czwartek, 30 października 2014
Politolog: Węgry pod silnym politycznym naciskiem Ameryki

Zakaz wjazdy 6 Węgrów do USA z powodu oskarżenia o korupcję jest sygnałem „bardzo mocną dyplomatyczną informacją” dla rządu Wiktora Orbana – powiedział dla RIA Nowosti węgierski politolog Andras Racz. Powodem są stosunki węgiersko-rosyjskie a zwłaszcza polityka Węgier wobec Rosji.

Nazwiska Węgrów objętych zakazem nie zostały ujawnione, ale uważa się, że chodzi urzędników lub osoby związane z rządem – podaje Reuters, cytując Andre Goodfrienda, amerykańskiego charge d’affaires przy ambasadzie USA w Budapeszcie. „Konkretne nazwiska nie są najważniejsze” - uważa Racz, bo najważniejszy jest czytelny sygnał w języku dyplomatycznym .

Od jakiegoś czasu USA krytykowały politykę węgierskiego rządu. Wg eksperta, do najważniejszych analizowanych krytycznie zakresów należy stan demokracji i legislatywa w kwestiach medialnych.

Amerykańscy dyplomaci wielokrotnie nie zgadzali się z orbanową „polityką wschodnią”, mając na myśli zwłaszcza stale zacieśniające się stosunki z Rosją. Gazociąg South Stream i wstrzymanie dostaw gazu na Ukrainę poprzez „odwrócenia biegu” po wizycie w Budapeszcie Alekseja Millera, dyrektora generalnego Gazpromu, należy do tych przypadków.

Mimo że, jak podkreślił ekspert, wszyscy starają się mieć dobre pragmatyczne stosunki z Rosją i że coś całkiem normalnego, to sprawa Węgier jest inna. Według niego „problemem nie są stosunki z Rosją same w sobie, ale to, jak te stosunki są prowadzone”. Chodzi o to, że rząd węgierski działa samodzielnie i wbrew zatwierdzonemu stanowisku UE i NATO.

Politolog jest przekonany, że tej bitwy Orban nie może wygrać. „USA są najważniejszym strategicznym sojusznikiem Węgier co dotyczy wzajemnych norm, wartości i bezpieczeństwa wojskowego... Dopóki krytykuje was główny sojusznik, najważniejszy przyjaciel,, to musicie posłuchać” - dodał.

Wstrzymał się od od określenie amerykańskiego kroku za szantaż, zastępując to słowo zwrotem: silnego politycznego sygnału. Dodał, że Węgry doszło do punktu, w którym muszą wybrać. Nie ma już przestrzeni do manewru. Utrzymać strategiczne stosunki z USA a jednocześnie prowadzić układy z Rosją w dotychczasowy sposób, nie może dalej trwać.

 Uważa się, że ten krok został spowodowany podejrzeniem, że niektórzy, nieokreśleni z nazwiska, przedstawiciele węgierskiego rządu, próbowali w kwestiach podatkowych wywierać naciski (szantażować) amerykańskie spółki na Węgrzech. Prawdopodobnie chcieli, aby Amerykanie płacili duże łapówki pro-rządowym fundacjom, jako substytut poparcia dla rządu.

 

Całość na: Hungary Under Strong Political Pressure From US: Political Analyst



wtorek, 28 października 2014
Wszystko co lata na wszystko co się rusza

John Pilger

 Tłumacząc rozkaz prezydenta Richarda Nixona dot. „ciężkiego” bombardowania Kambodży w 1969 r., Henry Kissinger powiedział: „Wszystko co lata na wszystko co się rusza”. Jak Barack Obama zaczyna swą siódmą wojnę przeciwko islamowi odkąd otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Kłamstwa i organizowana histeria, w porównaniu z prostodusznie zabójczymi słowy Kissingera, dziś można odczytywać z nostalgiczną tęsknotą.

 Jako świadek skutków lotniczego barbarzyństwa na ludziach – włącznie z dekapitacją ofiar, ich części porozwieszanych na drzewach – nie jestem zdziwiony utratą pamięci o historii, przeciwnie. Wymownym przykładem jest wzrost potęgo Pol Pota i jego Czerwonych Khmerów, mający wiele wspólnego z dzisiejszym Państwem Islamskim (ISIS) w Syrii i Iraku. Oni też byli bezlitosnymi średniowiecznymi zacofańcami, zaczynający jako mała sekta. I oni byli produktem apokalipsy made in USA w Azji.

 Według Pol Pota, jego grupę tworzyło „mniej niż 5000 słabo uzbrojonych partyzantów niepewnych pod względem strategii, taktyki, lojalności i przywódcy”. Jak tylko bombowce B52 zaczęły wykonywać swoje zadania jako część „Operacji Menu”, demon Zachodu nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu.

Amerykanie w latach 1969-73 zrzucili na rolniczą Kambodżę ekwiwalent pięciu hiroszimskich bomb. Zrównywali z ziemią wieś za wsią ale wracali aby ponownie bombardować ruiny i trupy. Kratery tworzyły ogromne naszyjniki pełne krwi i mięsa, stale widoczne z powietrza. Groza była niewyobrażalna. Były przedstawiciel Czerwonych Khmerów pisał, jak przeżywszy „sztywni i oniemiali błądzili trzy, cztery dni. Przerażeni, na wpół szaleni ludzie nie mogli uwierzyć w to, co im mówiono... To spowodowało poparcie ludności dla Czerwonych Khmerów”.

Komisja śledcza fińskiego rządu odkryła, że w wyniku wojny domowej zginęło 600 000 Kambodżan a bombardowania opisała jako „pierwszą fazę dziesięcioletniego ludobójstwa”. To, co Nixon i Kissinger zaczęli, Pol Pot - ich beneficjent, dokończył. Pod amerykańskimi bombami Czerwoni Khmerowie rozrośli się na znaczącą, 200 000 armię.

 ISIS ma podobną przeszłość i teraźniejszość. Według danych naukowych inwazja na Irak Busha i Blaira przyniosła śmierć 700 000 ludzi; w kraju, w którym wcześniej dżihad nie istniał. Kurdowie zawarli terytorialną i polityczną umowę; szyici i sunnici mają klasowe i sekciarskie różnice ale żyją w pokoju; małżeństwa mieszane były codziennością. Trzy lata przed inwazją dużo jeździłem po Iraku bez obaw. Po drodze spotykałem ludzi dumnych z tego, że są Irakijczykami, z dziedzictwa swojej cywilizacji, która im przypadła w spadku.

 Bush i Blair rozbili to na kawałki. Dziś Irak jest wylęgarnią dżihadyzmu. Al Kaida, podobnie jak polpotowi „dżihadyści” - chwyciła okazję daną jej atakiem „Szok i groza” a następnie wojną domową. „Powstańcza Syria” dała jeszcze większą nagrodę od CIA i państw Zatoki w postaci dostaw broni, logistyki i pieniędzy drogą przez Turcję. Przybycie zagranicznych rekrutów było nieuchronne. Były brytyjski dyplomata Oliver Miles napisał niedawno: ”Wydaje się, że (cameronowa) władza naśladuje przykład Tony Blaira, który ignorował stałe ostrzeżenia MSZ, MI5 i MI6, że nasza polityka a szczególnie nasze walki na Środkowym Wschodzie – były główną siłą napędzającą rekrutów z rzesz islamskich z Brytanii dla terrorystów tu.”

 ISIS jest płodem tych ludzi z Londynu i Waszyngtonu, którzy niszcząc Irak jako państwo i społeczność, celowo konspirowali nad zbrodnią przeciw ludzkości. Tak jak Pol Pot i Czerwoni Khmerzy, ISIS jest odmianą zachodniego terroryzmu państwowego, który powstał dzięki skorumpowanym, imperialnym i sprzedajnym elitom, niebojących się następstw czynów popełnionych bardzo daleko i w bardzo odległej kulturze. Ich przewinienia w „naszej” kulturze są niewyobrażalne.

 Mija 23 lata od czasu gdy holocaust wstrząsnął Irakiem, zaraz po pierwszej wojnie w Zatoce, gdy USA i Brytania z poparciem rady Bezpieczeństwa ONZ, nałożyły karne „sankcje” na ludność iracką, co - o ironio – tylko wzmocniło autorytet Saddama Husseina. To jak średniowieczne oblężenie. Niemal wszystko, na czym stało nowoczesne państwo i co go utrzymywało, zostało „zablokowane” - od chloru do dezynfekcji wody po szkolne kredki, składniki rentgenowskie, leki uspokajające i zwalczające wcześniej nieznane nowotwory, powstałe w wyniku przenoszenia z południa pyłu skażonego zubożonym uranem.

 Krótko przed Bożym Narodzeniem 1999 r. ministerstwo handlu i przemysłu w Londynie ograniczyło wywóz szczepionek przeciw błonicy i żółtej febrze dla irackich dzieci. Kim Howells - lekarz i parlamentarny przedstawiciel ministra ds. zagranicy w rządzie Blaira wyjaśnił dlaczego: „ Dziecięce szczepionki mogłyby zostać użyte w broni masowego rażenia”. Brytyjskiej władzy taka podłość mogła przyjść dlatego, że wiadomości medialne z Iraku – a większość z nich była zmanipulowana przez MSZ - winiły Saddama Husseina za wszystko.

