środa, 27 lipca 2016
Kto w demokracji odpowiada za długi?

Kilka lat temu zostałem członkiem komisji wyborczej w wyborach samorządowych w moim mieście i jak to zwykle bywa, ten obowiązek poprzedziło szkolenie. Ma to w zamierzeniu być zapoznanie z ustawą ordynacja wyborcza, co jest istotne dla tych, którzy pierwszy raz biorą w tejże imprezie udział, dla innych wieje nudą, ale obowiązek to obowiązek, tyle że w trakcie nudy wiele pomysłów przychodzi do głowy. Kiedy więc czas prelekcji minął i przyszła kolej na zadawanie pytań, zwróciłem się do obecnego na sali sędziego komisarza wyborczego z pytaniem, czy tajność wyborów jest prawem, czy obowiązkiem głosującego i co jeśli tenże np. idąc do urny nie zachowa tajności i pokaże wszem i wobec na kogo oddał głos? No właściwie to nic się nie stanie, nie można pociągnąć go do odpowiedzialności – powiedział sędzia komisarz. No dobrze, skoro tak – ciągnąłem dalej – to czy może on zażądać kserokopii karty do głosowania potwierdzonej przez komisję lub stwierdzającego zaświadczenia jak głosował? Oczywiście, że nie – zakrzyknęła jakaś paniusia siedząca obok sędziego, jak się okazało, przedstawiciel a wojewódzkiego komisarza wyborczego. - przecież to absurd, a właściwie po co? Po to – powiedziałem – że jak wybrani włodarze coś nawywijają, obywatel ten będzie miał podstawę odciąć się od skutków ich działań. Paniusia stwierdziła, że obywatele za rządzenie swoich wybrańców nie odpowiadają i tak, więc plotę bzdury i szkoda czasu, a poza tym na korytarzu czeka kolejna grupa do przeszkolenia.

W ten sposób zakończyła się dyskusja ale bynajmniej nie problem, albowiem pytanie, kto w demokracji odpowiada za złe decyzje władzy, jest nadal otwarte i niestety, aktualne.

Na skutek realizacji różnych fantasmagorii i ekstrawagancji przez władze mojego miasta (rodem z PO), jego zadłużenie przekroczyło 90% dochodów i stale rośnie, bo do opamiętania nie doszło. Pani premier mogłaby wprowadzić komisarza ale tego nie czyni. Opozycyjni radni z PiS tłumaczą to tym, że preferencje wyborcze w mieście i tak są po stronie PO, a może i Petru, a nie PiS, więc to na tą partię spadnie cale odium. Lepiej więc poczekać, aż wszystko się zawali na rządzącą PO z poplecznikami i dopiero wtedy zrobić porządek. Może to i prawda ale jeżeli tak, to nie cała. Jak donoszą media, na szczeblu wojewódzkim pomiędzy G. Schetyną a jego contras z PiS aż takiej niechęci, jak by się zdawało, nie ma, co więcej, są tam nawet pewne interesy do zrobienia kosztem Petru and his girls. Może i tak, bo trudno, żeby było inaczej, ale zostawmy to i wróćmy do tematu.

Podczas ostatniej sesji radni podjęli uchwałę o emisji obligacji gminnych pod zastaw kilkuset mieszkań i lokali użytkowych, komunalnych, rzecz jasna. Obligacji, bo ponoć banki nie chcą już udzielać kredytów tym bardziej, że już pod wcześniejsze zastawiono inne budynki i lokale. Krótko mówiąc, jakaś część mieszkań wraz została zastawiona; być może połowa a może i większość. Oczywiście mieszkania same w sobie mają wartość murów, chyba, że ktoś zechce je kupić z lokatorami w środku. W tym przypadku wartością są ludzie, bo to z nich będzie można ściągnąć długi poprzez czynsz rzecz jasna. Czynsz ten nowy właściciel będzie mógł podnieść dowolnie a opornych usunąć z kamienicy na ulicę.

To prawdopodobne, ponieważ większość dochodów gminy stanowią odpisy z podatków dochodowych, czyli z PIT-ów. To sytuacja normalna tyle, że specyfika miasta polega na tym, że ok. 70% pochodzi z emerytur i rent górniczych i francuskich, a jest to grupa społeczna wymierająca. Co prawda, jest jeszcze specjalna strefa ekonomiczna, ale zarobki są tam tak niskie, że żadnych poważnych wpływów podatkowych nie ma i nie będzie.

A zatem, odpowiadając na postawione w tytule pytanie, za długi odpowiada rządzący, a ponieważ w demokracji suwerenem jest demos, on to zapłaci za długi zaciągnięte przez swoich przedstawicieli. To zdaje się jest dopiero początek, na razie w niewielkiej skali ale o ile eksperyment się powiedzie, będzie można proceder rozciągnąć n cały kraj i na nieruchomości prywatne, np. nakładając na te ostatnie jakiś spec-kataster. I niech nikogo nie zmyli brak podstaw prawnych. Te można w każdej chwili uchwalić.

 



piątek, 16 stycznia 2015
Test na kopalniach wałbrzyskich

Właśnie podano informację, że górnicy, z czterech likwidowanych górnośląskich kopalń, po raz kolejny zerwali rozmowy z rządem. Jak się wydaje, zaostrzenie protestu może być jedyną, choć niekoniecznie skutecznym sposobem postępowania z rządem Ewy Kopacz i otaczającymi ją waflami i frędzlami. Prędzej czy później górnicy przegrają, kopalnie, na początek te cztery, zostaną zlikwidowane, poszerzy się poczet bezrobotnych a ich dzieci zasilą kastę lumpenproletariatu. Skąd o tym wiem? Po pierwsze stąd, że górnicy rozpoczęli pertraktacje, a ze złem się nie pertraktuje, zło się zwalcza. W innym przypadku zło „rozmiękczy” drugą stronę, zlasuje jej mózg, rozwodni problem, zrelatywizuje prawdę, a gdy to się stanie – pozostanie już tylko fałsz. Na koniec strony podpiszą pakt, i dusza zostanie sprzedana. A to źle się kończy czego doświadczył niejaki Faust. Po drugie, obecne wydarzenia to ciąg dalszy scenariusza rozpisanego już dawno, przetestowanego ponad ćwierć wieku temu w wałbrzyskim zagłębiu węglowym, a polegającym na stopniowej ale konsekwentnej likwidacji przemysłu polskiego pn. restrukturyzacji. Pierwsza kwestia jest na ogół znana i dobrze w literaturze przedmiotu opisana, druga trochę mniej.

Wałbrzych nie jest zwyczajnym miastem, powstał jako zlepek osad tkackich i górniczych, przy czym najpierw wydobywano rudy metali, głównie ołowiu i srebra, a dopiero później węgla. Jak nietrudno się domyśleć, kariera miasta rozpoczęła się na dobre wraz z rozwojem zastosowania maszyny parowej. Krótko mówiąc: Wałbrzych istniał tylko i wyłącznie jako ośrodek przemysłowy. Za Niemca i za komuny były tam trzy kopalnie węgla (czwarta w oddalonej o ok. 30 km Nowej Rudzie), a przy każdej, ze względu na specyfikę węgla - koksownia. Był też antracyt. Wszystko to było, bo w czasie, gdy aktorka Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu, zapadła decyzja o likwidacji wałbrzyskich kopalń.

