga wielkiej rezerwy. To obrzucanie błotem okazało się skuteczne – oszustwo znalazło się na pierwszych stronach gazet, podczas gdy sprostowanie zamieszczono na ostatnich.

Fakty świadczą na korzyść Rosjan i Zachód wiedział, że USA odmówiły wstępu na swoje terytorium Olegowi  Tjagnibokovi i innym przywódcom Svobody (nie tylko członkom kijowskiego rządu) już w 2013 r. z powodu ich antysemityzmu. Ale rosyjskie apele do żydowskiej i amerykańskiej wrażliwości  niewiele dały. Ta wie, kiedy okazywać wzburzenia a kiedy milczeć. Na prohitlerowskie wspominkowe uroczystości częste w Estonii, na Łotwie, w Chorwacji, nikt nawet nie mruknie, ponieważ kraje te są antyrosyjskie.  W marcu tego roku przedstawiciel obamowego rządu przeciw antysemityzmowi – Ira Forman, wszystkiemu temu zaprzeczył w wywiadzie dla Forwarda i określił putinowe twierdzenia o antysemickim charakterze Svobody jako „niewiarygodne”. USA chcą rozstrzygać, kto jest antysemitą, a kto nie; tak samo jak  Herman Goering chciał decydować, kto jest żydem a kto nie w Luftwaffe. W ukraińskim kryzysie żydzi są podzieleni i wyznają preferencje swoich krajów.

Izrael jest neutralny

Niedawno premier Netanyahu zadzwonił do prezydenta Putina. Putin jest zawsze dostępny, a dla Netanyahu zawsze uprzejmy, w odróżnieniu od prezydenta Obamy, który wykazuje oznaki irytacji. (Widocznie musi Obama wysłuchiwać Netanyahu częściej i dłużej). Netanyahu przeprosił, że nie będzie mógł przyjechać do Petersburga na tydzień kultury izraelskiej; zamiast niego przyjedzie stary niezawodny Shimon Peres, izraelski prezydent. Przeprosił również za przeciek tej informacji do mediów.

To typowe dla izraelskiego premiera: najpierw zabiega o zaproszenie, Rosja je wydaje, a potem z wizyty rezygnuje i stara się o przeciek do prasy, czym nabija sobie punkty u Amerykanów. Tak postąpił podczas olimpiady w Soczi, a teraz w Piotrogrodzie. To jego sposób wyrażanie neutralności.

Formalnie Izrael w ukraińskim kryzysie jest neutralny. Izraelczycy podczas walnego zgromadzenia ONZ w sprawie rezolucji krymskiej byli nieobecni więc nie głosowali, czym zirytowali swoich amerykańskich  sojuszników. Mieli jednak chytre wytłumaczenie: ich ministerstwo spraw zagranicznych strajkowało. Amerykanów to nie zadowoliło. Strajk nie strajk, głosowanie jest obowiązkiem!

Od naszych izraelskich kolegów dowiedzieliśmy się o telefonicznej rozmowie  Putin-Netanyahu
na temat powodów izraelskiej neutralności. Izrael obawia się, że w reakcji na amerykańskie sankcje Rosja przekaże swoje systemy obrony przeciwlotniczej Syrii i Iranowi. Kilka lat temu Iran podpisał z Rosją kontrakt na dostawę broni i słono za to zapłacił; potem dostawa została odwołana, Iran zwrócił się do sądu żądając szeroką rekompensatę za zerwanie kontraktu. Podobnie Syryjczycy: mieli dostać rakietowy system S-300, zdolny ochronić ich obszar przed nalotami izraelskimi. Dostawy nawet rozpoczęto, ale premier Netanyahu zażądał od Putina aby ten je wstrzymał. Początkowo Putin protestował podkreślając obronny charakter systemu. Ale gdy Netanyahu twierdził, że S-300 mogłyby pokryć cały północny Izrael, przynajmniej do Hajfy, przez co zakłóciłoby systemy lotniskowe i zagroziłoby lotnictwu cywilnemu, Putin zgodził się, na wstrzymanie dostaw.

Władymir Putin jest przyjacielski dla Izraela. Obiecywał, że nie dopuści do zniszczenia Izraela że jego populację ochroni gdyby sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna. Podczas niedawnej wizyty Netanyahu w Moskwie Putin nie był zachwycony aluzjami Netanyahu i Liebermana o możliwości powrotu do sojuszu Izraela z Moskwą, w miejsce Waszyngtonu. Powiedział im, że Rosja jest zadowolona ze stałego wzrostu przyjaźni i nie wymaga osłabienia związków Tel-Awiwu z Waszyngtonem.

Takie przyjacielskie podejście ma bardzo przyziemne przyczyny: Putin nie mówi płynnie po angielski czy po francusku, więc to ambasador mówi z nim po rosyjsku, co eliminuje niewygodną obecność tłumacza. Ale jest i drugie dno: Putin, jako potomek liberalnej elity, wychowany w Piotrogrodzie, wyuczony przez ultraliberalnego burmistrza Sobczaka, a namaszczony przez Borysa Jelcyna, w stosunku do żydów i Izraela jest naturalnie przyjazny. Ten jego stosunek irytuje niektórych rosyjskich ultra-patriotów, którzy nerwowo reagowali na krążące fotografie Putina w obowiązkowej mycce pod ścianą płaczu. Także przytaczali nazwiska żydowskich oligarchów w Moskwie.

Istotnie, niektórzy z nich – Berezowski, Gusiński, Chodorkowski – musieli ze swych rosyjskich majątków czmychnąć, ale rosyjski prezydent to nie Nemezis żydowskich magnatów, czy nowy Hitler, jak się go często określa. Abramowicz i Friedman, że wystarczy wymienić tylko ich dwóch, zachowali jego zaufanie i dostępność. Putinowi nie przeszkadza żaden oligarcha ( żydowski czy gojowski), dopóki nie miesza się do polityki.