 Z oszukańczego programu „Żywność za ropę” na każdego Irakijczyka przeznaczono rocznie 100 $. Z tego częściowo miano opłacić infrastrukturę i podstawowe media jak elektryczność i woda. „Proszę sobie wyobrazić ” – powiedział mi asystent sekretarza generalnego ONZ - Hans von Sponeck, „że jest ta oto jałmużna, ale nie ma czystej wody, a większość chorych nie może być leczona. Żeby nie było wątpliwości, to jest zamierzone. Nie chciałem w przeszłości używać słowa ludobójstwo, ale teraz jest to nieuniknione.”

 Zniechęcony von Sponeck zrezygnował z funkcji humanitarnego koordynatora ONZ w Iraku. Jego poprzednik, Denis Halliday, również wysoki przedstawiciel ONZ, także zrezygnował. „Nakazano mi” - powiedział Halliday - „abym realizował politykę, która wypełnia definicję ludobójstwa: zamierzoną politykę, która zabiła milion ludzi, dorosłych i dzieci”.

 Badania UNICEF-u, agendy ONZ, wykazały, że w latach 1991-1998, u szczytu blokady, było w Iraku u pięciolatków i młodszych o 500 tys. więcej przypadków śmierci. Pewien reporter telewizyjny zapytał Magdaleny Albright, amerykańskiej ambasadorki przy ONZ: „Czy było to warto?“ Albright odpowiedziała: „Sądzimy, że warto było.“

 W 2007 r. wysoki brytyjski przedstawiciel odpowiedzialny za sankcje – Carne Ross, znany jako „pan Irak” powiedział przed komisją parlamentarną : „(USA i Brytania) skutecznie pozbawiły całą populację środków do życia.” Gdy rozmawiałem z nim kilka lat później, żałował i kajał się. „Czułem się haniebnie” - powiedział. Dziś szczerze mówi o tym, jak rządy oszukują i jak podległe media odgrywają kluczową rolę w szerzeniu i utrzymywaniu tych oszustw. „Karmimy (dziennikarzy) quasi-faktami dopasowanymi przez tajne służby” - powiedział - „albo je usuwamy”.

 25 października w Guardian pojawił się tytuł: „Spotykając horror ISIS musimy działać”. To „musimy działać” to straszak, ostrzeżenie przed represjami wspomnienie faktów, lekcja skruchy i hańby. Autorem był Peter Hain, były pracownik Foreign Office odpowiedzialny za Blaira za Irak. W 1998 r., gdy Denis Halliday ujawnił wielkość cierpień w Iraku, za co odpowiedzialność spoczywała na rządzie Blaira, został oskarżony przez Haime w nocnym programie BBC o to, że jest „adwokatem Saddama”. W 2003 r. Hain poparł inwazję do ciężko doświadczonego Iraku na podstawie jawnych kłamstw. Na następnej konferencji Partii Labourzystowskiej inwazję bagatelizował jako „sprawę marginalną”.

 Teraz Hain domaga się „nalotów, bezzałogowych samolotów, sprzętu wojskowego i innej pomocy” dla tych, którzy w Syrii i Iraku „dokonali ludobójstwa”. To narzuca „imperatyw politycznego rozwiązania”. Obama ma na myśli to samo, co nazywa „ograniczonymi” bombardowaniami i atakami bezzałogowych samolotów. Oznacza to, że rakiety i półtonowe bomby mogą niszczyć domy wieśniaków, tak jak to czyni bez ograniczeń w Jemenie, Pakistanie, Afganistanie i Somalii i jak to czyniły w Kambodży, Wietnamie i Laosie. 23 października zabłąkana rakieta Tomahawk trafiła w wieś w syryjskiej prowincji Idlib zabijając ponad 10 cywilów, także kobiety i dzieci. Nikt z nich nie wymachiwał czarną flagą.

 W dniu, w którym opublikowano artykuł Hainego, Denis Halliday i Hans von Sponeck będąc w Londynie odwiedzili mnie. Nie zaszokował on ich zabójczym zakłamaniem polityka, ale narzekali na uporczywą i niezrozumiałą nieobecność inteligentnej dyplomacji przy negocjowaniu czegokolwiek, co by mogło przypominać sojusz. Na całym świecie, od Irlandii Północnej po Nepal, ci, którzy wzajemnie się określają jako terroryści i heretycy, siedzieli przy stole twarzą w twarz . Dlaczego nie teraz w Iraku i Syrii?

 Tak samo jak ebola z zachodniej Afryki, bakteria zwana „wieczną wojną” przekroczyła Atlantyk. Lord Richards, do niedawna szef armii brytyjskiej, chce teraz operacji lądowej ("boots on the ground") . Cameron, Obama i ich „ochotnicza koalicja” z dziwnie agresywnym

Tony Abottem z Australii na czele - używają zwietrzałych i bezsensownych argumentów, kiedy nakazują kolejne ataki z wysokości 30,000 stóp w miejsca, gdzie krew z poprzednich wypadów jeszcze nie wyschła. Nigdy bombardowania nie widzieli, a bardzo je kochają, tyle, że chcą zniszczyć swojego potencjalnie cennego sojusznika – Syrię. To nic nowego, jak ten oto unikalny dokument amerykańskich i brytyjskich tajnych służb ilustruje:

 „W celu umożliwienia akcji sił wyzwoleńczych (sic!)... należałoby zwiększyć wysiłki aby usunąć pewne kluczowe jednostki (i) aby rozbudzać wewnętrzne niepokoje w Syrii. CIA jest gotowa a SIM (MI6) spróbuje przeprowadzić mniejszy sabotaż i nagłe wypady (sic) w Syrii, wywoływać... konieczną ilość strachu... graniczne i przygraniczne starcia dadzą pretekst do interwencji... CIA i SIS miałyby... użyć możliwości tak w zakresie psychologicznym jak praktycznym aby zwiększyć napięcie.”

 Fragment pochodzi z 1957 r, choć mógłby być napisany wczoraj. W imperialnym świecie nie zmieniło się nic istotnego. W ubiegłym roku były francuski minister zagraniczny Roland Dumas ujawnił, że „dwa lata przed arabską wiosną” dowiedział się w Londynie o planowanej wojnie w Syrii. „Coś wam powiem” - powiedział w wywiadzie dla francuskiej telewizji LPC, „byłem w Anglii dwa lata przed wybuchem zamieszek w Syrii z innego powodu. Spotkałem się z czołowymi brytyjskimi osobistościami, od których się dowiedziałem, że coś się w Syrii szykuje... Brytania organizowała zbrojną inwazję na Syrię. Nawet się mnie zapytali, czy gdyby nie to, że nie jestem już ministrem zagranicy, byłbym tym zainteresowany... Ta operacja jest już aż tak stara. Była wcześniej przygotowana i zaplanowana.”

 Oponentami ISIS są jedynie Iran, Syria, Hezbollah – wyznaczone demony Zachodu. Przeszkodą jest Turcja, „sojusznik” i członek NATO, który konspirował z CIA, MI6 i średniowiecznymi twarzami z Zatoki, celem udzielenia pomocy syryjskim „powstańcom”, łącznie z tymi, którzy dzisiaj określają się jako ISIS. Popieranie Turcji w jej długo skrywanych ambicjach i staraniach uzyskania pozycji regionalnego mocarstwa przez obalenie władzy Assada, wywoła wielką konwencjonalną wojnę i ogromne rozdrobnienie etnicznych państw na Środkowym Wschodzie.

 Przymierze – jakkolwiek trudne do osiągnięcia – jest jedyną drogą wyjścia z tego imperialnego chaosu; inaczej dalej będzie postępować ucinanie głów. To, że takie pertraktacje mogą być uważane za „błędne moralnie” (Guardian) oznacza uzurpowanie sobie moralnej wyższości przez tych, którzy popierali wojenne zbrodnie Blaira; to jest nie tylko absurdalne ale i niebezpieczne.

 Razem z przymierzem miano by zaniechać chwilowo dostaw broni do Izraela i uznania państwa Palestyny. Sprawa Palestyny jest najbardziej palącą, otwartą raną regionu i często

używanym usprawiedliwieniem powstania islamskiego terroryzmu. Osama bin Laden dał to jasno do zrozumienia. Palestyna jest także nadzieją. Oddajcie sprawiedliwość Palestyńczykom a świat wokół nich zacznie się zmieniać.

 Przed ponad 40 laty, za Nixona i Kissingera, bombardowanie Kambodży otworzyło wodospad cierpień, z których kraj ten jeszcze nie przyszedł do siebie. To samo dotyczy zbrodni Blaira i Busha w Iraku.

 Akurat zbiegiem czasu została właśnie wydana książka Henry Kissingera o satyrycznym tytule „Ład światowy”. W jednej z usłużnych recenzji Kissinger opisany jest jako „kluczowy człowiek formujący światowy ład, który trwa stabilnie od ćwierć stulecia”. Powiedzcie to ludziom w Kambodży, Laosie, Chile, Timorze Wschodnim i wszystkim innym ofiarom jego „racji stanu” i „dyplomacji”. Dopiero gdy rozpoznamy i zidentyfikujemy złoczyńców między nami, krew zacznie zasychać.