Pomysł wyszedł z rządu ale, jak wiele na to wskazuje, jego autorzy byli poza naszym krajem. Trafił jednak na podatny grunt związkowców z „Solidarności”, którzy nie dość, że go poparli, to jeszcze realizowali. Jest to jedyny znany mi przypadek, gdy związkowcy likwidując swoje zakłady pracy, podcinają gałąź, na której siedzą. Należy tu jednak na chwilę się zatrzymać, i zapytać, dlaczego? Myślę, że o ile sprawa z rządem jest prosta: realizuje on cudze wytyczne wszelkimi sposobami, to ze związkowcami już taka nie jest. Większość, to pożyteczni idioci, którym coś naobiecywano, przez co pogłupieli do końca. Być może, niektórzy zostali przekupieni, inni byli agentami bezpieczniackich watah, które do dziś okupują nasz kraj i które mają swój udział w obecnych wydarzeniach górnośląskich. No i wreszcie, nie zapominajmy o atmosferze tamtych dni, całej tej euforii z odzyskanej niby niepodległości, tej nieuzasadnionej wierze, pewności wręcz, że teraz będzie już tylko lepiej, wystarczy pozbyć się reliktów komunizmu, (a kopalnie za takie uznawano) i raj na ziemi w zasięgu ręki. Mało kto zastanawiał się, co będzie dalej, a jeżeli nawet, to nie miał większego przełożenia. Pojawili się nawet różni guru, co to roztaczali wizje przyszłej szczęśliwości na bazie turystyki, czy innych hokus-pokus, jak niejaki prof. Bojarski, który przekonywał, że na hałdach mogą być wypasane owce. Przez górników, rzecz jasna, spośród których, jak się domyślam, szczebel kierowniczy miałby zostać bacami, a pozostali - juhasami.

O tym, że o skutkach likwidacji, kopalń i innych związanych z nimi zakładów, łącznie ok. 30 tys. miejsc pracy, nikt nie myślał, a nawet nie chciał o tym myśleć, przekonałem się bodajże w 1991 r., kiedy to na posła z Wałbrzycha kandydował prof. Jerzy Przystawa (ten od FOZZ i JOW). Z jego inicjatywy odbyła się na Zamku Książ konferencja, w której wzięli udział likwidatorzy podobnego zagłębia w Limburgii. Mogłoby się wydawać, że gdzie ja gdzie ale w Wałbrzychu, niderlandzkie doświadczenia mogłyby pomóc uniknąć wielu błędów, ale tak się nie stało. Nikt z „trzymających władzę” tym się nie zainteresował, albo też takie były rozkazy. Tam problem podzielono na trzy części. Po pierwsze, kopalń nie zlikwidowano całkowicie, a jedynie ograniczono wydobycie do złóż opłacalnych i tam znaleźli zatrudnienie najlepsi fachowcy. Druga część to firmy kooperujące z kopalniami, które mogły wykonywać inne prace nie związane z górnictwem, np. przy budowie infrastruktury, tuneli, przejść podziemnych, itp. W trzeciej grupie znaleźli się ci, którzy za duże pieniądze zobowiązali się przenieść gdzie indziej.

Rozwiązanie to, z niewielkimi zmianami można było zastosować w Wałbrzychu, ale zamiast tego, rozpoczęto trwającą kilka lat likwidację kopalń i zwalnianie pracowników. Kto miał najwięcej szczęścia – przeszedł na wcześniejszą emeryturę, mniej szczęśliwi – na renty zdrowotne, których wkrótce i tak ich pozbawiono w wyniku cudownych uzdrowień. Reszta dostała po ok. 40 tys. zł na rękę, kwotę za dużą na jednorazową libację, ale za małą na rozpoczęcie nowego życia. Gdy pieniądze się skończyły, niektórzy, zostając nomen omen kopaczami, próbowali wydobycia węgla na własną rękę w ramach tzw. biedaszybów, reszta wypadła na margines społeczny. W międzyczasie uruchomiono kopalnię antracytu, której żywot był na tyleż krótki co kontrowersyjny. Mimo upływu lat nie można jednoznacznie stwierdzić, czy była to autentyczna próba ratowania wydobywczej resztówki, czy zaplanowany od początku przekręt, polegający na wyciągnięciu budżetowych pieniędzy pod takim pretekstem. Zresztą, co trzeba podkreślić, likwidacja wałbrzyskich kopalń kosztowała wiele miliardów złotych, które zostały w części zużyte zgodnie z przeznaczeniem, w części zmarnowane i rozkradzione. A ponieważ większość została pod ziemią, nie można określić w jakich proporcjach.

Dziś sytuacja jest oto taka: liczba mieszkańców spadła ze 140 tysięcy do ok. 100 tysięcy i ciągle spada. Ok. 70% dochodów własnych gminy, czyli wpływu z PIT-ów, pochodzi od górniczych i francuskich (powojenna reemigracja z Francji) emerytów, ale to klasa wymierająca. Jest jeszcze Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna zatrudniająca kilka tysięcy pracowników ale nie ma to przełożenia na nic. Nie chodzi nawet o toi, że żaden górnik nie znalazł tam zatrudnienia. Strefa jest czymś tymczasowym i to nie tylko dlatego, że jej kres przewidziany jest na 2030 rok, ale że pracę tam traktuje się tymczasowo, jak zło konieczne, odskocznia do wyjazdu na Zachód. Zarobki są tam symboliczne, warunki – ogólnie znane, znaczenie dla gospodarki żadne. Czy są inne pomysły? Jest jeden: Wałbrzych jako zaplecze taniej siły roboczej dla Wrocławia. I jeszcze jedno. Największym pracodawcą w Wałbrzychu jest ZUS - ponad 1000 osób. Wałbrzych był testem jak daleko można posunąć się w likwidacji przemysłu w Polsce. Okazało się, że bardzo daleko. W międzyczasie zlikwidowano stocznie, co na początku tzw. transformacji nikomu nie mieściło się w głowie. Teraz przyszła kolej na resztówkę górnośląskich kopalń, a potem pozostaną już tylko lasy. Poza ludźmi, oczywiście tymi zbędnymi.

niedziela, 23 czerwca 2013
Prezydenckie dziwy

 

 

Po wielu latach różnych zakrętów i przesuwania wałbrzyski „Aqua-Zdrój” został otwarty, przynajmniej częściowo. Na obiekt składa się: aquapark, hala sportowa i hotel. Otwarcie odbyło się z wielkim przytupem, który kosztował ca 300 tys. zł. Nie obeszło się bez wizyty przedstawicieli władz wojewódzkich, tych platformerskich, dla których zorganizowano nawet koncert A.M. Jopek za – jak wieść niesie – 60 tys. zł, bo przecież nie dla wszystkich (lud musi znać swoje miejsce) z publicznej, tj. miejskiej kasy.