Putin jest też przyjacielski dla żydowskich intelektualistów i medialnych dżentelmenów, nawet gdy ci w stosunku do niego okazują wrogość, jak  Masza Gessen, żydowska lesba i wydawca,  Aleksiej Wenediktow, żydowski redaktor naczelny Echa Moskwy, ulubionego liberalnego pisma, atakującego Putina każdego dnia i wielu innych cieszących się dostępem do Putina, podczas gdy żaden rosyjski nacjonalista, łącznie z dr. Aleksandrem Duginem, nie może pochwalić się, że się z prezydentem spotkał prywatnie.

Uprzejmość Putina nie oznacza aprobaty dla każdej żydowskiej inicjatywy. Zaprzestał dostaw S-300 do Iranu, ale odmówił „wyrzucenia za burtę” Iranu, Syrii czy Hamasu. Gdy Netanyahu twierdził, że ma dowody na irańską broń atomową, Putin wyraził wątpliwości i zaprosił izraelskich „ekspertów” z tymi dowodami do Moskwy, ale nic z tego nie wyszło. Rosja nadal popiera Palestynę, a nawet ma w Moskwie palestyńską ambasadę.

Putin poparł budowę dużego muzeum żydowskiego w Moskwie, ale uliczne reklamy pełne są tematyki wielkanocnej wskrzeszenia Chrystusa i jego zrodzenia na Boże Narodzenie.  Żadne „świeckie pozdrowienia”, ale otwarte głoszenie chrześcijaństwa. W Rosji jest inaczej niż w USA czy UE, gdzie publiczne głoszenie wiary, czy obnoszenie znaków chrześcijańskich są zakazane, Boże Narodzenie i Wielkanoc nie mogą być wzmiankowane, a każde żydowskie żądanie musi być natychmiast spełnione. Zachodnich Żydów (i ich organizacje) publiczne głoszenie chrześcijańskiej wiary irytuje, ale rosyjskim żydom to nie przeszkadza; coraz częściej dochodzi też do małżeństw mieszanych, konwersji na prawosławie w stopniu dotąd niespotykanym/.../

Rosyjscy żydzi nie są wpływową siłą wobec prezydenta. Putin robi to, co dobre dla chrześcijaństwa i co jest dobre dla Rosji, jakkolwiek by to rozumiał – i nie trzeba go przekonywać do spraw naprawdę ważnych/.../  Tym niemniej w przypadku ukraińskiego kryzysu, gdy Rosjanie niepokojeni są sankcjami i groźbą izolacji, próbuje przeciągnąć na swoją stronę żydów. To czyni go podatnym  na izraelskie manipulacje/.../

Tydzień temu izraelski historyk wojskowy Martin van Creveld odwiedził Moskwę. W 2003 r. groził Europie atakiem jądrowym (Wariant Samsona) mówiąc: „Izrael jest zdolny zabrać świat ze sobą, a tak się stanie, gdy Izrael zniknie”. Tym razem wyjaśnił Rosjanom nową politykę Izraelską: USA znajdują się na skraju upadku; Izrael musi szukać nowych sojuszy w Moskwie, Pekinie i Delhi – napisał w dzienniku Izwiestia. Ale tu posunął się za daleko. Owszem, flirt tak, zmiana stron – nie.

Izrael  preferuje trwanie przy neutralności. To proste, gdyż Izraelczyków (z wyjątkiem tych rosyjskich) sprawy ukraińsko-rosyjskie nie zajmują, nie odróżniają Ukraińców od Rosjan i są wobec nich wrogo nastawieni. Dotyczy to zarówno lewicy jak i prawicy, przy czym ta pierwsza jest bardziej proamerykańska. Co się tyczy rosyjskich Żydów są podzieleni na zwolenników Moskwy i Kijowa. 
 
Jak na razie Izrael nie zamierza stronić od Moskwy. Żydowscy oligarchowie ukraińscy – Kołomojsky, Pinczuk, Rabinovicz – są częścią kijowskiego reżimu i popierają izraelską skrajną prawicę. Izraelscy przedsiębiorcy mają na Ukrainie inwestycje tak jak oligarchowie w Izraelu. Kołomojski kontroluje JużMasz – znany produkcyjny kompleks rakietowy w Dniepropietrowsku i zna tajniki balistycznych rakiet Szatan – najpotężniejszą broń rosyjską. Podobno planuje przekazać te dane Izraelowi/.../

Niektórzy skrajnie prawicowcy izraelscy popierają Moskwę; twierdzą, że reprezentują opinię społeczną i rząd. To nie ma pokrycia. Nie chodzi tu o zwykłe oszustwo: to próba przerobienia Rosji na sojusznika prawicowego syjonizmu.

Jednym z takich jest  Avigdor Eskin, który głosi różne absurdy np., że izraelski rząd wyskoczył z amerykańskiego pociągu i przesiadł się do rosyjskiego, że izraelskie komanda jadą do Doniecka walczyć za tamtejszych Rosjan, i że Kołomojski ma zostać pozbawiony izraelskiego obywatelstwa. To wszystko puste słowa.