 

 Anything that flies on anything that moves ukazał się 9.10.2014 na Asia Times Online.



środa, 22 października 2014
Tajne operacje Waszyngtonu


 Paul Craig Roberts

Można by myśleć, że teraz nawet Amerykanie zrozumieli stały napływ fałszywych alarmów, na które Waszyngton liczy, że oszuka ludzi, przez co ci poprą jego ukryte operacje.

Opinia publiczna połknęła kłamstwo, że Taliban w Afganistanie to terroryści przesyceni Al Kaidą. 13-letnia wojna zakończyła się porażką Waszyngtonu, choć wzbogaciła firmę Dicka Cheney'a - Halliburton i kilka innych.

Opinia publiczna połknęła kłamstwo, że Saddam Hussein w Iraku ma „broń masowego rażenia” i gdyby USA na Irak nie napadły, Amerykanie ryzykowaliby „grzybową chmurę nad amerykańskim miastem”. Gdy pojawiło się ISIS długa wojna zdaje się nie mieć końca. Miliardy dolarów i inne profity ściekają do kabzy amerykańskiego kompleksu wojskowo-bezpieczniackiego gdy Waszyngton walczy z tymi, którzy przekreślili oszukańcze granice, nakreślone przez Brytyjczyków i Francuzów po I wojnie światowej, kiedy to państwa te opanowały terytoria byłego imperium Osmańskiego.

 Opinia publiczna połknęła kłamstwo o Kadafim w Libii. Wcześniej stabilny i prosperujący kraj dziś pogrążony jest w chaosie.

 Opinia publiczna połknęła kłamstwo, że Iran ma lub produkuję broń jądrową. Na skutek sankcji Zachodu Iran skierował się na Wschód i to wyłączyło czołowego producenta ropy spod wpływów Zachodu.

 Opinia publiczna łyknęła kłamstwo, że Assad w Syrii użył „broni chemicznej przeciwko własnemu narodowi”. Dżihadyści, których Waszyngton posłał do obalenia Assada, okazali się, według własnej propagandy, zagrożeniem dla Ameryki.

 Największe zagrożenie dla świata to dalsza hegemonia Waszyngtonu, dla której podstawą jest ideologia garstki neokonserwatystów. Należy przeciwstawić się sytuacji, gdy garstka amerykańskich neokonserwatywnych psychopatów rości sobie prawo decydowania o losach świata.

 Wielu kłamstwom Waszyngtonu wierzy, ale coraz to większa część świata uważa go za zagrożenie pokoju i życia na Ziemi. Twierdzenia, że Ameryka jest „wyjątkowa i niezbędna”, używa się do usprawiedliwienia dyktatu Waszyngtonu wobec innych państw.

 Ofiarami amerykańskich bombardowań są głównie cywile, ale to tylko zwiększa liczbę rekrutów dla ISIS. Już teraz słychać wezwania do wysłania do Iraku sił lądowych, bo w przeciwnym razie nasza cywilizacja zniknie, a nam utną głowy. Nowa propaganda „zagrożenia rosyjskiego” prowadzi do dalszych wydatków NATO i kolejnych baz wojskowych przy rosyjskich granicach. „Siły szybkiego reagowania” utworzono po to, aby reagowały na nieistniejącą groźbę rosyjskiej inwazji na kraje bałtyckie, Polskę i Europę.

 Amerykańska opinia publiczna potrzebuje roku, a nawet kilku lat zanim zrozumie, że była okłamywana przez propagandę, ale wtedy połyka nową porcję kłamstw i jest stale niepokojona kolejnym „zagrożeniem”. Wydaje się, że Amerykanie są niezdolni zrozumieć, iż wszystkie kolejne te groźby to oszustwa, tak jak te, które dopiero nastąpią. Ponadto, żaden z amerykańskich ataków na obce kraje nie doprowadził do poprawy sytuacji, jak to zauważył Władymir Putin, a mimo to społeczeństwo jak i jego reprezentanci w kongresie popierają każdą nową wojenną awanturę, na przekór historii, oszustw i porażek.

Gdyby Amerykanie uczyli się prawdziwej historii zamiast idealistycznych powiastek, byliby mniej naiwni i mniej podatni na propagandę władzy. Polecałbym Tajną historię USA Olivera Stone'a i Petera Kuznicka, Historię narodu USA Howarda Zinna. Zwłaszcza dzieło Bracia Stephena Kinzera - dzieje długich rządów Johna Fostera i Allena Dullesów, ukazujące jak demonizowali reformatorskie rządy, które często udawało im się obalić. Opisana przez Kinzera historia spisków braci Dullesów przy obalaniu sześciu rządów daje pogląd na to, jak Waszyngton funkcjonuje dziś.

 W 1953 r. Dullesowie obalili wybranego przywódcę Iranu Mossadegha i wstawili w jego miejsce szacha, czym zatruli irańsko-amerykańskie stosunki do dziś.

Obalili także ulubionego prezydenta Gwatemali Arbenze, ponieważ jego reformy zagrażały interesom firm Dullesów Sullivan & Cromwell i United Fruit Company. Podjęli nieskuteczną kampanię dezinformacyjną, przedstawiając Arbenze jako niebezpiecznego komunistę, będącego zagrożeniem dla zachodniej cywilizacji. Bracia najęli dyktatorów : Somozę z Nikaragui i Batistę z Kuby przeciw Arbenzovi. CIA zorganizowała naloty i grupy uderzeniowe. Ale nic by się nie mogło stać, dopóki Arbenze nie stracił poparcia ludności. To przeprowadzili Bracia przez kardynała Spellmana, który z kolei zwerbował arcybiskupa Rosella y Arellano. „List pasterski został odczytany 9 kwietnia 1954 we wszystkich gwatemalskich kościołach.“

List ten – mistrzowskie dzieło propagandy – ukazywał Arbenze jako niebezpiecznego komunistę – wroga wszystkich Gwatemalczyków. Sfingowana audycja radiowa wytworzyła błędne przekonanie zwycięstw bojowników za wolność i klęską armii. Arbenze prosił ONZ, o wysłanie obserwatorów, ale Washington się temu sprzeciwił. Dziennikarze amerykańscy, z wyjątkiem Jamesa Restona, szerzyli te kłamstwa. Waszyngton groźbą i przekupstwem pozyskał wysokich dowódców gwatemalskiej armii, aby zmusili Arbenze do ustąpienia. Jego następcą został osadzony przez CIA dobrze wybrany opłacany „oswobodziciel” płk. Castillo Armas.

Podobnej operacji jesteśmy teraz świadkami na Ukrainie.

 Prezydent Eisenhower dziękował CIA za odwrócenie „komunistycznych trendów na naszej półkuli” a minister spraw zagranicznych - John Foster Dulles w wystąpieniu transmitowanym przez ogólnostanowe radio i telewizję ogłosił, że wydarzenia w Gwatemali „ujawniły diabelskie zamiary Kremla”. Pogląd ten kłócił się z bezspornym faktem, że jedyną siłą operującą w Gwatemali byli bracia Dullesowie.

 W rzeczywistości demokratyczna i reformatorska władza została obalona dlatego, że United Fruit Company otrzymała kompensatę za nacjonalizację jej ziemi leżącej odłogiem w cenie wymienionej przez tą spółkę w zeznaniach podatkowych. Wiodąca amerykańska kancelaria prawna, a ściślej – twórca amerykańskiej polityki zagranicznej Sullivan & Cromwell nie zamierzała bynajmniej dopuścić, aby demokracja zwyciężyła interesy jej klienta, zwłaszcza gdy główni partnerzy firmy sterują tak tajną jak jawną amerykańską polityką zagraniczną. Dwaj bracia oraz ich krewni zainwestowali w United Fruit Company,

więc wykorzystali CIA, MSZ i media do ochrony prywatnych interesów. Niezwykła naiwność Amerykanów, skorumpowane media i niekompetentny, zindoktrynowany kongres, umożliwiły braciom Dullesom sukces przy obaleniu demokracji.

 Pamiętajcie, że do wykorzystania amerykańskiego rządu w celach prywatnych doszło 60 lat temu, na długo przed skorumpowanymi rządami Clintona, George W. Bushe i Obamy. I nie ma wątpliwości, że tak jest i teraz.

 Kolejną planową ofiarą braci Dulles był Ho Chi Minh. Ho, nacjonalistyczny przywódca Wietnamu, poprosił Amerykanów o pomoc przy oswobodzeniu kraju spod francuskiej władzy kolonialnej. Ale John Foster Dulles, obłudny antykomunista, błędnie uznał Ho za komunistyczne zagrożenie, który chce spowodować efekt domina zachodnim niewiniątkom.

Nacjonalizm i antykolonializm, głosił Foster, są tylko zasłoną dla komunizmu.