Można to uznać za skandal, gdyż VIP-y zaproszone do biedoty nie należą i stać na zapłacenie za wstęp. Sam prezydent miasta Roman Szełemej nadal pracuje w szpitalu gdzie zarabia na 1/4 etatu ponad 150 tys. zł rocznie, więcej niż wynosi prezydencka pensja. Gdyby chodziło o szpital prywatny i osiągane tam zyski, niech tam zarabia tyleż i miesięcznie, ale dochody państwowego, podobnie jak główne dochody doktora/prezydenta/ordynatora/dyrektora, etc. pochodzą z budżetu państwa, a ściślej – z NFZ, czyli z pieniędzy zrabowanych obywatelom pod pretekstem „darmowej służby zdrowia”, których permanentnie brakuje na leczenie ale jakoś nigdy nie zabrakło na pensje dla różnych biurokratycznych wydrwigroszy.

Żeby było zabawniej: przed otwarciem „Aqua-Zdrój” sprzątały salowe i inni pracownicy szpitala, a jak przyznała dyrektorka szpitala w rozmowie z reporterką TV Dami – jest to praktyka częsta i jak trzeba brygady szpitalne wysyłane są do sprzątania po różnych innych imprezach miejskich.

Można się zastanawiać, skąd w szpitalu nie ma nadwyżki zatrudnienia, skoro bez szkody dla pacjentów można wysyłać pracowników w ramach szełemejowskiej agencji zatrudnienia tymczasowego? I kto na tym zarabia?

Ot, taka to osobliwość.

czwartek, 08 grudnia 2011
Taśmy nie/pół/prawdy

Prokuratura w Szczecinie umorzyła postępowanie w sprawie słynnych taśm – nagrań rozmowy pomiędzy radnym Longinem Rosiakiem, a ówczesnym senatorem PO – Romanem Ludwiczukiem. W niej to senator obiecywał rozmówcy różne korzyści, jak m.in. wycieczkę na Dominikanę i lepszą pracę dla żony w zamian za odstąpienie od poparcia kandydatury Mirosława Lubińskiego na stanowisko prezydenta miasta. Taśmy prawdy, jak je określono, stały się (między innymi) podstawą innego dochodzenia, dotyczącego korupcji wyborczej, w wyniku czego powtórzono w Wałbrzychu wybory na prezydenta miasta (od początku i w nowym składzie) oraz na radnych w jednym okręgu (w starym składzie).

Co prawda prokuratura, po wielomiesięcznym badaniu, uznała taśmy za autentyczne, a co za tym idzie – również rozmowę, ale nie dopatrzyła się przestępstwa, mimo iż art. 230 kodeksu karnego mówi: „Kto powołując się na swoje wpływy w instytucji państwowej lub samorządu terytorialnego, podejmuje się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść majątkową lub jej obietnicę, podlega karze...” (podkr. Moje).

Ta informacja dotarła 6 grudnia, czyli na św. Mikołaja. Dzień wcześniej. Roman Ludwiczuk, który był na urlopie bezpłatnym na czas pełnienia funkcji senatora, stawił się do urzędu miejskiego do pracy. Jeśli ktoś nie wie, lub zapomniał to przypomnę, że był on wcześniej wiceprezydentem Wałbrzycha, zastępcą Piotra Kruczkowskiego. Teraz, obecny prezydent – Roman Szełemej, nie przyjął go do pracy, a w kadrach czekało wypowiedzenie umowy z 3 miesięcznym okresem ale już bez obowiązku świadczenia pracy.

Od razu powstał spór, czy jest to zgodne z prawem, bo choć z jednej strony, byłemu parlamentarzyście przysługuje okres ochronny 1 roku, to z drugiej, wiceprezydent to funkcja z mianowania a nie ze stosunku pracy, więc zwolnić można.

Jak będzie, orzeknie pewnie niezawisły sąd, ale cała ta sprawa to jakieś deja vu, bowiem przed laty, tą samą funkcję pełnił L. Rosiak. Kiedy został radnym powiatowym także udał się na bezpłatny urlop, a gdy wrócił, został zwolniony jak Ludwiczuk teraz. Wtedy jednak są uznał działanie prezydenta za bezprawne (brak zgody rady), wskutek czego został przywrócony do pracy w urzędzie. Nie na stanowisko wiceprezydenta, ale na inne, mało eksponowane, za to z pensją wielkości wiceprezydenta, gdyż rada nie zgodziła się na jej zmniejszenie.

Jak będzie teraz, to się okaże, wszak nawet sądy, podobnie jak prokuratury, rozumieją zmieniającą się mądrość etapu. Na wszelki wypadek prawnicy miejscy wysłali zapytanie do kancelarii senatu, a ta zbada sprawę gdy otrzyma komplet dokumentów



Podzwonne wałbrzyskiego górnictwa

Kiedyś zatrudniały ok. trzech tysięcy osób. Ilu pracuje dziś? - tego dokładnie nie wiadomo. Biedaszyby, pomimo „wtopienia” milionów złotych w ramach różnych programów i akcji, bowiem nadal działają, choć może nie są tak widoczne, będąc ostatnim ogniwem historii wałbrzyskiego zagłębia węglowego.

Sedno sprawy

 Węgiel znajduje się od metra do kilku metrów pod powierzchnią ziemi i tak idzie wydobycie. Prymitywne tunele zabezpiecza się wedle posiadanej wiedzy, tak jak to robiono kilka wieków temu, gdy w okolicach Wałbrzycha pojawił się węgiel.

Biedaszyby, jako unikat w skali świata jest nie tylko kopaniem węgla nielegalnie, lecz jest patologicznym odpadem systemu 'polskiej demokracji', w którym potrafią się odnaleźć ludzie wykluczeni społecznie” – uważa Grzegorz Wałowski, swego czasu sam kopacz współzałożyciel Społecznego Komitetu Obrony „Biedaszyby”, przekształconego w Stowarzyszenie „Biedaszyby”. „Na każdym szczeblu władzy począwszy od samorządu skończywszy na Ministerstwie, biedaszyby przeszkadzały i usiłowano, ba usiłuje się je zasypywać – totalna głupota! Takie rozwiązywanie problemu trwające od 2004 roku chyba optymizmem nie napawa, zwłaszcza gdzie w taki sposób są marnowane pieniądze podatników. Dla potencjalnych kopaczy to miejsce pracy, owszem nielegalne, ale to jedyne doraźne rozwiązanie na 'własną rękę'”!

Jak duża jest to skala zjawiska? - pytam. „Proponuję zobrazować skalę skalę zjawiska terytoriami tj. rejon Nowej Rudy oraz rejon Wałbrzycha, ponieważ migracja ilości kopaczy jest niewspółmierna do dnia, tygodnia, miesiąca. Ponadto Kamienna Góra też fedruje węgiel kamienny” – dodaje.

 Ludzie

 Grzegorz Wałowski, to nietypowy, ale za to interesujący życiorys. „Życie traktuję jako 'Mentora', który potrafi być surowy i bezwzględny. Biedaszyby mnie wychowały, dużo im zawdzięczam, pomimo wyroków dot. przestępstw i wykroczeń za żywot biedaszybniczy. Dzięki nim obroniłem tytuł inżyniera i magistra, obecnie doktoryzuję się na II roku na Politechnice Opolskiej, i ciągle na kanwie węgla kamiennego – cóż to znaczy?” - pyta.