Avigdor Eskin jest barwną postacią. To żydowski konwertyta (jego matka nie jest żydówką), bardzo praktykujący, były kabalista, aresztowany w Izraelu za udaną próbę profanacji meczetu Al Aqsa i muzułmańskiego cmentarza. W więzieniu spędził 2 lub 3 lata; podaje się za „rabina” i nosi pejsy. Po odbyciu kary przeniósł się do Rosji gdzie zbudował sieć poparcia Izraela wśród rosyjskiej skrajnej prawicy. Jego hasło: „Izrael jest prawdziwym przyjacielem Rosji, podczas gdy muzułmanie są jej wrogami”. I dodaje, że żydowscy osadnicy są antyamerykańscy i prorosyjscy/.../

Niedawno twierdził, że batalion Aliya składający się z „doświadczonych komandosów i strzelców wyborowych” pojechał do walczącego Donbasu aby tam wojować po stronie rosyjskiej przeciwko oddziałom kijowskiego reżimu. Batalion Aliya jest oddziałem w takim sensie w jakim jest Armia  Zbawienia armią. Jest to izraelska NGO (organizacja pozarządowa) założona przez rosyjskich żydów o poglądach skrajnie prawicowych i syjonistycznych i z pewnym doświadczeniem w rosyjskiej armii. Nie jest to część armii izraelskiej. Organizacja ta krótko dostarczała wartowników osadom w Gazie na Zachodnim Brzegu, ale osady z jej usług zrezygnowały, ponieważ nie byli zbyt użyteczni. Chełpili się zabijaniem palestyńskich cywili, torturowaniem i zabijaniem dzieci i były to tylko szalone sadystyczne i rasistowskie fantazje – twierdzono. Potem użyczyli nazwisk pod zyskowne przedsięwzięcia, napadali na żydowskie amerykańskie komuny i ściągali haracze. Gdy zostało to ujawnione przez telewizję (RTVI – jest dostępne na YouTube) zniknęli z oczu. Teraz  Avigdor Eskin wskrzesił Aliyę, która stała się tematem medialnym.

Eskin znalazł bratnią duszę w przedstawicielu rosyjskich mediów – Władimirze Sołowjewie, który także jest częściowo żydowskiego pochodzenia. Sołowiew mieszkał zagranicą, potem wrócił do Rosji; prowadzi ważny polityczny program „Niedzielny Wieczór” w telewizji rosyjskiej. Saker (znany bloger) opisał go następująco: „Program ten prowadzi sławna osoba - Władimir Sołowiew, który jest bardzo ciekawym gościem. Sołowiew jest żydem i nie wstydzi się o tym mówić publicznie, był nawet członkiem Rosyjskiego Kongresu Żydowskiego. Jest także rosyjskim patriotą i znanym zwolennikiem Putina i jego polityki. Jego stanowisko wobec Ukrainy jest jednoznaczne: Jako Żyd i Rosjanin nie toleruje ukraińskiego nacjonalizmu, neonazizmu i banderyzmu. Jest zdecydowanym i bezwzględnym wrogiem kijowskiej władzy

Możliwe, że Sołowiew przechodzi kryzys tożsamości: od rosyjskich korzeni przeszedł do żydowskiego pochodzenia. Ale możliwe jest (co bardziej prawdopodobne) inne wyjaśnienie, że rosyjscy decydenci chcieli przeciągnąć żydów na swoją stronę, a Sołowiew prowadzi grę wobec żydów amerykańskich. Robił tak Stalin,a Putin jego trik powtarza. W 1942 r., gdy Rosji groził hitlerowski atak, Stalin wysłał do USA kilku rosyjskich żydów aby tam w jidisz w gminach żydowskich lobbowali za ZSRR.  A amerykańska społeczność żydowska ma całkiem duże wpływy... Teraz stara się Sołowiew wpływać na zagranicznych Żydów, lub przynajmniej pokazać swoim zwierzchnikom, że się stara.

Korzyści, jakie odnosi ze swoich fantastycznych historyjek Eskin są znaczne. W programie Sołowiowa emitowanym w głównym czasie wzywał do zburzenia meczetu  Al Aqsa i zbudowanie na jego miejscu żydowskiej świątyni. Palestyńczyków nazywał „ludźmi Antychrysta”. Takie rzeczy nie mogłyby się zdarzyć nawet w izraelskiej telewizji publicznej. W pogubionej Moskwie był Eskin zaczepiony w innym ważnym politycznym programie Arkadija Mamotowa. Kto
ogłupia kogo: czy Eskin ogłupia swych rosyjskich gospodarzy, czy też oni używają go do ogłupienia swoich przełożonych lub też razem ogłupiają Rosjan. A może to Izrael realizuje swoje interesy? Kto wie?

Ukraińscy Żydzi nie godzą się

Żydzi przyszli na Ukrainę ponad tysiąc lat temu prawdopodobnie z Chazarii. Nie jest to jednorodna społeczność, raczej zbiór kilku społeczności. Część z nich wyemigrowała do Izraela; jeszcze więcej przyjechało do Rosji. Mówią po rosyjsku ale nie po ukraińsku, chociaż w ostatnim dwudziestoleciu ukraiński wskazali jako język narodowy. Normalnie nie zajmowaliby się niezawisłością Ukrainy, ponieważ żydzi tradycyjnie stają po stronie silniejszego, tak jak Polaków za polskiej władzy, Rosjan pod rządami Moskwy, Niemców – pod rządami Niemców z Wiednia czy Berlina. Teraz wielu zdecydowało się poprzeć USA lub UE. Jednym z powodów, dla którego tylu osobom żydowskiego pochodzenia dobrze się powodzi jest te, że władze grup etnicznych wierzą Żydom licząc na ich lojalność wobec silnych i bezwzględność w stosunku do gojskich sąsiadów.

Innym powodem są niejasne definicje. W ciągu ostatnich 3-4 pokoleń żydzi żenili się z gojkami a żydówki wychodziły za mąż za gojów. Dzieci z tych mieszanych małżeństw często uważane są za „żydów”, choć często mają tylko jednego żydowskiego prarodzica.

Po uzyskaniu niepodległości w 1991 r. Ukraina znalazła się w zachodniej strefie wpływów, ale wschodnia jej część (Noworosja) zachowała rosyjski charakter. Żydom powodziło się dobrze w obydwu częściach. Kołomojski jest prominentnym członkiem gminy żydowskiej i kamieniem węgielnym reżimu kijowskiego. Jest bezwzględnym przedsiębiorcą, osławiony grabieniem majątków innych i swymi związkami z mafią. Mówi się o jego związkach z zabójstwami konkurentów w biznesie.