 Paul Kattenburg, oficer kontaktowy MSZ do Wietnamu proponował, żeby zamiast wojny USA dały 500 mln $ na rekonstrukcję jako pomoc w odbudowie kraju po rządach francuskich, co by uczyniło Ho niezależnym, zwłaszcza od rosyjskiej i chińskiej pomocy, a tym samym od ich wpływów. Ho prosił o to Waszyngton kilkakrotnie, ale diabelski upór braci Dullesów przeszkodziła jakiejkolwiek rozumnej reakcji. Zamiast tego wokół „komunistycznego zagrożenia” wybuchła histeria i Dullesowie doprowadzili Stany do długiej, kosztownej katastrofy zwanej wojną wietnamską. Później Kattenburg napisał, że dla USA było samobójczym „wydłubanie oczu i wycięcie uszu, wykastrowanie swojej analitycznej zdolności oraz odcięcie się od prawdy z powodu ślepej stronniczości”. Niestety, dla Amerykanów i świata, ta wykastrowana analityczna zdolność jest najsilniejszą stroną Waszyngtonu.

Kolejnymi celami braci Dullesów stali się: prezydent Indonezji – Sukarno, premier Lumumba z Konga i Fidel Castro na Kubie. Spisek przeciwko Castro zakończył się takim fiaskiem, że kosztowało Allena Dullese stanowisko. Prezydent Kennedy stracił zaufanie do agencji i powiedział do swojego brata Boba, że po jego ponownym wyborze rozbije CIA na tysiąc kawałków. Gdy Kennedy wyrzucił Allena Dullesa, CIA zrozumiała zagrożenie i uderzyła pierwsza.

Warren Nutter, mój promotor przy dysertacji doktoranckiej, później zastępca ministra obrony d/s bezpieczeństwa międzynarodowego, uczył studentów, że aby amerykański rząd utrzymał wiarygodność, co jest wymagane w demokracji, jego polityka musi wynikać z naszych principiów i musi być otwarcie wyjaśniana. Ukryte akcje, jak te braci Dullesów, Clintona, Busha i Obamy, muszą polegać na tajności i manipulacji, co budzi u ludzi nieufność. Na razie Amerykanie mają zbyt wyprane mózgi aby to zrozumieć, tak samo jak wielu innych za granicą.

 Ukryte operacje amerykańskiej władzy kosztowały Amerykanów i wielu innych ludzi na świecie nieprawdopodobnie dużo. W przypadku braci Dullesów swym działaniem i antykomunistyczną histerią, doprowadziły do zimnej wojny, a także do kosztownej i zbytecznej wojny w Wietnamie i na Środkowym Wschodzie. Tajne operacje CIA i armii zmierzające do obalenia reżimu na Kubie zablokował prezydent J. F. Kennedy, co doprowadziło do jego zabójstwa, a który być może, mimo swoich błędów, zakończył zimną wojnę 20 lat wcześniej niż zrobił to Ronald Reagan

Tajne akcje trwały tak długo, że sami Amerykanie są dziś zepsuci. Jak to się mówi – „ryba psuje się od głowy”. A smród gnicia Waszyngtonu przenika cały świat.

 

Całość na: Washington’s Secret Agendas na Strategic Culture Foundation.



poniedziałek, 13 października 2014
FSB o ISIL

FSB: Państwo islamskie jest projektem tajnej grupy doradców Obamy

 Szef FSB Aleksander Bortnikow ujawni w wywiadzie dla radia Echo Moskwy informację, że za powstaniem ISIL i dalej Państwa Islamskiego stoi najwęższy krąg doradców ds. bezpieczeństwa Baracka Obamy, tzw. grupa „Magnum 12″, - dwunastu najważniejszych doradców, rządząca oficjalnie i nieoficjalnie (black ops) operacjami amerykańskich tajnych służb na świecie. Wyjaśnił też kulisy wydarzeń w Iraku i Syrii w ostatnich tygodniach.

Według Bartnikowa o istotnych operacjach decyduje Kolegium pełnomocników w sprawach bezpieczeństwa narodowego. To już nie są doradcy. Członkowie „Magnum 12” nie są wybierani ani nawet mianowani przez prezydenta, lecz są delegowani po połowie przez Pentagon i CIA. Ponadto jest jeden sekretarz, nie będący stałym członkiem, mający za zadanie łączność z sekretariatem prezydenta.

 Nie jest to więc grupa do reprezentacji, lecz ściśle wykonawcza i to dosłownie. Decyduje o wszystkich nielegalnych i tajnych operacjach w obszarze zainteresowania „bezpieczeństwa narodowego”. Decyduje o zabójstwach i zamachach na niewygodnych polityków na świecie, o ich kompromitacji przez ujawnianie odpowiednich materiałów w mediach, koordynuje zamieszki w obcych krajach, organizuje przewroty polityczne ale przede wszystkim koordynuje działania specjalnie powołanych organizacji terrorystycznych, jak np. Al Kaida powołana w latach 80.tych przez CIA w Afganistanie do walki z sowietami. Wtedy nie była organizacją terrorystyczną lecz „ruchem ludowego oporu”, a to że taką się stała należy upatrywać w amerykańskim talencie do zmieniania swoich sojuszników na wrogów. Być może powodem było to, że Amerykanie obiecywali utworzenie w Afganistanie państwa islamskiego z prawem szariatu i jego uznanie przez społeczność międzynarodową.

Po wyjściu Sowietów, CIA obietnicy nie dotrzymała. Żaden polityk amerykański z izraelskiego lobby nawet nie śniłby o utworzeniu kolejnego, obok Iranu, islamskiego państwa. I nie zrobiono nic. W Afganistanie nastała bieda i klęska głodu. Zamiast pomocy humanitarnej Amerykanie zastosowali sankcje anty-opiumowe po tym, jak w wyniku przewrotu, władzę objęli Talibowie, wpisując Afganistan na listę państw popierających terroryzm. Oficjalnym powodem było unieumożliwienie przez Talibów demokratycznej transformacji. Tyle, że Al-Kaida gdy była popierana przez CIA za ideały demokracji nie walczyła.

 Wg Bortnikowa Amerykanie raz jeszcze zrobili ten sam trick z „powstańcami”z Free Syrian Army przeciwko reżimowi Baszara Assada w Syrii obiecując państwo islamskie. FSB ma dowody, że decyzja nie wyszła z CIA ale z grupy Magnum 12, a więc z otoczenia Obamy choć bez jego wiedzy. FSB niepokoi fakt utraty przez Obemę kontroli nad swoimi ludźmi w Białym Domu, a także i to, że przynajmniej od końca 2013 r. część polityki zagranicznej toczy się bez wiedzy i zgody prezydenta, a często wbrew jego woli. Może to doprowadzić do wojny światowej.

 „Dzięki polityce prezydenta Putina udało się powstrzymać USA w bezpośredniej interwencji wojskowej w Syrii, która prawdopodobnie doprowadziła do ustąpienia rządu Assada i zainstalowaniu w jego miejsce pro-amerykańskiej i pseudodemokratycznej władzy w Syrii/.../

Powstanie Państwa Islamskiego w części Iraku i Syrii jest efektem fałszywych i nigdy ni spełnionych obietnic, które złożyli Amerykanie w ostatnich 3 dekadach. Obietnic powstania islamskiego państwa w Afganistanie, czego nie spełnili, tak jak tego samego w Syrii. A zatem wojujący islamiści wzięli to, co im obiecywano. To, że Państwo Islamskie powstało w tym miejscu nie wynika z długofalowego planu, ale dlatego, że tu był najmniejszy opór/.../ Jeżeli pamiętacie, wcześniej państwo islamskie miało powstać u nas, w Czeczenii/.../” - powiedział Bortnikow.

„Państwo Islamskie dysponuje amerykańską techniką obronną przejętą od armii irackiej. Kilkakrotnie zwracaliśmy uwagę naszym amerykańskim partnerom, że ich sposób wychodzenia z krajów, w których walczyli, powoduje wielkie ryzyko. Wyjaśniam słuchaczom dokładnie: Amerykanie opuszczając jakieś terytorium walki, pozostawiają tam większość swojej bojowej techniki. Nie robią tego z pobudek dobroczynnych, ale z powodu wysokich kosztów transportu do USA i braku korzyści jak na początku wojny. Oficjalna deklaracja to dar dla nowej demokratycznej władzy.

W Iraku pozostawili 400 czołgów Abrams i 2000 opancerzonych wozów bojowych, a z naszych informacji wynika, że Państwo Islamskie dysponuje co najmniej trzecią częścią tego sprzętu/.../”

Bortnikow powołuje się na informacje, wg których Biały Dom zakłada możliwość pozostawienia islamistom Iraku licząc, że da się użyć do destabilizacji Iranu. Poświęcenie Iraku byłoby katastrofą dla regionu i początkiem nowych wojen.

Dla nas bardziej interesująca jest odpowiedź na pytanie: jaki w tym interes mają USA a także Izrael, bez uwzględnienia interesów którego polityka zagraniczna na Bliskim Wschodzie nie istnieje.