Inni są inni. Unikają mediów, boją się, bywają agresywni. Tylko nieliczni decydują się na rozmowę, a i to pod warunkiem anonimowości osoby, miejsca i czasu. Niektórzy z nich to byli górnicy. To oni uczyli kopać doły i kłaść stemple. Inni zajmują si ę pakowaniem i dystrybucją. Pracują dla pieniędzy, ale jest coś jeszcze – wolność. Do pracy mogą przyjść kiedy chcą, nie odbijają karty, nie mają nadzoru, są wobec siebie w miarę równi. To przyciąga, zwłaszcza w sezonie grzewczym.

Chętnych na węgiel i miał jest sporo, wiadomo, bieda w Wałbrzychu staje się normą, mało kogo stać na węgiel „prawdziwy” ze składów opału po ok. 800 – 1000 zł za tonę.

Mimo ryzyk wpadki. W takim przypadku następuje rekwizycja samochodu z towarem, a wobec przyłapanych stosuje się sankcje karne. Ogółem zarekwirowano 2934 ton urobku, który trafił na hałdę miejscowej ciepłowni – mówi Jerzy Karski, komendant Straży Miejskiej. Dane dotyczą lat 2003-2010. Skierowano kilkaset wniosków do sądu,.W samym roku ubiegłym było ich 24. Od tego roku SM biedaszybami już się nie zajmuje. Jej rolę przejęła policja.

 Biznes czy sposób na życie?

 „Jeżeli życiem jest biznes, to jest to interes nie wart zdrowia!” - mówi Wałowski. „Natomiast zdecydowanie jest to sposób na życie, ale zależy dla kogo. Każdy z nas potrafi dokonać wartościowania, czyli dla jednego kopanie to sposób na 'upłynnienie reszty dnia', dla drugiego to walka o przetrwanie.” Tym bardziej sensowna, że węgiel z biedaszybów będzie jeszcze bardziej konkurencyjny cenowo i to od nowego roku, kiedy to zostanie wprowadzona akcyza na węgiel wymuszona przez przepisy unijne.

 Co dalej?

 Dla Grzegorza Wałowskiego biedaszyby i węgiel, tzw. „czarne złoto” stało się sensem istnienia. „Nie ukrywam, że w ramach studiów doktoranckich podjąłem się badań autorskich, dokonując pomiarów promieniotwórczości węgla kamiennego „in situ” (w złożu). Jak się okazuje występujące u nas przypowierzchniowe pokłady węgla są uranonośne, emitują znaczne dawki promieniowania gamma - szkodliwego dla żywego organizmu. To część materiału rozpoznawczego do otwarcia przewodu doktorskiego, jednak zasadniczy materiał będzie dotyczyć niekonwencjonalnej konwersji (przemiany) węgla na „effluenty” (płyn) z docelowym zagospodarowaniem już na powierzchni. Krótko mówiąc nie wydobycie węgla na powierzchnię, lecz jego zamiana na wodór – paliwo w 100% ekologiczne, bo podczas spalania otrzymuje się ogromne ilości ciepła, a zamiast spalin tylko wodę! Jest to wstęp do energetyki wodorowej, którą pragnę wyrazić w połączeniu z zagospodarowaniem biedaszybów, właśnie tak – chłopaki z dziur maja szanse zostać „szejkami wodoru”. Praktycznie jest to przedstawione w kolejnej książce mojego autorstwa (tzw. tom II), która na dniach ukaże się w księgarniach pt. 'Nowa Ruda: od biedaszybów do … Podziemne uwodornienie węgla kamiennego'”. (Wcześniej wydał „Wałbrzych. Od biedaszybów do … Podziemne zgazowanie węgla kamiennego” - przyp. red.)

J. Karski nie ma wątpliwości, że nielegalne wydobycie węgla nadal będzie istniało tak długo, jak długo będzie co wydobywać i sprzedać. Bo popyt i podaż to dwie dźwignie tego samego mechanizmu kierującego ludzkim działaniem. Zwłaszcza, gdy brak atrakcyjniejszej alternatywy.

 



sobota, 03 grudnia 2011
Co dalej z wałbrzyską Palmiarnią?

Motto: „Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce! Ale czy forsę ma? Niestety – nie!" - Bertold Brecht

 Pracownicy wałbrzyskiej palmiarni są wystraszeni. Nie wolno im rozmawiać z prasą, nawet nie wolno im wpuszczać na teren nikogo bez biletu. Co najwyżej całkiem nieoficjalnie mówią, że się boją. O pracę, o przyszłość. Bo to wszystko owiane jest mgłą tajemnicy. Pewne jest jedno. Palmiarnia niszczeje i w niczym nie przypomina tej sprzed ponad wieku, którą wzniósł Henryk XV von Pless w latach 1911-1914 jako dar dla żony, księżniczki Daisy.

 Przeszłość

Już samo to było wspaniałe, że ślub Marii Teresy Cornwallis-West (tak bowiem naprawdę nazywała się Daisy) z Hochbergiem prawie równo 120 lat temu w kościele św. Małgorzaty w Westminsterze. Tym bardziej wspaniały musiał być dowód miłości księcia, który postanowił uczynić z palmiarni prezent dla żony. Prace trwały 10 lat, a prócz egzotycznych roślin książę sprowadził także lawę podobno spod wulkanu Etna, która sprzyja ich wegetacji. Oprócz tego powstały ogrody w stylu japońskim i rosarium. Całość kosztowała 7 mln marek w złocie. Palmiarnia, będąca namiastką raju w szarym, zimnym i nieprzyjaznym Wałbrzychu, wraz z parkiem zamkowym oraz z samym zamkiem, tworzyły jedną, wspaniałą całość.

Współczesność

Pomysł, aby Palmiarnia wraz z Zamkiem Książ oraz Stadem Ogierów tworzyła jeden kompleks turystyczny nie jest nowy i towarzyszył niemal wszystkim ekipom rządzącym miastem. Rzecz w tym, że ani stado Ogierów, ani Palmiarnia nie są własnością gminy. Państwowe Stado Ogierów jest spółką z o.o. Skarbu Państwa, Palmiarnia zaś znajduje się w gestii Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu państwa, która od 12 lat nie może obiektu sprzedać. Gmina nie miałaby więc specjalnej konkurencji, ale sama jakoś do zakupu się nie kwapi.

Obecne władze miasta również wracają do tej koncepcji pod nazwą „Trakt Księżnej Daisy” - czytamy w „Raporcie o stanie miasta” ogłoszonym przez prezydenta Romana Szełemeja na listopadowej sesji rady miasta. Ma być częścią zespołu „projektów promujących szlak turystyczny od Zamku Książ do Centrum Aqua Zdrój, Starej Kopalni i Śródmieścia Wałbrzycha z pomocą obiektów zabytkowych, uzdrowiskowych oraz przedsięwzięć kulturalnych, handlowych i sportowo-rekreacyjnych” a największym przedsięwzięciem na Trakcie ma być Centrum Kongresowo-Kulturalne Zamek Książ wraz z Palmiarnią oraz Państwowym Stadem Ogierów Książ. A ponieważ miasto jest w trudnej sytuacji finansowej zakup za cenę proponowaną jako cena wywoławcza w przetargu nie wchodzi w rachubę.