Z drugiej strony, w Charkowie, także żądzą żydzi (burmistrz i gubernator okręgu) o przezwiskach Dopah i Gepah uważani za prorosyjskich. Sądzono, że to Charków stanie się centrum buntu Noworosji; tam uciekł prezydent Janukowicz w nadziei, że znajdzie tu sojuszników i popleczników. Ale Dopa i Gepa wyprowadzili go z błędu; latem pojechał do Rostowa, ale tamtejsi przywódcy zostali lojalni wobec Kijowa, co im na dobre nie wyszło: jednego zastrzelono, drugiego uwięziono, czym zniweczono jego próbę kandydowania na prezydenta.

Charków jest domem pana Hodosa, bogatego i prominentnego żyda, dzielnie wojującego za Chabad – żydowski ruch religijny, którego ważnym członkiem jest Kołomojski. Noworosyjscy żydzi ewidentnie popierają obecny pro-rosyjski trend, aczkolwiek są i wyjątki. Praktycznie wszyscy ukraińscy żydzi mają krewnych w Rosji i rosyjskie wykształcenie.

Izrael ma na Ukrainie silną agenturę. To ona pomogła złapać palestyńskiego technika i odesłać go do izraelskiego więzienia, co nie byłoby możliwe bez pomocy ukraińskich służb specjalnych. Tym niemniej opowieści o izraelskich wojakach walczących na Ukrainie są przesadne: co najwyżej może chodzić o jednostki z podwójnym obywatelstwem, działające wedle własnej woli a już na pewno nie reprezentują państwa.

Amerykańscy żydzi są podzieleni

W kwestii Ukrainy są tak samo podzieleni jak w kwestii Palestyny. Przyjaciele Palestyny, ludzie o silnym antyimperialistycznym zapleczem i dobrą znajomością wschodnioeuropejskiej historii jak Noam Chomsky czy Stephen F. Cohen – są przeciwko hegemonii USA, zwłaszcza trzymania Rosji za mordę. Jedną z podgrup  Giladu Atzmon trafnie nazwał AZZ (antysyjonistyczny syjoniści), trockistami i innymi pseudolewackimi krzykaczami NATO, jak Louis Proyect, który wzywał do amerykańskiej interwencji i przelania krwi rosyjskiej.

Niezbyt chwalebne izraelskie lobby jest zdecydowanie antyrosyjskie. Przedstawicielka tamtejszego ministerstwa od zagranicy Victori Nuland osobiście kierowała kijowskim puczem; wybrała rząd i prezydenta nowej amerykańskiej kolonii nad Dnieprem. Jej mąż - Robert Kagan jest założycielem FPI, następcą cieszącego się złą sławą PNAC – ekstremistycznego syjonistycznego trustu mózgu, który forsował wojnę w Iraku, Afganistanie i naciskał na wojnę z Iranem. Teraz walczy przeciwko Rosji nie zapominając o pomocy dla Izraela.

Weźmy takiego Jamesa Kirchicka, młodego amerykańskiego aktywistę. Wstąpił do neokonserwatywnej sieci i gardłował za Lobby. Malował Izrael w różowych barwach („Izrael jest najlepszym przyjacielem na Ziemi, podczas gdy Palestyńczycy są homofobami, zasługującymi na bombardowania”). Po pobłogosławieniu Izraela poszedł wojować z Rosją. Pracował dla CIA – posiadacza i finansowanego przez amerykański kongres radia Wolna Europa; zainscenizował sensacyjną wypowiedź  Lizy Wahl z RT i protestował przeciw obchodzeniu się z homosiami w Rosji. Jego brudne sztuczki zostały ujawnione przez Maxa Blumenthala żydowskiego amerykańskiego dziennikarza, znanego anty-syjonisty (współpracował z Palestyńską Rania Khalek).

Póki co Izrael jest wobec Ukrainy neutralny. Izraelscy przyjaciel w w UE i USA są nieprzyjaciółmi Rosji i popierają amerykańską hegemonię. Przyjaciele Palestyny są za powstaniem Cesarstwa Rosyjskiego. Przykładem tych pierwszych jest francuski syjonistyczny medialny filozof  Bernard Henri, a Michel Chossudovsky z Global Research – tych drugich. Główne krytyczne („anty-syjonistyczne”) strony internetowe jak  Counterpunch, Antiwar, Global Research, sympatyzują z Rosją, zaś strony pro-izraelskie są nieprzyjazne Rosji.

Syjoniści są nikczemnymi zaciekłymi wrogami, ale jeszcze gorszymi przyjaciółmi.  Edward N. Luttwak wezwał USA do wspólnego działania z Rosją. Strategiczna unia Rosji i Ameryki jest niezbędna. - powiadał. Kogo interesuje Ukraina?  Oto jego koncepcja: Rosja miałaby walczyć z Chinami w interesie USA. Inny syjonistyczny przyjaciel – Tony Blair, także nawołuje do pokoju z Rosją aby ta mogła walczyć ze światem islamu dla Izraela. Podobnie jak Eskin/.../

Zasadniczo Izrael ma własne powody do neutralności w sprawie Ukrainy, zaś poszczególni żydzi różnią się. Zachodzi to korelacja z ich stanowiskiem wobec Palestyny i Syrii. Nieprzyjaciele Putina w Rosji, na Ukrainie, w Europie i USA popierają Izrael okazując wrogość Palestyńczykom, Basharowowi w Syrii i chavezowskiej Wenezueli. A najniebezpieczniejszymi są ci, którzy popierają jednocześnie Izrael i Rosję, ponieważ najpewniej knują jakiś podstęp.