 

Tekst ukazał się 22 września 2014 na AE News



poniedziałek, 06 października 2014
Niedawna umowa gazowa: kolejny gwóźdź do ukraińskiej trumny

Fakty o umowie z 25 września

 Elliott Auckland

 Dług, który istnieje

Ukraina okazjonalnie zapłaci 2 mld dolarów istniejącego długu wobec Rosji. Przed końcem roku ma zapłacić kolejne 1,1 mld $. To mniej niż to, co Rosja wcześniej żądała, tj. aby Ukraina zapłaciła 5 mld $, i nie wiadomo co Rosja zamierza z brakującym 1,9 mld $ zrobić.

Dostawy gazu ziemnego

 

Rosja zgodziła się sprzedać Ukrainie gaz po 385 $ za 1000 kubików jak tylko zostanie zapłacona pierwsza transza spłaty 2 miliardowego długu. Cena ta uznawana jest za niską, gdyż jest o 100 $ niższa od tej, jaka będzie obowiązywać za pół roku, czyli 485 $ za 1000 kubików od marca 2015.

 Ugoda rządów

 Obydwie strony muszą teraz ugodę ratyfikować zgodnie z procedurami.

Analiza:

Spłata długu oznaczać będzie duży problem z walutą, gdyż dolary trzeba będzie zakupić na rynku. Najprawdopodobniej kredytu udzieli MFW, rzecz jednak w tym, że już teraz większość pożyczki użyto do opłaty za gaz, a zatem wielkość kredytu jest nieadekwatna do potrzeb. A zatem MFW musi znacznie zwiększyć limit kredytu o ile myśli poważnie pomagać Ukrainie.

 Umowa sprzedaży gazu za 385 $ oddala kryzys do wiosny, co umożliwi Ukrainie przeżycie zimy. W zamian Rosja dostanie od Ukrainy pieniądze za wcześniejsze zobowiązania. Tyle, że Ukraina nie ma pieniędzy aby zapłacić za stary dług , nie mówiąc już o nowych dostawach.

 Ratyfikacja w Rosji nie będzie problemem, ale na Ukrainie już tak. Umowę mogą zablokować Rada oraz ekstremalne partie rywalizujące o głosy przed nadchodzącymi wyborami. Marna pomoc MFW i problemy legislacyjne sprawią, że obniżka ceny gazu nie wejdzie w życie, a wyższa cena będzie poza zasięgiem możliwości Ukrainy.

 Państwo to ponownie musi wybierać między Europą a Rosją. Jeśli wybierze drogę europejską, Rosja cenę gazu podniesie do maksimum i ostatecznie USA i MFW muszą się do tego odnieść. Jeśli Zachód poważnie myśli o pomocy dla Ukrainy, pomoc finansowa zamiast symbolicznej musi być rzeczywista, a więc wielokrotnie wyższa.

 Najpilniejszym gospodarczym problemem Ukrainy jest bilans płatniczy. Ukraina musi sprzedawać towary aby mogła importować energię. Tradycyjnie eksportowała do Rosji, ale jeśli pójdzie drogą europeizacji eksport do Rosji spadnie. Prócz tego wymusi reformy gospodarcze tak, aby można eksportować do Europy, co zajmie jakieś 5 lat.

Do tego czasu MFW musi dać Ukrainie pieniądze jako prezenty a nie kredyt, aby ta mogła finansować restrukturyzowaną gospodarkę.

 Gdyby Ukraina nie była bankrutem, nie byłby to aż taki problem. Poza tym, pieniądze otrzymywane za darmo będą rozkradzione, jak to było do tej pory.

 Zachód musi zrozumieć, że najpierw trzeba dać kwotę bliską 100 miliardom aby uratować Ukrainę przed zatonięciem, a po drugie, darmowe pieniądze zostaną rozkradzione, a MFW będzie musiał pomoc wstrzymać. Ale gdy zakręci kurek, Ukraina z powrotem wpadnie w ramiona Rosji i unii celnej ale bynajmniej ni EU. Oczywiście, o ile do tego czasu na Ukrainie nie zostanie obalona obecna władza a kraj nie wybierze opcji rosyjskiej z powodów czysto ekonomicznych.

 Pogląd, że ukraiński rząd może obecny stan przeżyć, jest utopią.

Yesterday's Gas Deal: Another Nail in Ukraine's Coffin vyšel 27. září 2014 na russia-insider.com

Tłum MM



środa, 01 października 2014
Dewizowe swapy we współczesnym świecie; powstanie globalnego dewizowego kartelu II

Walentin Katasonow

 Poprzednie rozdanie

 Od 2011 r. nieograniczone swapy pomiędzy centralnymi bankami zawierane były na 7 dni. Jesienią tego roku amerykańska FED, ECB oraz centralne banki Japonii, Anglii, Szwajcarii i Kanady, tzw. „szóstka”, dogadały się co do koordynacji działań zabezpieczających płynność światowego systemu finansowego. Z informacji na internetowych stronach banków wynika, że ich założeniem było „osłabienie napięć na rynkach finansowych oraz ograniczenie negatywnych skutków owych napięć przy udzielaniu kredytów indywidualnych i firmowych, w celu stymulacji aktywności gospodarczej”. W porozumieniu tym podkreślono, że w światowym systemie finansowym pojawiły się kolejne „fale” kryzysu.

Instytucje finansowe wymienionych państw ustaliły: a) obniżone zostaną koszty dolara w ramach swapów (rachunek nawiązuje do indeksów swapów w amerykańskim systemie bankowym); b) okres swapów zwiększy się do 3 miesięcy; c) nie będzie żadnych limitów w przepływie dolara, wielkość swapów będzie określona potrzebami systemów bankowych określonych państw; d) w przypadku konieczności FED także zastrzega sobie prawo żądania obcej waluty partnerskiego banku centralnego; e) umowa obowiązuje od 5 grudnia 2011 do 1 lutego 2013.

 W grudniu 2011 FED wspomógł operację ECB pod kryptonimem LTRO-1 (long-term refinancing operation 1), w której chodziło o emisję ponad 500 mld euro. Część tej kwoty wymieniona miała być na walutę amerykańską w ramach 3-miesięcznego swapu w wysokości 100 mld dolarów. Część analityków widzi w tym pierwsze skoordynowane działania FED i ECB. Ściągnięcie z rynku tak wielkiej ilości euro zapobiegło naruszeniu kruchego status quo euroatlantyckiego świata. Bez tej swapowej operacji kurs euro mocno by spadł, co dla Brukseli i Waszyngtonu wywołałoby niepożądane napięcia finansowo-gospodarcze i polityczne.

Jak wiadomo, od 2010 r. finansowe organy USA realizują program „ilościowego uwolnienia”, co w praktyce oznacza zwiększenie dolarowych zasobów. Jakkolwiek by to działania centralnych banków tychże krajów nie nazwały, wszystko to prowadzi do zwiększenia emisji pieniądza. A najważniejsze, czy te działania były koordynowane. Po kryzysie 2007-2009 na Zachodzie zaczęły powstawać takie mechanizmy. Ważnym elementem tego mechanizmu są dewizowe swapy. Z ich pomocą można skutecznie wyrównywać różne nierówności i nie dopuścić, aby państwa „złotych miliardów” zeszły na poziom „walutowej wojny” prowadzonej między sobą.

 Umowa z 2011 r. o dewizowych swapach obowiązywać miała do 1 lutego 2013 r., ale jeszcze przed tą datą, w grudniu 2012, banki centralne przedłużyły ją o rok. W tym też okresie „szóstka” skróciła się do „piątki”, bo z układu odeszła Japonia.

 Walutowy pool* „szóstki” jako krok od cało światowej waluty

 Banki centralne „szóstki” (ostatecznie Japonia do klubu wróciła) uzgodniły zmianę warunków mowy o swapach na czasowo nieograniczone. 31.10.2013 utworzyły międzynarodowy walutowy pool, umożliwiający operacyjne zwiększenie płynności uczestniczących w nim państw w przypadku pogorszenia się koniunktury rynkowej oraz innych istotnych zdarzeń na giełdach walutowych. W rezultacie, niewielka grupa centralnych banków wytworzyła mechanizm globalnego regulatora walutowego. Niektórzy widzą w tym powstanie światowego kartelu walutowego centralnych banków i krystalizację kierowniczego ośrodka międzynarodowych finansów.

Wzmożona koordynacja centralnych banków jest już widoczna. Analitycy wskazują, że skurczył się

korytarz wymiany dewizowych kursów „szóstki” i dla spekulantów nastały ciężkie czasy. Samo pojęcie „zamienna waluta” będzie dość relatywne. „Szóstka” zaczęła występować wspólnie wobec państw nie należących do tego klubu „wybranych”. Sceptycy twierdzą, że w ramach „wielkiej dwudziestki” nie ma teraz zgody co do utworzenia jednego pieniądza.

Walutowe wojny nigdzie nie znikają, są przerwane tylko w ramach walutowego poolu „szóstki”, ale między nią a resztą świata nowe takie wojny są nieuniknione. Sukces BRICS i innych państw peryferyjnych światowego kapitalizmu przy budowaniu sprawiedliwego światowego ładu finansowego, w znacznej mierze zależeć będzie od zrozumienia tego, że Zachód już się skonsolidował i zdystansował od reszty świata. „Szóstka” jest zamkniętym klubem, do którego nikogo już się nie przyjmuje, o co np. zabiega Australia.