Przyszłość

”Są dwie możliwości zbycia palmiarni: odpłatne i nieodpłatne” – mówi Marzena Szocińska – Klein – rzeczniczka Wrocławskiego Oddziału Terenowego ANR. „Agencja wystawia palmiarnię w Wałbrzychu do sprzedaży w drodze przetargu. Cena z ostatniego przetargu to ok. 4,8 mln złotych co po uwzględnianiu 50% obniżki na część wpisaną do rejestru zabytków daje ok. 2,5 mln zł. Nieodpłatne przekazanie obiektu zgodnie z aktualnie obowiązującą Ustawą o Gospodarowaniu Nieruchomościami Rolnymi Skarbu Państwa dla uprawnionych podmiotów m. in. dla gminy jest możliwe, ale pod warunkiem wykorzystania nieruchomości do realizacji zdań własnych. Nieruchomość przez 10 lat nie będzie mogła być wykorzystywana na działalność komercyjną a co za tym idzie nie będzie mogła generować dochodu. Na dzień dzisiejszy jednak nie wpłynął wniosek o nieodpłatne przekazanie.”

Deja vu

Że „darmocha” bywa niebezpieczna przekonano się jakieś dwa lata temu, gdy na jaw wyszła sprawa konieczności zapłaty przez miasto wielomilionowej kwoty w analogicznej sprawie tej samej agencji. Chodziło grunty rolne przekazane nieodpłatnie przez ANR pomiędzy Poniatowem a ulicą Uczniowską z przeznaczeniem m.in. na cele rekreacyjne. Jednak zamiast tego, na terenach tych powstały zakłady Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i choć potrzeby strefy nikt nie kwestionował, opozycja zakwestionowała kompetencje ówczesnych władz miasta, które nie dość, że nie zauważyły błędu w rezultacie czego za tereny trzeba było zapłacić, to przez zaniechanie doprowadziły do naliczenia milionowych odsetek.

To samo mogłoby się powtórzyć i tym razem i choćby z tego powodu nieodpłatne przejęcie przez miasto Palmiarni jest mało prawdopodobne, tak samo jak zakup w ramach przetargu. Sprzedaż prywatnemu właścicielowi jest również mało prawdopodobna. Bo choć rocznie odwiedza ją ok. 36 tys. osób, to nie pokrywa to kosztów utrzymania w wysokości ok. 800 tys. zł rocznie.

Jeżeli jednak nie znajdzie się właściciel, Palmiarnię czeka powolna agonia. Obiekt będzie niszczał aż do momentu przekroczenia punktu krytycznego, poza którym reanimacja będzie już niemożliwa. Taki scenariusz to w Wałbrzychu nic nowego. W klatach 90.tych w ten sposób zniknęło stąd szereg zakładów pracy doprowadzając miasto do zapaści, z której nie może wyjść do dziś.

Marzena Socińska-Klein ma jednak„nadzieję, że ten unikatowy obiekt znajdzie właściciela i będzie perełką przyciągającą turystów do Wałbrzycha i w ogóle na Dolny Śląsk”. I dobrze, bo nadzieja umiera ostatnia.