Tłum. własne - MM









sobota, 14 czerwca 2014
Chazan, Talar dwaj sprawiedliwi

Spór o decyzję prof. B. Chazana przybrał tak niekiedy groteskowy charakter, że można by sądzić, iż ma on coś przykryć, jakieś inne wydarzenie. Np. sprawę Kwaśniewskich. Na marginesie: swego czasu, bodajże to J. Oleksy określił "Olka" mianem "drobnego krętacza" i to wyszło jak słoma z buta teraz. Z tym, że sprawa decyzji prof. Chazana była wcześniejsza.

W gruncie rzeczy sprawa jest prosta: ludzi nie można zabijać, lekarz nie jest od tego, aby decydować kto ma żyć, a kto nie; lekarz ma ratować życie i tyle.Nawet, a może zwłaszcza, gdy dotyczy to osób niepełnosprawnych. Takich w Sparcie zrzucani ze skały, a od takich Hitler zaczynał czyścić rasę. Potem było już z górki.

To kwestia cywilizacyjna. Jeżeli jest w tej kwestii jakaś dyskusja, to znaczy, że 1000 lat cywilizacji łacińskiej, leżącej u podstaw naszego istnienia, to już przeszłość. Stajemy się narodem barbarzyńców, kanibali.

Weźmy takie przeszczepy organów. To kanibalizm w czystej postaci, choć technicznie nie przez przewód pokarmowy, lecz w wyniku zabiegu chirurgicznego. W gruncie rzeczy prowadzi do tego samego: konsumpcji cudzego ciała.

To mógłby być tylko przyczynek do dyskusji gdyby nie fakt, że - wbrew temu co się powszechnie sądzi - organy nie pobiera się osobom zmarłym w potocznym tego słowa znaczeniu. Nie, serce musi bić, w przeciwnym razie organy nadają się co najwyżej na gulasz podrobowy.

Dlaczego więc mówi się o pobieraniu od zmarłych? Bo zmieniono definicję śmierci. W tym przypadku chodzi o śmierć mózgową. Jeżeli mózg nie pracuje, to wg tej definicji delikwenta uznaje się za zmarłego i pobiera się organ. bez znieczulenia, na żywca, gdyż ofiara podobno nie czuje bólu. Czy tak jest - tego nie wie nikt.

A kto wprowadził tę definicję? Jacyś goście podający się za komisję Harwardzkiej Szkoły Medycznej w 1968 r. Chodziło o to, aby jakoś uzasadnić prawnie pobór serca od dawcy i przeszczep dokonany rok wcześniej w Kapsztadzie przez Ch. Barnarda. Gdyby tego nie zrobiono, Barnard musiałby pójść siedzieć.

Już sama nazwa: Harvard winna rzucać na kolana i pewnie wielu rzuca. Tymczasem HSM jak i szemrane towarzystwo z VHO mają takie prawo definiowania w taki sposób jak menele spod budki z piwem.

Prof. Jan Talar jest przeciwnikiem przeszczepów. Twierdzi on, że osoby w śpiączce wcale nie są martwe, a śmierć mózgowa nie jest nieodwracalna. Sam dokonuje wybudzeń, a wielu z jego pacjentów  wraca do normalnego życia.

Talar nie jest więc ulubieńcem świata medycznego i sporej części mediów. Zagraża bowiem wielkiemu biznesowi transplantacyjnemu, którego podstawą jest eutanazja komercyjna. Każdy wybudzony to strata. Bardzo wymierna.

poniedziałek, 31 marca 2014
Adopcja cygańskich dzieci

 

 

Teresa Boučková , czeska pisarka, córka Pawła Kohouta, wraz z mężem zaadaptowała dwoje cygańskich chłopców, każde z innej matki, w nadziei, że zmiana środowiska zmieni ich naturę. (Później urodziło im się własne dziecko.) Prawda okazała się inna. Swoje doświadczenia opisała w książce „Rok kohouta”. Książkę tę mało kto w Polsce przeczyta, a sprawa jest ważna z kilku powodów: 1/ problem adopcji jako takiej; 2/ adopcja dzieci innej narodowości, zwłaszcza jak w tym przypadku – cygańskich; 3/ problem Cyganów i szans na ich asymilację; 4/ zderzenia kulturowe i cywilizacyjne.; 5/ dziedziczność a wychowanie, itd. Dlatego prezentuję poniżej tłumaczenie wywiadu jaki Boučková udzieliła Czeskiej Telewizji (ČT24) pt. „Po prostu, chciałam mieć rodzinę". Prowadząca - Daniela Drtinova – zgodnie z kanonami politpoprawności jak diabeł święconej wody unika kwestii cygańskiej, ani razu nie wspominając, że owi chłopcy to właśnie Cyganie. Czytając wywiad trzeba o tym pamiętać. Podobnie jak o tym, że mówi to osoba, która na własnej skórze doświadczyła tego, czego nie znają, a o czym lubią rozprawiać przeróżni jajogłowe pięknoduchy.

 

  • Kiedy ostatnio widziała pani swoich synów?

 

TB: Chyba dwa lata temu w Boże Narodzenie.

 

  • Gdzie teraz żyją?

 

TB: Nie wiem. Wałęsają się gdzieś po Pradze. Gdy jadę rowerem do centrów handlowych, czy podobnych miejsc, gdzie spotkać można bezdomnych, patrzę, czy ich tam nie zobaczę. Z tego powodu denerwuję się, bo spotkałam ich tam kilkakrotnie, ale to było dawno.

 

  • Czy całkowicie straciła pani z nimi kontakt? Nawet nie dzwonią?

 

TB: Mam teraz inny numer, którego nie znają. Tamten numer zlikwidowaliśmy. Czasami dzwonią do innych, którzy mają stale ten sam numer. Muszę jednak podkreślić, że aby do naszego spotkania doszło, muszą spełnić podstawowy warunek: zmienić styl życia; dopiero wtedy ucieszymy się z ich wizyty.