Wszystko wskazuje, że waluty wychodzące spod pras drukarskich FED-u, ECB i innych centralnych banków „szóstki”, nie są już różnymi walutami ale jedną. Przecież dopóki między amerykańskim i kanadyjskim dolarem, funtem, jenem, frankiem szwajcarskim i euro istnieje stały kurs wymiany, nie mamy więc do czynienia z różnymi walutami ale różnymi modyfikacjami jednej światowej.

 Ten mechanizm przypomina trochę system Bretton-Woods, w którym były także ustalone dewizowe kursy, a za światowy pieniądz uznane były: dolar i złoto. Jednakże podobieństwo jest tylko powierzchowne. W 1944 r. o przyjęciu zasad nowego światowego systemy walutowego decydowały państwa delegujące na konferencję swoich przedstawicieli. Przy wszystkich osobliwościach

systemu Bretton-Woods, jego członkiem mogło zostać każde państwo, z wyjątkiem Niemiec i ich sojuszników w II wojnie światowej. Początkowo dokumenty konferencji podpisało 44 państw, ale po dwudziestu latach było ich już ponad 100 . Obecna „szóstka” jest klubem zamkniętym. W porównaniu z nią Bank Rozliczeń Międzynarodowych (BIS), zwany „centralnym bankiem centralnych banków” wypada jako organizacja demokratyczna.

Obecnie walutowa „szóstka” jest w innej sytuacji. Plany utworzenia światowego pieniądza opracowują banki centralne, mający w państwie status niezależny. Decyzja o permanentnych dewizowych swapach między „wybranymi” centralnymi bankami nie jest przedstawiana do zatwierdzenia ani rządom ani parlamentom tych krajów, podczas gdy dokumenty z konferencji w Bretton-Woods, przeszły procedurę ratyfikacyjną.

Ale nawet gdy przynajmniej formalnie wszystkie centralne banki „szóstki” są równe, to przecież są „równiejsze”. Równiejszym jest FED, bo wszystkie swapowe operacje, od 2008 r. sprowadzały się do tego, że FED zaopatrywał w „zielone papierki” swoich partnerów. Wątpić należy, że skład „szóstki” będzie się rozszerzał. Przeciwnie, z czasem niektórzy z jej członków mogą tę współpracę uznać za zbyteczne obciążenie.

Niektórzy eksperci skłonni są dramatyzować i widzieć powstającą sytuację w świecie finansów jako znak początki „końca czasów”. Rzeczywiście, widać znaki demontażu państw narodowych, powstawania ponadnarodowych instytucji, wzmacnianie siły światowych bankierów. Jednak nie trzeba myśleć, że owa „szóstka” jest zabezpieczona przed wewnętrznymi sporami i że jest scaloną całością. Przypomnieć można, że np. jesienią 1961 r. FED oraz centralne banki 7 najważniejszych państw Zachodu, utworzyły tzw. „złoty pool” (rozpadł się w marcu 1968 r.) aby poprzez wspólne interwencje ratować stabilizację ceny złota. Obecny, walutowy pool „szóstki” także może się rozpaść. Zależeć to będzie od tego, czy peryferyjne kraje światowego kapitalizmu skonsolidują swoją finansowo-walutową politykę.

 

Валютные свопы в современном мире. Рождение глобального валютного картеля (II) ukazał się 19 września 2014 na Fondsk.ru.

 

*ang. pool oznacza rodzaj gry, pulę, zmowę, syndykat i kartel



poniedziałek, 29 września 2014
Wasiak i inni

W książce „Kto się boi angielskiego listonosza” Krzysztof Osiejuk, znany także jako bloger Toyah sporo miejsca poświęca problemowi: dlaczego, mimo wielu lat nauki, tak niewielu poznaje język angielski? Osiejuk, anglista z doświadczeniem szkolnym, jako główną przyczynę podaje tę, że programy nauczania angielskiego w szkołach (ale nie tylko) wyznaczane są przez wydawnictwa, których głównym celem (poza zarabianiem pieniędzy) jest permanentna nauka, nauka bez końca. To tak, jak ze współczesną medycyną: koncerny farmaceutyczne zainteresowane są permanentnym leczeniem, ale nie wyleczeniem w sensie zdrowotności, bo zdrowy nie jest ich klientem. Ale wróćmy do szkoły.

Dopiero co miałem okazję zapoznać się z podręcznikiem i ćwiczeniami z historii do klasy VI. Zakres tematyczny: od Insurekcji Kościuszkowskiej przez Rewolucję Francuską do Powstania Styczniowego. Opracowanie banalne, powierzchowne, powtarzające propagandowe, bezsensowne kalki, jak ta o roli ludu w ruchach rewolucyjnych, co nijak się ma do logiki. O roli bankierstwa, a ściślej o pieniądzach, bez których do żadnego wybuchu dojść nie może – ani słowa. Prócz tego, tak jak w przypadku angielskiego, podpisywanie rysunków, jakieś tabelki, krzyżówki, ale zero syntezy. Owszem, na potrzeby szkoły, aby zadowolić nauczyciela i dostać jakiś stopień to wystarczy, ale żeby zrozumieć mechanizmy rządzące tym światem. Bo kto zna historię, panuje nad teraźniejszością, a kto panuje nad współczesnością, ma klucz do przyszłości.

Gdzieś tak w latach 80.tych popularne były dowcipy o niejakim Wasiaku. Przykładowo: Plac św. Piotra. Na balkonie ukazuje się papież i Wasiak. Stojący wśród tłumu japoński turysta szturcha stojącego obok i pyta: co to za facet stoi obok Wasiaka?

Dowcip może niewyszukany, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że wtedy po raz pierwszy spotkałem się z tym nazwiskiem. Po raz drugi, też jakiś czas temu, gdy szczecinianka Lidia Wasiak została pierwszą po wojnie Miss Polonią, a po raz trzeci teraz, gdy inna Wasiak, Maria, wiceprezeska PKP za to, że zgodziła się zostać ministerką od czegoś tam, dostała ok. pół miliona złotych. Ta ostatnia ani nie była sławna, ani nie stała przy papieżu, nawet nie jest ładna, ale przecież jakieś argumenty miała, jakichś promotorów, którzy najpierw wystrugali ją na kolejową wiceprezeskę a następnie na ministerkę. Argumentu o kompetencji nawet nie rozpatruję. Argument, że jest jakąś kolesiówą Ewy Kopacz odrzucam także, bo po primo – E.K. kolesiów/ek ma multum a przecież nie wszyscy mają takiego farta, a po secundo – takich decyzji nowa premierzyca nie podejmuje samodzielnie, bo samodzielną nie jest nawet w stopniu minimalnym. Krótko mówiąc: nasza scena polityczna to taki teatr kukiełkowy z mapetami, których jedni pociągają za sznurki a inni podkładają głos. W tym samym czasie niejaki Igor Ostałowicz dostał fuchę w Orlenie, bo był podobno kumplem Donalda „prezydenta Europy” .

Tak to wygląda od strony medialnej, a dodam, że krytyczne były zarówno media niezależne, te od Adama Michnika, jak i media niepokorne od Adama Lipińskiego, co wskazuje, że cala sprawa była napisana, wyreżyserowana i odegrana. Był nawet happy end: oboje zrzekli się odpowiednio: Ostałowicz – stanowiska, Wasiak – pieniędzy (tych pół miliona i tych 40 tys./ mies. zamienionych na 12 tys./mies.).

Rzecz cała jest mniej wiarygodna niż jakaś opera mydlana. Ludzie tego pokroju, jeżeli już coś dostaną, to – o ile będzi9e to w ich możliwościach - nie oddadzą za nic w świecie. Nie ma przypadków, są znaki. A znaki mona łatwo odczytać, jeśli si trochę zna historię i mechanizmy

Teatrzyk miał zapewne kilka celów wizażowych: uwiarygodnienia nowej premier i stworzenia jej obrazu „iron lady”, pokazanie, że PO weszła na nową, uczciwą drogę w ramach nowego otwarcia, a także przykrycia innych, ważniejszych wydarzeń jakich publika nie powinna widzieć. I to, o ile wierzyć, że w sondażach Platformie rośnie, udaje się w pełni.

Ale to tylko jeden i wcale nie najważniejszy aspekt sprawy. Nawet nie ten finansowy, na którym wydawnictwa zarabiają, choć i to ważne. Bo tego, czego nam najbardziej brakuje to świadomości, o co toczy się gra. Pieniądze dla wydawnictw to taka smycz samodyscyplinująca. One po prostu muszą robić to, co im każą, bo inaczej zwyczajnie wylecą z „rynku”, nie dostaną możliwości wejścia w oświatowy biznes, a bez tego nie mogą istnieć. Tu chodzi o to, aby kształcić ludzi, nie zdolnych do syntezy, zrozumienia prostych relacji przyczynowo-skutkowych w historii. A jeżeli niektórzy zrozumieją, to lepiej, żeby nie mogli porozumieć się z takimi samymi w innych krajach. I dzięki temu, promotorzy NWO mogą spać spokojnie.