wtorek, 25 stycznia 2011
Zgryzy sądowe
Prokuratura Okęgowa w Świdnicy postawiła kilku osobom zarzuty kupowania głosów. Podczas rozprawy 4 stycznia będącej wynikiem skargi Patryka Wilda na przebieg - ogólnie rzecz ujmując - przebiegu I tury wyborów samorządowych w Wałbrzychu, Sąd Okręgowy w Świdnicy nie dopuścił szeregu dowodów, w tym z przebiegu prokuratorskiego śledztwa i nie stwierdził kupowania głosów. Jeżeli dojdzie do postawienia zarzutów i procesu karnego sąd będzie miał zgryz co z tym zrobić, ale nie jedyny. Drugi to druga skarga drugiego kandydata na prezydenta Wałbrzycha - Mirosława Lubińskiego z tego samego powodu. Sprawa miała być rozpatrzona w styczniu, ale nie będzie i nawet jej przybliżony termin nie jest znany. Tu rzecz się komplikuje. O ile w przypadku Patryka Wilda sąd nie stwierdził aby kupowanie głosów miało wpływ na wynik wyborów, to w przypadku Lubińskiegoi nie będzie to takie łatwe. Po pierwsze dlatego, że ten widział błędy poprzednika i tendencję sądu, a po drugie - łatwo może taki związek wykazać. Kluczowym świadkiem jest Robert S., który twierdzi, iż zakupił dla kandydata PO ponad 800 głosów, podczas gdy różnica między zwycięzcą a drugim w kolejności M. Lubińskim wyniosła ok. 320 głosów. Sąd będzie miał kolejny zgryz, jak udowodnić, że 800 to mniej niż 300? Są dwa wyjaśnienia: jedni twierdzą, że nad świadkami pracują "siły wyższe" i termin rozprawy wyznaczony zostanie gdy Robert S. zmieni zenanie, a drudzy, że SO w Świdnicy czeka na zakończenie postępowania w/s skargi P. Wilda na orzeczenie sądu I instancji aby mieć się na czym oprzeć. Jeszcze inni powiadają, że sąd czeka aż się wszystko przedawni i wszyscy o wszystkim zapomną.
piątek, 10 grudnia 2010
Syndrom Mawrody'ego
No i jest staro-nowy prezydent. Dziwne? Po tym wszystkim co zostało ujawnione, po tym co zrobił przez ostatnie 8 lat dla miasta rzecz jasna, bo dla siebie do nawet sporo. Mało komu udaje się zarobić prawie milion złotych a tu proszę. Jego kontrkandydat powiadał: „złych prezydentów wybierają dobrzy ludzie, którzy w dniu wyborów pozostają w domach”. Miał rację. Rożnica była niewielka, ludziska, którzy pozostali w domach myśleli tak: po tej całej aferze Ludwiczuka i tak wygra Lubiński, po co tam będę chodził(a) na wybory i beze mnie wygra. Nie wygrał. Gdyby poszli, mogło być inaczej. Można było też lepiej zadbać o komisje. To kamyczek do ogródka wszystkich kandydatów. Już Stalin mówił, że nieważne jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Pytanie do wszystkich kandydatów: jak ustalony został skład komisji wyborczych, czy delegowano do nich właściwych ludzi, czy pilnowano losowania, o ile takie było, czy pozostawiono wszystko w rękach urzędu? Pytanie bynajmniej nie bezzasadne. W czasie letnich wyborów prezydenckich komitet Bogusława Ziętka, w kilku przynajmniej przypadkach, reprezentowali działacze PO i pracownicy urzędu miejskiego. Czy tak było i teraz? Ale to tylko jednak strona medalu. Jest i druga, zawierająca się w pytaniu, dlaczego w obydwu turach wyborów aż tyle głosów uzyskał Piotr Kruczkowski? Dlaczego facet, który doprowadził do tego, że kto tylko może ucieka z Wałbrzycha, bo tu nie ma pracy, a nie ma, bo praca jest łupem i elementem rozdawnictwa w niejasnych układach poza oficjalnymi strukturami państwa i nikt spoza sitwy uzyskać jej nie może, jak tego dowiodła rozmowa Ludwiczuk-Rosiak, a kto jest krytyczny wobec władzy jest wywalany z roboty jak to miało miejsce w przypadku Liliany Dawidziak. Że pozostali mieszkańcy miasta są truci przez Mobruk, że tysiące mieszkań stoi pustych bądź zostało wyłączonych z zasobu gminy. No i, coś o czym nie mówiło się w kampanii: w trakcie protestów kobiet, które samowolnie zajęły mieszkania a które miały miejsce kilka lat temu przed ratuszem, umiłowany prezydent, który tylnym wyjściem uciekł do MOPS-u na ul. Beethovena, sprowadził uzbrojone oddziały policji niczym dawne ZOMO. Na wypadek grzyby dialog społeczny poszedł nie tak. Listę rzekomych dokonań Piotra Kruczkowskiego można by ciągnąc jeszcze długo, ale po co skoro i tak wszyscy ją znają. Psychologowie znają ten syndrom. Jest on nawet stosunkowo dobrze opisany, a mechanizm jest następujący: pomiędzy oszukującym a oszukanym wytwarza się powiązanie. Ofiara nie chce się przyznać, zwłaszcza przed samym sobą, że dała się „wpuścić w kanał”. W Rosji działał Sergiej Mawrody, który wraz z bratem Wiaczesławem i jego ulubienicą Mariną Murawiewą na początku lat 90.tych założył firmę MMM (od pierwszych liter ich nazwisk). Początkowo handlowali elektroniką, ale gdy zażądano zwrotu podatku (coś jak z firmą Kluski u nas), firma padła. Ale wtedy Sergiej wpadł na pomysł ratunku poprzez zmianę profilu działalności na finansowy. MMM stała się typową piramidą finansową, która musiała upaść. Zrzeszała ok. 2 miliony udziałowców i obracała miliardami $. Była notowana nawet na giełdzie! Gdy upadła 5o osób popełniło samobójstwo ale nie Mawrody! On oświadczył, że uratuje pieniądze udziałowców o ile zostanie wybrany do Dumy. I co? Został, ale pieniędzy ludziom nie zwrócił. Dopiero wtedy zwiał. Został zlapany, odsiedział 4 lata i dalej ma zwolenników. Franciszek książę de la Rochefoucauld ujął to z właściwą sobie celnością: Nikt nie jest zadowolony ze swojego majątku ale każdy jest zadowolony ze swojego rozumu. Ludzie nie chcą przyznać się przed samymi sobą, że przez 8 lat kiwał ich taki filut, że byli tak naiwni więc chcą za wszelką cenę przedstawić go w lepszym świetle, a tym samym siebie. Ale nie ma ich zbyt wielu. Może 2-3 tysiące, bo policzmy. Na obu kandydatów głosowało ponad 13 tys. osób, na Kruczkowskiego o ok. 300 więcej niż na Lubińskiego. Na tego pierwszego głosowało ok. 3 tys. pracowników „budżetowych”: urzędów, szkół i półek miejskich z rodzinami, co można pomnożyć przez 3 a to da 9 tys. głosów. Na Lubińskiego, a wcześniej – Wilda, głosowali ci, którzy tego chcieli. To zasadnicza różnica! A więc normalni mieszkańcy głosowali przeciwko Kruczkowskiemu! Na marginesie: ok. 10 tys. osób wyjechało z Wałbrzycha za chlebem ale się nie wymeldowało. Można założyć, że i oni byliby przeciw Kruczkowskiemu. A wtedy nie dałoby się takiej różnicy sfałszować, no może by dało, ale trudniej. Bo o fałszerstwie mówią wszyscy. Rożnica między kandydatami wyniosła ok. 300 głosów, a nieważnych oddano dwa razy tyle. Co dziwne, nieważność polegała na tym, że na kartce postawiono dwa krzyżyki przy obu nazwiskach zamiast jednego. Dziwne, bo ludzie tak nie głosują. Gdy komuś nie podobają się kandydaci, to nie idą po prostu na wybory, zwłaszcza, że pogoda była pod psem. Maniacy też tak nie robią, oni raczej drą kartki, lub wypisują swoje enuncjacje. Oczywiście, bywają i tacy, którzy stawiają po dwa krzyżyki, ale aż tylu? Dla dobra prawnego i publicznego wybory, przynajmniej w drugiej turze, powinny zostać powtórzona, ale do zdecyduje sąd.