 

  • Było aż tak źle, że nie chcieliście ich widywać?

 

TB: To bardzo trudne, ale tego zrobić nie mogłam. Ta sytuacja nas rozbiła, chyba najbardziej mnie, ale się boimy. Strasznie się boimy tego poczucia marności i rozpaczy. Możemy tylko się odciąć i czekać.

 

  • Zostawiła pani ich losowi?

 

TB: Sami go wybrali. Gdzieś się podziewają. Mieszkamy ciągle w tym samym miejscu. Gdyby tego chcieli, wiedzieliby, gdzie nas znaleźć.

 

  • Średni syn był nawet w zakładzie zamkniętym? Nie można było inaczej?

 

TB: Obaj chłopcy tam byli. Nie można było. Gdzieś po siedemnastym roku życia tak się zmienili, że straciliśmy nad nimi kontrolę, a przecież ciągle byliśmy za nich odpowiedzialni. Trudno to wyjaśnić. W zakładzie byli pół roku, ale większość czasu spędzili na ucieczce.

 

- Brali dragi, kradli, a wyście za to płacili. Kiedy się wasza odpowiedzialność jako adopcyjnego rodzica skończy? Chyba już mają lub zbliżają się do pełnoletności?

 

TB: Myśleliśmy, że z tej traumy się nie wyleczymy. To był szok, że rodzinna sytuacja tak szybko zmieniła się na gorsze. Chłopcy byli problematyczni ale jakoś przez długi czas udawało nam się utrzymywać ich w ryzach. Później się wymknęli. Próbowali narkotyków ale nie to było głównym problemem. Coś, jakaś wielka siła ciągnęła ich do innego życia i nadal na nich działa. Po prostu nie chcieli żyć tak jak my i z nami.

 

  • Kiedy rozmawiała pani z dziećmi, o tym co robią źle, jak krzywdzą tych, co o nich dbają i chcą jak najlepiej, co odpowiadali?

 

TB: W taki sposób nie dało się dyskutować. Właściwie to ciągle rozwiązywaliśmy jakiś problem. Oni to odbierali jako ubliżanie, że zmuszamy ich żyć nie tak jak oni by chcieli. Oczywiście, oni mieliby inne zdanie na ten temat. Przestali chodzić do szkoły, na praktyki, nie chcieli cokolwiek takiego robić. Chcieli się wałęsać, ale także przyjść do domu, najeść się i wyspać. Tak jednak żyć nie mogli.

Tłumaczyliśmy im, że w ten sposób żyć na dłuższą metę się nie da. Nie da się w nieskończoność zadłużać, nie płacić bieżących rachunków, ubezpieczenia zdrowotnego. Dług narasta i w pewnym momencie ciężko będzie z tego pociągu wysiąść.

 

  • Czy wychowanie nic tu nie zmieni? Mówi się, że gdy dziecko czuje miłość, można jakimś sposobem prowadzić je przez życie. Ma pani inne doświadczenie?

 

TB: Prawie przez cały czas też tak sądziliśmy i tak robiliśmy. Wszystko załamało się gdzieś koło siedemnastego roku życia. Oni już nas nie chcieli słuchać. Dzisiaj sądzę, że to było niemożliwe. Spotykamy się z krytyką, że to myśmy zawinili i nie widzimy własnych błędów. W rzeczywistości, jak każdy rodzic, popełniliśmy wiele błędów, ale żeby to miało aż taki wpływ, co to to nie. Byliśmy porządnymi rodzicami, ale na to nie mieliśmy wpływu.

 

  • Jaki to miało wpływ na waszego najmłodszego syna (rodzonego – przyp. tłum.)?

 

TB: Przez wiele lat żyli jak bracia. Dopiero w ostatnim czasie było ciężko ale syn nie chciał o tym mówić. Sam musi to jakoś przeżyć, przepracować w sobie. To nie jest proste. Kilka razy spotykał swoich braci na ulicy gdy byli w nieciekawym stanie. To trudne dla wszystkich.

 

  • Przeżyła pani piekło, o czym jest książka „Rok kohouta”. Czy to sposób na terapię, jak wydostać z siebie wewnętrzne piekło?

 

TB: Wielu ludzi przeżywa jeszcze większe piekła. Gdy się naraz rozpada świat wartości budowany przez lata, znajdziemy się w piekle. Początkowo nie mogła z niego znaleźć drogi wyjścia, ani siły. Byłam tym tak przytłoczona, że aż się dziwię. Jednak zawsze walczyłam ze ślepym losem ale wtedy nie byłam zdolna do niczego. Była bezsilna.

Ale jeśli człowiek przez długi czas ma jakieś kłopoty, to się jakoś całkowicie zmienia. Dałam tym dzieciom 20 lat życia, a po tym czasie doszłam do wniosku, że to wszystko na nic. A z tym ciężko się pogodzić. Pisanie mi pomogło; odbiłam się od dna.

 

  • Pisała pani zapiski w formie dziennika pisarza, który nie może pisać. Jak ta książka powstała?

 

TB: Zapiski powstawały w najgorszych momentach, gdy litowałam się na sobą, wypłakiwałam się w nich, bo cały smutek był we mnie. Nie da się tym dzielić z ludźmi. Może to nie wydawać się aż tak groźne, ale ta ciężka sytuacja prowadzi do głębokiej depresji.

Zrozumiała, że nikt mi pomóc nie może, to muszę zrobić sama. Trzeba znaleźć odwagę aby sytuację z adoptowanymi dziećmi rozwiązać radykalnie. To trudne, bo istnieją związki wynikające z adopcji. Podjęte kroki muszą usunąć zagrożenia dla rodziny, ale oznacza to to także odporność na opinię społeczną; wielu ludzi widzieć będzie dzieci jako adoptowane, z których nie byliśmy zadowoleni.