 



wtorek, 23 września 2014
Dewizowe swapy we współczesnym świecie; powstanie dewizowego kartelu (I)



Walentin Katasonow

Sprawa dewizowych swapów (umowa o wymianie walut) jest jednym z głównych w mediach. Prawie co miesiąc dowiadujemy się u zawarciu umowy o dewizowym swapie.  Takich umów jest na świecie wiele dziesiątek.

Ale co to jest swap?

Walutowy swap to nie zwykła umowa o zakupie i sprzedaży walut. Najpierw walutę X wymienia się na walutę Y; po określonym czasie dojdzie do operacji odwrotnej: Y na X. Ważnymi warunkami swapu są początkowy i końcowy kurs i koszty oprocentowania dla danej waluty w określonym czasie. Podstawową częścią wszystkich swapów jest udział centralnych banków. Swapy mogą być wewnętrzne i zewnętrzne. W przypadku tych pierwszych bank centralny umawia się z bankami komercyjnymi w danym kraju, w tych drugich umowa zawierana jest między bankami centralnymi tych krajów. Swapy mogą być jednorazowe lub w ramach swoistej linii.
W tym przypadku chodzi o umowę między bankami centralnymi kilku państw o wzajemnej wymianie walut po określonym kursie. Zawierają zwykle klauzule o możliwości przedłużenia swapów, limitów operacji i terminu ważności umowy. W ramach swapowej linii wymiana waluty może dotyczyć określonego czasu, od kilku dni do roku.

Swapy mają 2 cele: 1/ udzielenia wzajemnej pomocy w przypadku niedostatku obcej waluty na pokrycie zobowiązań bankowych przedsiębiorstw i państw denominowanych w tejże walucie; 2/ udzielenia pomocy w rozwoju handlu towarami w walutach stron umowy.

Świat walut: od porządku do chaosu

Analizę zaczniemy od swapów grupy wybranych państw należących do tzw. złotych miliardów. O tych swapach mówi i pisze się mało, a jeżeli już to wzmiankuje się tylko jako o rutynowych i technicznych operacjach centralnych banków. Ale diabeł kryje się w szczegółach; wpływ kilku „wybranych” centralnych banków na całość sytuacji w gospodarce światowej i światowych finansach jest nieproporcjonalnie duży. Aby to zrozumieć pokrótce opiszemy do jakich zmian doszło w światowym systemie walutowo-finansowym w XX wieku. W październiku 1929 r. panika na nowojorskiej giełdzie dała początek wielkiemu kryzysowi, który zdezorganizował przemysł i rolnictwo w większości państw świata (z wyjątkiem ZSRR). Zmienił się też dotychczasowy porządek światowego systemy finansowego, który z trudem odnawiał się na podstawie standardu złota po I wojnie światowej. Świat znalazł się w spirali światowego chaosu walutowego, gospodarczej autarkii, finansowej izolacji i bloków walutowych.

W 1944 r. na międzynarodowej konferencji walutowo-finansowej w miejscowości  Bretton-Woods uzgodniono powstanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale najuważniejszym celem było wytworzenie mechanizmu dewizowych interwencji i pomocy walutowej. Jako wyjątki były przyznawane  rewaluacje i dewaluacje walut z jednorazową zmianą parytetów w złocie. Światowy ład walutowo-finansowy oparty był na regulacjach krajowych i zagranicznych środkach pieniężnych.

Porządek ten utrzymał się niecałe 30 lat i skończył się rozpadem systemu  Bretton-Woods. Zastąpił go jamajski system walutowy, legalizujący płynność kursów, znosząc parytet złota i wprowadzając całkowitą liberalizację. Nowa ideologia oparta została na dogmacie samoregulacji rynku łącznie z kursami walut, które w wyniku tego osiągną „idealną równowagę”.

Jednak w realnym życiu na dewizowych rynkach dominował subiektywny czynnik, który zrodził  spekulantów finansowych. Manipulowali oni kursami walut, wpływając na międzynarodowy handel i narodowe gospodarki.  Nie oszczędzili nikogo. Ich łupem padały nie tylko rozwijające się kraje, ale i dojrzałe kraje „złotych miliardów”. Wystarczy przypomnieć, jak spekulant George Soros w 1992 r. „ustrzelił” brytyjskiego funta.

Do wspomnianych czynników należały gry polityków, którzy forsowali interesy własnych krajów na światowej scenie finansów. Nie można nie wspomnieć o umowie z  „Plaza“ z r. 1985 (nazwa hotelu w Nowym Jorku) gdzie spotkali się ministrowie finansów i przedstawiciele banków centralnych z 5 krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Japonii, Niemiec i Francji. Uzgodniono podniesienie kursów ich walut w stosunku do dolara. W wyniku tego, Wujek  Sam mógł wyrównać swój bilans płatniczy na 46% w stosunku do marki niemieckiej i 50% do japońskiego jena. Najbardziej ucierpiał kraj wschodzącego słońca. Panuje powszechne przekonanie, że po umowie z Plaza, Japonia już się nie podniosła i co było początkiem jej końca.

Wielu uważnych analityków twierdzi, że umowa z Plaza była ważnym  punktem zwrotnym rozwoju światowego systemu finansowego. Spotkanie to położyło fundament do utworzenia mechanizmu koordynacji działań „wybranych” centralnych banków w zakresie regulacji dewizowych rynków. Większość mediów nadal propaguje wtłaczając do głów teorie gospodarczego liberalizmu, mimo iż w świecie finansów liberalizm dawno umarł; od bez mała trzydziestu lat wymiana wolnego rynku jest „ręcznie sterowana ”, a ster jest w rękach „wybranych” banków centralnych.

Dewizowe swapy jako narzędzie ręcznego sterowania banków centralnych

Oczywiście, dewizowe swapy nie zrodziły się dziś – istniały od dawna, nawet w erze systemu Bretton-Woods. Centrum międzynarodowego systemu walutowego były rezerwy federalne (FED),  których początki sięgają 1962 r., tyle że  w tamtym czasie była to tylko dość egzotyczna „operacja techniczna”.

Jednakże podczas ostatniego kryzysu finansowego wielkość dewizowych swapów gwałtownie wzrosła. Ich rola przy pokonywaniu kryzysu nie była duża i dlatego mówi się o nich rzadko i mało. FED i ECB dogadały się w grudniu 2007 r. co do pierwszej swapowej linii dolar-euro, aby dolarowe płatności do europejskich banków dokonywane były w papierach wartościowych opartych na nieruchomościach. Po krachu banku inwestycyjnego Lehman Brothers w 2008 r. finansowy kryzys dotkną i europejską gospodarkę. Na koniec czerwca 2011 zagraniczni partnerzy, (przede wszystkim  ECB i Bank of England) dostali od FED-u 600 mld $. W maju 2010 r. ECB  użył walutowego swapu w związku z kryzysem w Grecji. W tym czasie ECB pożyczył od FED ok. 9,2 mld. $.

c.d.n.

Tekst ukazał się ukazał się 16.09. 2014 na Fondsk.ru


Tłumaczenie moje

czwartek, 18 września 2014
Celem sankcji jest rozbić związki między Europą a Rosją

Paul Craig Roberts

 

Nowe sankcje nałożone przez USA i UE na Rosję wydają się nie mieć sensu. Co innego gdyby rosyjski przemysł naftowy i zbrojeniowy zależał jakoś od rynków europejskich. Rosyjskie spółki zdolne są funkcjonować na kredytach od rosyjskich banków, a w razie czego mogą pożyczać w Chinach. Sankcje mogą co najwyżej zmusić Rosję do takich działań, które uniezależniłyby ją od Zachodu pod każdym względem.

 

Pozostaje pytanie o rzeczywisty cel sankcji. Zdaniem Robertsa chodzi o podkopanie i zerwanie gospodarczych i politycznych związków z Europy z Rosją, co w rezultacie doprowadzić może do wojny. Waszyngton będzie naciskał na nakładanie kolejnych sankcji na Rosję aż Europa zrozumie, że posłuch wobec Waszyngtonu bardzo wiele kosztuje.

 

Zniesienie sankcji jest zejściem z drogi prowadzącej do wojny. W odpowiedzi na sankcje Rosja może powiedzieć Europie, że jeżeli nie podobają się jej ich spółki naftowe i gazowe, to nie podoba się i gaz więc kurek zakręcamy. Rosja może także powiedzieć, że nie sprzedaje gazu państwom NATO, lub że będzie sprzedawać gaz ale Europa musi płacić w rublach, a nie w dolarach. To by doprowadziło do giełdowego wzrostu kursu rubla.

 

Rzeczywiste niebezpieczeństwo dla Rosji leży w jej spokojnym i umiarkowanym reagowaniu na sankcje. Taka reakcja prowadzi jedynie do dalszych sankcji. Aby tak się nie stało Rosja musi pokazać Europie, że sankcje uderzą mocniej w nią samą..

 Z kolei jako reakcję na sankcje Waszyngtonu, może Rosja zaprzestać sprzedaży silników rakietowych, od których zależy cały amerykański program kosmiczny. USA zostałyby bez rakiet dla swoich satelitów w okresie 2016-20122.