poniedziałek, 01 listopada 2010
NIK o spółkach gminnych na Dolnym ląsku
Niedawno ukazała się „Informacja o wynikach kontroli funkcjonowania wybranych 11 spółek komunalnych z udziałem gmin na terenie Dolnego Śląska” przeprowadzonej przez Najwyższą Izbę Kontroli. Najważniejszy wniosek z kontroli: gminy prowadzą działalność gospodarczą , którą prowadzić powinni przedsiębiorcy, a dzieje się to kosztem sfery użyteczności publicznej, łamiąc przy okazji zasady uczciwej konkurencji i prawo zamówień publicznych. Przykładem może tu być gmina Polkowice, a ściślej Spółka Aqua Hotels, która przyniosła 1,5 mln zł strat na działalności hotelarsko-restauracyjnej. Jest to o tyle ważne, że również wałbrzyska spółka Aqua Zdrój buduje na Ratuszowej hotel, którym ma zarządzać i co skończy się podobnie lub jeszcze gorzej. Kontrolowanym wałbrzyskim spółkom NIK zarzucił: Spółce Zamek Książ – prowadzenie działalności hotelarskiej (ze stratą 177,2 tys. zł), MPK – wynajem autobusów, serwis i diagnostykę, a także wynajem ośrodków wypoczynkowych, MZB (Miejski Zarząd Budynków) – obsługę i remonty nieruchomości należących do wspólnot mieszkaniowych, MZUK-owi (Miejski Zakład Usług Komunalnych) zaś – handel i roboty budowlane na rzecz osób prywatnych. Przy okazji NIK zwróciła uwagę na nieprawidłowości w zapisach umów dotyczących wynagrodzeń, odpraw i nagród. I tak w przypadku spółki Zamek Książ prezes w umowie zagwarantował sobie 6 miesięczną odprawę (146,5 tys. zł), co nie jest – sprzeczne z prawem, tyle , że przepisy dają tylko taką możliwość. W przypadku dwóch członków zarządu tej spółki, niezależnie od zawyżonych odpraw (odpowiednio 6-krotność i 3-krotność miesięcznych poborów), wprowadzono zapis o odszkodowaniu w wysokości 9-krotności miesięcznej pensji. Zdaniem NIK czterech przedstawicieli Gminy Wałbrzych pobierało wynagrodzenie z naruszeniem art. 1 ust. 1 ustawy kominowej, gdyż w tym samym czasie pobierali wynagrodzenie za udział w więcej niż jednej radzie nadzorczej. Prezydent Wałbrzycha reprezentował za wynagrodzeniem gminę w dwóch spółkach z udziałem kapitału prywatnego, co wprawdzie nie narusza prawa, ale w ocenie NIK – nie służy obiektywności i transparentności przy wykorzystywaniu środków publicznych, ponieważ, po pierwsze, jako członek rady nadzorczej podejmował decyzje gospodarcze mające na celu maksymalizację zysku spółki, a po wtóre – jako prezydent, ustalał warunki finansowe realizacji zadań. Nie jest za to odkrywcze inne stwierdzenie inspektorów NIK, iż nagrody dla prezesów spółek na ogól nie mają wiele wspólnego z ich wynikami finansowymi. Nagminnym zjawiskiem jest – zdaniem inspektorów NIK – przenoszenie skutków nieudanych przedsięwzięć gospodarczych na swoich mieszkańców, poprzez m. in. udzielanie własnym spółkom ulg podatkowych, czy zwiększenie ich kapitału ze środków publicznych. Ale to nie jedyny wniosek. Ten najważniejszy to ten, że – jak podejrzewają inspektorzy NIK – spółki te zostały niejako „z góry” zaplanowane do celów innych, niż wykonywanie działań publicznych. Jest to niezgodne z art. 163 i 166 ust. 1-2 Konstytucji mówiący, że aktywność gmin służyć może tylko i wyłącznie realizacji ustawowych zadań publicznych i innym ustawami. Wniosek inspektorów NIK jest oczywisty. Tak to zostało zaplanowane, że głównym celem spółek są etaty dla rodzin, kolesi i towarzyszy partyjnych.
piątek, 29 października 2010
Czy grozi nam podwyżka cen wody?
Wiele wskazuje, że tak. Jedną z przesłanek jest propozycja cenowa Wałbrzyskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji złożona gminie Marciszów drakońska podwyżkę cen wody i ścieków o 14,98 zł za metr sześcienny za rok 2009, co łącznie miało wynieść 21,06 zł. Podwyżka za ten rok miałaby wynieść 18,82 zł m/3 co dałoby łącznie 24,90 zł za m/3. Jak na razie w Wałbrzychu i innych gmina obsługiwanych przez tę firmę płacimy ok. 10 zł za m/3 wody i ścieków łącznie, ale wiele wskazuje, że podwyżkę wstrzymują nadchodzące wybory. Kto jest kto? WZWiK to związek zrzeszający kiedyś 11 gmin: Boguszów-Gorce, Czarny Bór, Głuszycę, Jedlinę Zdrój, Marciszów, Mieroszów, Stare Bogaczowice, Szczawno-Zdrój, Świebodzice, Walim i Wałbrzych. Trzy lata temu ze związku wystąpił Marciszów, a w tym członkostwo kończą: Czarny Bór, Mieroszów i Stare Bogaczowice. Operatorem Związku jest WPWiK - spółka z o.o., który wykonuje większość prac związanych z wodą i kanalizację. Swój dochód, jako czynsz dzierżawny, przekazuje WZWiK. Kilka lat temu gminy zrzeszone w WZWiK zdecydowały się wziąć udział w projekcie ISPA (dzisiejsza nomenklatura: Fundusz Spójności), polegającej na budowie kanalizacji i oczyszczalni ścieków w gminach. Zgodnie jednak z wymogami unijnymi beneficjent, czyli ten, kto dotację otrzyma, musi mieć wkład własny. WZWiK pieniędzy specjalnie nie ma, musiał więc wziąć kredyt z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Kontrola 29 stycznia 2010 r. Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła wystąpienia pokontrolne prezesowi WZWiK dotyczące działalności związanej z realizacją przedsięwzięcia pn. „Oczyszczanie ścieków w Wałbrzychu”. Trochę wcześniej, bo 6 października 2009 r. NIK przedstawiła wystąpienie pokontrolne zarządowi WPWiK za okres 2007-2009 (I półrocze). Oba raporty są bardzo pouczającą lekturą i dostępną w całości w internecie na stronie NIK. Nas interesuje kilka kwestii ściśle związanych z ceną wody jaką muszą płacić mieszkańcy gmin wchodzących w skład WZWiK. Obydwa raporty bez trudu znaleźć można w internecie na stronach NIK, my w tym miejscu przedstawimy to, co naszym zdaniem, najważniejsze. W przypadku WZWiK nieprawidłowości dotyczyły głównie działań związanych z przygotowaniem Projektu i jego obsługą finansowo-księgową, m.in. niedoszacowania jego wartości, niezapewnienia środków finansowych na terminowe regulowanie zobowiązań, braku sprawności w opracowywaniu i pozyskiwaniu dokumentacji niezbędnej w trakcie realizacji. Stwierdzono ponadto niewłaściwy nadzór nad terminowością realizacji robót i uchybienia w procedurze udzielania zamówień publicznych oraz brak rozliczenia inwestycji zakończonych w roku 2000 i 2003. Przystępując do projektu liczono na dotację z Funduszu ISPA w wysokości 34,45 mln euro oraz na kredyt z Banku Ochrony Środowiska („BOŚ”) w wysokości 5,68 mln euro, pożyczki z NFOŚiGW w kwocie 3,77 mln euro, a także dochodów z dzierżaw nieruchomości wchodzących w skład majątku WZWiK w wysokości 0,79 mln euro, co w sumie stanowiło kwotę 44,69 mln euro, odpowiadającą 86,3% wartości Projektu. W rezultacie ISPA przyznała o 7,1 mln zł mniej niż wnioskowano, ale tej możliwości nie uwzględniono i nie zaplanowano „wyjścia awaryjnego”. Aby to „nadrobić” WZWiK