Ale się z tego otrząsnęłam. Gdy minął rok a ich odejście stało się trwałe, zaczęłam prowadzić zapiski. Pracowałam jak nad powieścią i sądzę, że książka nie ma wyłącznie dokumentalnego charakteru, bo też to nie jest dokument. Mam nadzieję, że książka ma wartość sama w sobie. Nawet gdy ja zostanę zapomniana, książka dalej będzie mówić. Taką przynajmniej mam nadzieję.

 

  • Dla pani książka była terapią. Chłopców adoptowaliście, gdy byli mali. Nie mogliście wybierać, za was wybrała pracownica socjalna. Potem, cudem, urodziło się wam własne dziecko. Zastanawiała się pani nad losem, który panią doświadczył? Choć to może głupie co mówię, ale czy to nie była jakaś forma twórczego cierpienia, z którego powstała książka? Czy nie była to siła wyższa, która prowadziła panią przez życie?

 

TB: Przecież nie brałam dzieci po to, aby po 20 latach napisać książkę(...) Wolałabym tej książki nigdy nie napisać i cieszyć się chłopcami, tym, że żyją właściwie i odpowiedzialnie. Tak się nie stało. W miarę pisania cały ten smutek i poczucie daremności ze mnie opadał. Ale też nie myślałam, że będę sławna z powodu książki, choć była to skuteczna terapia(...)

 

  • Spójrzmy na mentalność niechcianych dzieci wychowywanych w domach dziecka. Może powstają zaburzenia emocjonalne do tego stopnia, że jedynie podniety fizyczne mogą je zaspokoić i przez co nie są zdolni do uczuciowych więzi?

 

TB: Mówi się, że sfera uczuć powstaje u człowieka w pierwszym roku życia. Ci chłopcy pierwszy rok życia spędzili w przytułkach, zmieniali się wokół nich ludzie, w brzuchach matek byli niechciani. Musi więc powstać zadra na całe życie.

Gdy człowiek jest mały, można to jakoś korygować, ale dojrzewanie charakter ujawnia. Mówi się, że w okresie dojrzewania dostaje się małpiego rozumu ale potem to mija. Będę szczęśliwa, gdy choćby to tylko się zmieni a chłopcy zmądrzeją. Niestety, wiem, jacy są i żadnej sfery uczuć u nich nie widzę.

 

  • Ale nie można powiedzieć, że te dzieci są złe, one są wewnętrznie skażone…

 

TB: Że są złe, to nie. Chodzi o jakiś defekt osobowości, o jakiś brak emocjonalny w charakterze człowieka. Są i wyjątki. Są dzieci adoptowane (niechciane, odepchnięte), którym wyszło, sprawdziły się. Pewnie zależy to od tego, co mają po rodzicach, oraz jak szybko trafią do nowej rodziny.

 

  • Jak się zachowywały dzieci, gdy trafiły do was z zakładu? Inaczej niż dzieci, które od początku są ze swymi rodzicami?

 

TB: Mogłam to porównać. Adoptowane nie płaczą długo, bo wiedzą, że płacz nikogo nie przywoła.

Są jakby na planie filmowym. Dziecko z normalnej rodziny jest tak zafiksowane na matkę, że ciągle się za nią ogląda. Później to się zmienia. Boją się każdej nowej twarzy, są bardzo niezrównoważone. Długo liczyłam, że stopniowo da się chłopców psychicznie zrównoważyć. Czasami wszystko na to wskazywało. Ale każda nowa sytuacja odbiegająca od normy wszystko niszczyła tak, że reagowali nieodpowiednio. Takie dzieci są w jakiś sposób niedojrzałe.

 

  • A co z inteligencją?

 

TB: To osobna sprawa. Jeden z naszych adoptowanych synów jest bardzo inteligentny, a drugi mniej bystry, bardziej uczuciowy. W przypadku tego bystrego przypuszczaliśmy, że się emocjonalnie z nami zwiążę, ale tak się nie stało.

 

  • Determinanty psychiczne są silniejsze...

 

TB: Czegoś tam brakuje. Przejawia się to gdy dziecko przestanje szanować proponowane i narzucone modele rodziny. Naraz chce czegoś innego i samo nie potrafi się przed tym powstrzymać

 

  • Jaki to miało wpływ na wasze więzi małżeńskie? Umocniło je czy osłabiło?

 

TB:Chwilami było źle. Związki małżonków, którzy adoptują dwójkę dzieci, a którzy w trakcie wychowania nie rozejdą się, są naprawdę silne. Nasze siły były na wyczerpaniu, ale to właśnie dodatkowo nas związało/... /

 

  • Powiedziała pani, że adopcji by zakazała, urażając tym wielu ludzi, którzy mieli więcej szczęścia. Rzeczywiście adopcję, jako instytucję, należałoby zlikwidować?

 

TB: nie powiedziałam,że bym zakazała, ale zlikwidowała; nie mogę niczego zakazywać. To bardzo trudne. Większość z adoptujących dzieci chciałaby mieć rodzinę, pragną potomstwa, ale na swoje nieszczęście mieć nie mogą. Tyle, że może stać się i tak, jak u nas, gdy wszelkie iluzje runęły a wraz z nimi wszystkie wartości i całe życie. Dotyczy to wszystkich stron. Nasi chłopcy z nami nie chcieli żyć – w każdym razie w ten sposób. Może lepsza byłaby jakaś forma opieki zamiast adopcji do osiemnastki, tyle że tu w grę wchodzą kwestie majątkowe itp.