Rosyjski rząd obawia się straty zysków ze sprzedaży gazu i silników rakietowych. Ale Europa nie obejdzie się bez gazu i szybko by z sankcji spuściła, a więc żadnych strat z tego tytułu by nie było. Amerykanie z kolei mogliby produkować własne silniki rakietowe, a sprzedaż rosyjskich i tak może potrwać najwyżej 8 lat. Tyle tylko, że przez 6 lat świat odetchnąłby od amerykańskiego programu szpiegowskiego. Przeszkodziłoby to także amerykańskiej agresji wobec Rosji przynajmniej w tym okresie.

 

 

The Purpose of the Sanctions Is to Breakup Relations Between Europe and Russia ukazał się 3 września 2014 na Strategic Culture Foundation



piątek, 12 września 2014
Oświata w matriksie i mamonie

Szkolnictwo nowożytne to dzieło Kościoła. To przy zakonach powstawały szkoły, łacina była językiem powszechnym i co ciekawe i co dziś wielu nie mieści się w pale, można było się jej nauczyć. Nie tylko w odmianie deklinacji i koniugacji ale w używaniu czynnym i biernym. Poza tym w szkołach uczono rzeczy praktycznych i duchowych, jakichś zasad moralnych, z których przestrzeganiem w praktyce różnie bywało, ale przynajmniej wiadomo było co jest złe a co dobre. No i nauczyciel – miał szacunek i autorytet, nie wspominając już o takiej oczywistości jak kompetencja. Nikt niekompetentny nie mógłby być nauczycielem czy to w szkole o poziomie podstawowym, czy innym.

Weźmy takiego Mickiewicza. Chodził do 8-latki dominikańskiej od 9 roku życia, czyli, że początki edukacji zaczynał w domu i zaraz po podstawówce poszedł na 4-letnie studia. Łącznie w systemie edukacji formalnej spędził 12 lat! Mickiewicz znał łacinę, francuski, niemiecki, rosyjski, litewski, angielski i może coś jeszcze. W jednym z listów do niego Puszkin pyta, czy warto uczyć się łaciny? Mickiewicz odpowiada, że nie warto, bo już jest na to za stary (Puszkin nie miał wtedy 30-tki), ale niech się weźmie za angielski, to wystarczą mu na to 3 miesiące.

Tylko niech mi nikt nie mówi, że Mickiewicz to wyjątek, bo geniusz. Inni jego koledzy, ci z Filomatów i Filaretów, też nie wypadli spod ogona. Domeyko to geolog światowego formatu, założyciel uniwersytetu w Santiago, a jego nazwisko nosi planeta i pasmo górskie w Chile. Zan zajmował się meteorologią, Jeżowski – filologią klasyczną, Chodźko to orientalista, Czeczot to poeta piszący w mowie sławiano-krewickiej, uznawanej za proto-białoruski, Kowalewski – orientalista, badacz języka mongolskiego i lamaizmu, Odyniec tłumaczył z angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, a Wiernikowski został specjalistą od języków wschodnich. I powtarzam, nie byli to ludzie formatu powiatowego. Większość z nich i to rzuca się w oczy, pracowali językami obcymi jako narzęziem. Nawet Domeyko znał co najmniej hiszpański, skoro pracował i żył w Chile, a nawet ożenił się z Chilijką. To nie przypadek, to norma tamtych czasów. A wcale nie był to złoty wiek oświaty. W XIX w. oświata nabierała rozpędu staczając się po równi pochyłej, której początki sięgają reform Jana Amosa Komenskiego, tego heretyka, rewolucjonisty i szubrawca, który mieszkając w Lesznie na łaskawym chlebie Rafała Leszczyńskiego, spiskował ze Szwedami podczas tzw. potopu. Ale staczała się z na tyle dużej wysokości, że dopiero w ostatnich dziesięcioleciach osiągnęła dno i teraz porusza się po prostym siłą dawnego rozpędu.

Dziś mamy 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata szkoły średniej i 4 lata studiów, łącznie 16 lat i jeżeli nie są to studia językowe, to od absolwentów próżno oczekiwać znajomości języka obcego, polskiego zresztą często też. Dziś szkoła nie dość, że nie wychowuje to niczego nie uczy. Oceny uczniów nie wynikają z posiadanej wiedzy i umiejętności jej zastosowania, ale zależą od stopnia poruszania się po systemie; trzeba umieć odpowiadać, rozwiązywać testy – to umiejętność sama w sobie. Uczeń zdolny, ale nie znający tej sztuki może co najwyżej otrzymywać oceny „z górnej strefy stanów średnich”. Zresztą, co tu dużo mówić – uczniowie nieprzeciętni, stanowiący ekstremum z obu stron, nie są w przeciętnej szkole potrzebni. W przeciętnej szkole uczą (często co najwyżej) przeciętni nauczyciele, obecnie bardzo dobrze wynagradzani i posiadający przywileje nie przysługujące innym, dużo ciężej pracującym grupom zawodowym, a ich jedynym celem jest utrzymanie się na stanowisku czyli święty spokój. Jeżeli uda się utrzymać jako taki porządek w klasie i nie dać sobie założyć na głowę śmietnika, to już sukces. Nauczyciel, który chciałby coś w szkole zrobić, czegoś nauczyć, długo się nie utrzyma: zrobi sobie wrogów z uczniów, ich rodziców i innych nauczycieli, którym zakłóca spokój.

Dotyczy to szkół przeciętnych, nie tych specjalnych czy dla wybitnie zdolnych, bo tym ostatnim nauczyciele nie są w ogóle potrzebni. O szkołach prywatnych wyższych i niższych szkoda nawet mówić, bo najważniejsze jest terminowe płacenie czesnego.

Niestety, do tego poziomu dołączyły szkoły kościelne. W pewnym prestiżowym niegdyś liceum Sióstr Urszulanek zwolniono nauczycielkę łaciny bo za dużo wymagała i jedna z matek postawiła sprawę jasno: ona albo jej córka i utrata czesnego. Ale to nie wszystko. Ostatnio ogłoszono rekrutację na zaoczne studia teologiczne dla świeckich w Świdnicy. Zajęcia odbywać się mają tylko w soboty – 30 sobót rocznie, za 850 zł czesnego za semestr, czyli rocznie 1700 zł. Przeliczmy: zakładając, że nauka trwać będzie 10 godzin dziennie da to 300 godzin lekcyjnych w roku. Dużo to, czy mało? Porównajmy.

Normalne studia teologiczne dzienne (np. na KUL) trwają też 5 lat, zajęcia odbywają się 5 razy w tygodniu, licząc średnio 5 godzin dziennie bez lektoratów z: łaciny, greki + dwóch języków nowożytnych przez pierwsze 2 lata. Zajęcia więc to 25 godzin tygodniowo + 8 godzin językowych, czyli średnio licząc – 33 godziny tygodniowo, więcej niż w Świdnicy miesięcznie. A w tej ostatniej o żadnych językach dawnych czy nowych mowy nie ma. Studia dzienne to średnio licząc i zaniżając, to (bez lektoratów) 750 godzin rocznie. No i najważniejsze. Studia dzienne są za darmo, te w Świdnicy – nie.

Niestety, liczy się kasa i w to dał się Kościół wpuścić, zapominając, że „nie można dwom panom służyć: Bogu i mamonie”. Zwłaszcza bogini Mamonie.

Kościół dał się wpuścić w kanał wyprowadzając katechezę z przykościelnych salek, do szkół, gdzie była już tylko lekcja religii. To ogromna strata, której nie zrekompensują pieniądze uzyskane z budżetu. Zaprzedanie się Mamonie jest zawsze dwojakie: materialne i duchowe. Mamona nie zadowala się połowicznie, bo mamona to inna, materialna strona Szatana. Gdy kasa zawładnie człowiekiem to zaraz padają inne wartości: człowieczeństwo, więzy międzyludzkie, w końcu zatraca się własna świadomość i człowiek niczym zombi żyje w jakimś matriksie.

Mamonizm jest innym określeniem współczesnego, talmudycznego, judaizmu.

Izrael Schamir, izraelski pisarz i dziennikarz, konwertyta na chrześcijaństwo wybór obrządku ortodoksyjnego (prawosławia), tłumaczył, że Kościół Rzymskokatolicki jest zjudaizowany.

Dokumentalista Grzegorz Braun upatruje możliwość odrodzenia społecznego i narodowego w oparciu o tercet: Szkoła-Kościół-Strzelnica. Obawiam się jednak, że nie ma racji. Szkoła – to oświatowa fikcja, Kościół pogrążony jest w kryzysie, a do strzelnicy zwyczajnie, nie ma dostępu.

A na koniec najważniejsze pytanie o przyczynę. Ja myślę, że jest to zaplanowane odgórnie; chodzi o to, żeby z ludzi zrobić bezrozumne narzędzia, coś, co Rzymianie nazywali „mówiącym narzędzie”, którym można zarządzać. Bo tylko tacy w NWO będą potrzebni niewielkiej grupie wybranych. Aby to osiągnąć trzeba likwidować oświatę, tą prawdziwą, rzecz jasna, a w jej miejsce wprowadzić jakąś oświatę pozorną, a w rzeczywistości ogłupiającą fikcję. W innych dziedzinach zresztą też.



O autorze
Tagi