zaciągnął w NFOŚiGW pożyczkę niemal 9-krotnie wyższej od planowanej, tj. w kwocie 33,37 mln euro, a także kredyt w BOŚ większy o 10% od zakładanego - 6,25 mln euro. A więc już od początku „zaczęły się schody”, tym bardziej strome, że gminy tworzące WZWiK (początkowo 11, a od 2007 r., gdy wycofał się Marciszów - 10 gmin) nie udzieliły dotacji na jego działalność, jak również nie ustaliły wysokości składek członkowskich. Jedynym źródłem dochodów WZWiK zostały wpływy z czynszu za dzierżawę mienia (wchodzącego w skład oczyszczalni ścieków) WPWiK, którego jedynym udziałowcem był WZWiK. Krótko mówiąc: zaczęto zjadać własny ogon. A ponieważ ogon ten, w miarę upływu czasu stawał się krótszy, gminy członkowskie zgodziły się na wzrost opłat za wodę i ścieki, czyli na wzrost cen. Jednak do pewnych granic, a gdy te zostały przekroczone, wcześniej wymienione gminy ze Związku wystąpiły. Historia tego projektu to historia naciągania zbyt krótkiej kołdry, która w miarę upływu czasu stawała się coraz krótsza, ponieważ, z wielu rożnych przyczyn, stale też rosły koszty projektu i czas jego realizacji. Pierwotny termin zakończenia: 31 grudnia 2007 r. został zmieniony na 31 grudnia 2010 r., a więc 2-krotnie dłuższy, a więc i droższy. Pewnym curiosum, co też zauważyli inspektorzy NIK, była budowa w dzielnicy Poniatów sieci kanalizacyjnej przy jednoczesnej rezygnacji z budowy wodociągu „niesie ryzyko poniesienia wyższych kosztów jego realizacji w późniejszym terminie, m. in. ze względu na konieczność ponownego prowadzenia wykopów, zajmowania pasa drogowego i odtwarzania nawierzchni dróg na tych samych odcinkach. Ponadto brak wodociągu jest uciążliwy dla mieszkańców dzielnicy, a możliwość wykorzystania kanalizacji jest ograniczona.” Rosną koszty Jak już wspomniano, WZWiK zwiększył obciążenia WPWiK z tytułu czynszu dzierżawnego za nieruchomości i urządzenia o 116,8%, tj. z kwoty 415,85 tys. zł miesięcznie w 2007 r. do 901,64 tys. zł miesięcznie w 2009 r. W efekcie cena za wodę w przypadku gospodarstw domowych wzrosła o 38,6%, (w okresie 1.08.2006 r. -31.07.2007 r.). Dla pozostałych odbiorców stawka opłat za wodę wzrosła w tym czasie o 32,8%. Podwyższono też abonament za usługi wodociągowe dla gospodarstw domowych o 21,2%. Dla pozostałych odbiorców abonament wzrósł w tym czasie aż o 92,7%. Podobnie wzrosła cena za ścieki, w przypadku gospodarstw domowych o 93,4%, a dla pozostałych odbiorców o 35,4%. Jeszcze więcej, bo o 97,1% dla gospodarstw domowych i o 210,7% dla pozostałych odbiorców, wzrósł abonament za te usługi. Dodatkowo NIK stwierdził niedostosowanie „planu remontów do występujących awarii sieci wodno-kanalizacyjnej, braku rozeznania w kwestii kosztów usuwania awarii, nierzetelnej sprawozdawczości z zakresu skarg i reklamacji, a także przypadki pobierania zawyżonych opłat za ścieki.” Bomby radnego Radny Michel Nykiel, członek Komisji Rewizyjnej WZWiK wskazuje, że planowany deficyt budżetowy Związku na ten rok w wysokości 21 mln zł na koniec czerwca wyniósł już 19 mln zł. Co gorsza, zadłużenie, jakie zawarte jest w informacji wykonania budżetu Związku za pierwsze półrocze 2010 r., które na 31 czerwca wyniosło 173 334 133 zł. Na zadłużenie to składają się kredyty, pożyczki i inne zobowiązania finansowe, ale i szereg innych, niezrozumiałych wydatków. Np. WZWiK zapłaciło 889 tys. zł odsetek od nieterminowych wpłat za podatek od nieruchomości gminy Świebodzice, a także ok. 284 tys. zł kosztów postępowania sądowego dla firmy z Piły. „Nad gminami, które poręczyły Związkowi wisi topór, gdyż w razie niespłacenia zobowiązań przez WZWiK – to one będą musiały spłacić dług z własnych środków. ” – mówi obrazowo Nykiel. „Sam Wałbrzych poręczył aż 82,5 mln zł. Pytam więc, o ile w przyszłym roku wzrośnie cena wody, aby ten dług pokryć?” - dodaje. Casus Marciszowa To pierwsza gmina, która opuściła WZWiK i jedyna, która walczy o odzyskanie zajętego przez WPWiK majątku. Aby jednak zrozumieć niuanse sprawy, trzeba się cofnąć w czasie. Na terenie Marciszowa znajduje się jeden z czterech największych zbiorników wody pitnej w Polsce. 9 marca 1995 r. Wojewoda Jeleniogórski skomunalizował, czyli przekazał nieodpłatnie gminie Marciszów majątek, wcześniej państwowy, a od 1991 r. będący we władaniu WZWiK, który ten aportem wniósł do WPWiK. Na majątek ten składają się nieruchomości, obiekty i urządzenia, które – jak to się fachowo określa – służą zbiorowemu zaopatrzeniu ludności w wodę. Potwierdza to wpis do księgi wieczystej Sądu Rejonowego w Kamiennej Górze pod nr 11709. 28.12.2005 r. Rada Gminy Marciszów podjęła uchwałę o wystąpieniu z WZWiK. Powodów było kilka: wysokie ceny wody, jednakowe dla wszystkich gmin, na co Marciszów się nie zgadzał, bo skoro to na terenie tej gminy były ujęcia wody to odpadały koszty przesyłu. Czarę goryczy przelało nie ujęcie Marciszowa w programie ISPA. Spór o majątek Zaraz też władze gminy wystąpiły do WZWiK z projektem umowy dzierżawy wspomnianych nieruchomości i urządzeń, ten jednak nie uznał komunalizacji z 1995 r. za legalną i rozpoczął skomplikowane korowody prawne, ze skargą do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w styczniu 2008 r. o unieważnienie decyzji komunalizacyjnej. Pomimo upływu niemal 3 lat sprawa nie została rozpoznana. Zdaniem wójta Stefana Zawieruchy, WPWiK nie może przedstawić żadnych dokumentów stwierdzających nabycie majątku. W jednym z pism do MSWiA z 1 kwietnia 2010 r., WZWiK argumentuje m. in., że jeszcze w okresie przedwojennym i do zakończenia II wojny światowej, sporne nieruchomości należały do Wałbrzycha, co potwierdza związkowe prawo do własności. Zdaniem wójta, w ten sposób Związek i jego operator nie tylko uniemożliwili gminie utworzenie własnego przedsiębiorstwa wodociągowego, ale też rozpatrzyli odmownie wnioski osób prywatnych o podłączenie do sieci na terenie kilku wsi. W uzasadnieniu odmowy WPWiK powołało się na brak zezwolenia ze strony gminy. To jednak nie przeszkadza operatorowi prowadzenia – zdaniem gminy nielegalnej – usługi zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków na terenie Marciszowa i czerpania z tego tytułu korzyści. Zdaniem wójta Zawieruchy – powodem niewydania zezwolenia jest bezprawne użytkowanie majątku gminy przez WPWiK i złe zarządzanie w tą spółką, czego efektem są generowane straty. „Wystąpiliśmy do sądu z pozwem o bezumowne korzystanie z gruntów i budynków, jednak sprawa została zawieszona do czasu rozstrzygnięcia skargi przez MSWiA” - mówi wójt. Niebawem złożymy pozew o wydanie majątku na podstawie decyzji komunalizacyjnej i ksiąg wieczystych, bo ile można czekać na decyzję MSWiA?” - dodaje. Gmina jest skłonna iść na ugodę i sprzedawać wodę po symbolicznej cenie, ten jednak musi zwrócić majątek.
 
1 , 2
O autorze
Tagi