Opieka taka byłaby czystą formą: dziecko zyskuje zastępczych rodziców i wszyscy to wiedzą. Nasi chłopcy też wiedzieli, że są adoptowani, niczego przed nimi nie ukrywaliśmy. Ale gdy to zaczęło się rozpadać i to my ponosiliśmy materialną odpowiedzialność i wszystko wskazywało, że ponosić będziemy nadal, uznałam, że coś jest nie w porządku.

 

  • Czy specjaliści rodzinni mieliby bardziej informować romantycznie do adopcji nastawione pary, co siedzi w głowach tychże dzieci? Mieliby ostrzegać, że dzieci dojrzewają ale psychiczne traumy mogą pozostać? Wiedzą o tym pary?

 

TB: Mogą wiedzieć. Np. na stronach internetowych dotyczących adopcji strasznie mnie krytykują, jaka to jestem niszczycielką adopcji, jak zabieram dzieciom szansę otrzymania rodziny. Myślę jednak, że nie można mówić tylko o pozytywnych stronach adopcji i jak to zostaniemy za to nagrodzeni. Dobrze wiedzieć, że mogą nadejść ciężkie chwile. Nie po to aby ciągle żyć w obawie gdy tak się stanie, ani żeby wiedzieć, że nie musi być dobrze i w wielu przypadkach nie jest, ale żeby niczego nie ukrywać...

 

  • W czym jest największe ryzyko adopcji, gdy biologiczni rodzice są nieznani? Jak by tu pani doradziła rozważającym ten krok na podstawie własnych doświadczeń?

 

TB: Polega to na tym, że gdy dzieci dorosną, lub zaczną dorastać, naraz uświadomicie sobie, że jesteście całkiem innymi ludźmi, że wasze życie nie ma na n ich żadnego wpływu, że dawaliście przykład a tam nic nie zostało. Niczego nie zasialiście, bo te różnice są zbyt duże.

Nie znam skali. Ludzie, którzy chcą wziąć dziecko bo nie mają lub nie mogą mieć własnego, czy też dlatego, że chcą dać miłość i rodzinę opuszczonemu dziecku, powinni wiedzieć, że mogą nastąpić zdarzenia, których nikt nie przewidzi... Że to dziecko jest zdeterminowane psychicznie i wychowanie niewiele zmieni... Nie każde, rzecz jasna, musi być takie, zależy to od jego rodziców. Już samo to ma znaczenie, że je matka opuściła, a ojciec jest nieznany. Po tym można przewidzieć co najwyżej połowę wydarzeń. To wielki problem. Dziecko dorasta, a wam także przybywa lat, człowiek jest już zmęczony i nieraz stwierdzi, że już nie ma sił i nie może złapać oddechu.

 

  • Gdyby przyjaciółka poprosiła o radę, co by pani powiedziała? Adoptować czy nie adoptować dziecka? Jak postępować a czego się wystrzegać?

 

TB: Najpierw bym się spytała o powody, dlaczego chce adopcji? Powód musi być mocny i jasny. Postawa romantyczna nie ma racji bytu gdy zaczną się problemy. Powód musi być równie silny dla obu małżonków, bo oboje muszą się wspierać w ciężkich chwilach. Reszta to kwestia dyskusji, ale podkreślam: najważniejsze to wiedzieć, czego i dlaczego się chce.

 

  • Co wam ostatecznie pomogło odbić się od dna, że was nie zmieliło?

 

TB: Prawdę mówiąc – nie wiem. Może to, że było ich trzech a nie dwóch: został nam w domu jeden syn. Sytuacja zmusza do wyciągnięcia ostatnich sił, tak że na koniec dziwimy, że mamy więcej sił niż sądziliśmy/.../

 

 

08:12, mrozmarek , Czechy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 czerwca 2013
Prezydenckie dziwy

 

 

Po wielu latach różnych zakrętów i przesuwania wałbrzyski „Aqua-Zdrój” został otwarty, przynajmniej częściowo. Na obiekt składa się: aquapark, hala sportowa i hotel. Otwarcie odbyło się z wielkim przytupem, który kosztował ca 300 tys. zł. Nie obeszło się bez wizyty przedstawicieli władz wojewódzkich, tych platformerskich, dla których zorganizowano nawet koncert A.M. Jopek za – jak wieść niesie – 60 tys. zł, bo przecież nie dla wszystkich (lud musi znać swoje miejsce) z publicznej, tj. miejskiej kasy.

Można to uznać za skandal, gdyż VIP-y zaproszone do biedoty nie należą i stać na zapłacenie za wstęp. Sam prezydent miasta Roman Szełemej nadal pracuje w szpitalu gdzie zarabia na 1/4 etatu ponad 150 tys. zł rocznie, więcej niż wynosi prezydencka pensja. Gdyby chodziło o szpital prywatny i osiągane tam zyski, niech tam zarabia tyleż i miesięcznie, ale dochody państwowego, podobnie jak główne dochody doktora/prezydenta/ordynatora/dyrektora, etc. pochodzą z budżetu państwa, a ściślej – z NFZ, czyli z pieniędzy zrabowanych obywatelom pod pretekstem „darmowej służby zdrowia”, których permanentnie brakuje na leczenie ale jakoś nigdy nie zabrakło na pensje dla różnych biurokratycznych wydrwigroszy.

Żeby było zabawniej: przed otwarciem „Aqua-Zdrój” sprzątały salowe i inni pracownicy szpitala, a jak przyznała dyrektorka szpitala w rozmowie z reporterką TV Dami – jest to praktyka częsta i jak trzeba brygady szpitalne wysyłane są do sprzątania po różnych innych imprezach miejskich.

Można się zastanawiać, skąd w szpitalu nie ma nadwyżki zatrudnienia, skoro bez szkody dla pacjentów można wysyłać pracowników w ramach szełemejowskiej agencji zatrudnienia tymczasowego? I kto na tym zarabia?

Ot, taka to osobliwość.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 16
O autorze
Tagi