poniedziałek, 28 listopada 2016
Czy korporacje to zapowiadane przyjście Bestii?



Miarka w tekście „Przeciw korporacjonizmowi przez więcej korporacjonizmu?” napisał, m.in. że korporacjonizm „to dyktatura sprawowana przez faktycznych satanistów, kabalistów, iluminatów i masonów/…/” stawiając tym samym znak równości pomiędzy korporacjonizmem a satanizmem, którego jest on narzędziem. Nie będę tu streszczał tekstu Miarki, każdy może go przeczytać na Neonie24 ale jedną uwagę muszę poczynić. Korporacjonizm wg Miarki to sprawowane obecnie rządy ponadnarodowych korporacji, ważniejszych od państw, którym narzuca swoje reguły gry jak to w przypadku CETA czy TTIP. Tak pojmowany korporacjonizm nie należy mylić z XIX-wiecznym systemem o tej samej nazwie, mającym być alternatywą, trzecią drogą pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem, a który znalazł odzwierciedlenie w encyklice Qadragesimo anno Piusa XI. I nic chodzi tu też o porównanie jednego z drugim czy o analizę na ile jeden wyrasta z pierwszego lecz o stwierdzenie, czy jest on faktycznie w swojej istocie diaboliczny lub sataniczny. Zanim jednak do tego przejdziemy określmy czym jest owa diaboliczność w Nowym Testamencie i innych źródłach.
W Ewangeliach Szatan to przede wszystkim kusiciel. Kusi on Jezusa zabrawszy Go na górę, lub mur świątynny i obiecując władzę nad światem doczesnym, „bowiem wszystko jemu zostało powierzone i komu chcę mogę to oddać” (Łk 4,1-12; Mt 4,1-11; Mk1,2-13), „jeżeli tylko upadłszy złożysz mi hołd”. Ale świat ten, wrogi jest Chrystusowi i tym, którzy za Nim podążają. „Jeżeli świat was nienawidzi, wiedzcie, że pierwej mnie znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał...” (J15, 18 i dalej) Mamy więc świat materialny z jednej strony, z drugiej – królestwo Boże nie z tego świata. Zło to kuszenie człowieka do zerwania więzi z Bogiem i skierowanie go w kierunku świata materialnego i jego uciech, czyli preferowanie wartości niskich nad wyższymi, a więc grzechu. Pobrzmiewa tu echo gnozy, więc przy gnozie na chwilę pozostańmy. Problem w tym, że teologie chrześcijańskie nie precyzują jednoznacznie czym jest zło. Św. Augustyn z Hippony, przez lata manichejczyk, po zerwaniu z gnozą, tak bardzo chciał odciąć się od niej odciąć, że zło określił jako brak dobra. Choć zło niewątpliwie brakiem dobra jest, to przecież, czujemy to intuicyjnie, że nie tylko. Prócz Augustyna, Kościół przez wieki nauczał o świadomym Złu osobowym i o piekle, teraz to się zmienia, co dowodzi, że największym sukcesem Szatana jest przekonanie innych o swoim nieistnieniu. Jak nic w tym przypadku sprawdza się ulubione powiedzenie S. Michalkiewicza, że nieistnienie jest wyższą formą istnienia.
Rudolf Steiner, gnostyk-antropozof, sformułował swoistą demonologię, która w uproszczeniu wygląda tak:
Trójcy Świętej odpowiada Troisty Demon. Przeciwnikiem Ducha Świętego, niosącego prawdę, jest Lucyfer – mistrz iluzji. Popycha on człowieka w kierunku idealizmu dając złudzenie inspiracji do świata duchowego. Jest patronem idei, sztuki, mistycyzmu (zwłaszcza) orientalnego, ekstaz erotycznych, idealistycznych systemów społeczno-politycznych. Atakuje popędy i emocje.Przeciwnikiem Chrystusa (miłość) jest Aryman - zimny intelektualista, pozbawiony uczuć. Popycha on człowieka do świata materii pozbawiając tym samym kontaktu ze światem duchowym. Chce człowieka „uziemić”, tj. uczynić z niego kombinację maszyny i zwierzęcia, nie mającego potrzeby poznania Prawdy i bezinteresownej moralności. Wartości stricte materialne zastępują duchowe. Aryman patronuje nauce, technice, systemom społeczno-politycznym opartym na terrorze. Arymaniczne są np. ideologia politycznej poprawności, gender, demokracji, tolerancji z jednoznacznym przechyłem na jedną tylko stronę – stronę dewiacji.Bogu-Ojcu przeciwstawia się Asur nazywany też Soratem. Wg Steinera to apokaliptyczna bestia 666. O ile Bóg-Ojciec to Byt, Istnienie (JHWH – Jestem Który Jestem), przeciwieństwem jest Nicość, a Sorat to Nihil, atakujący jaźń, czyli ludzkie „ja”. Ludzie asuryczni są tylko zewnętrzną fasadą człowieka, bez zdolności do dobra, miłości i prawdy. Mówi się o takich, że są pozbawieni człowieczeństwa. Mamy więc sataniczny schemat: najpierw iluzje duchowości prowadzące do zmaterializowania życiowych wartości i samego życia a w konsekwencji utrata jaźni czyli nicość.Dlaczego akurat piszę o Steinerze - zapyta ktoś? Dlatego, że jego demonologia najbardziej pasuje do dalszych rozważań na temat korporacji. Zresztą, u niektórych teologów katolickich także mamy trójpodział na Lucyfera, Szatana i Belzebuba a także szereg innych cech satanizmu. 
Jak na tym tle wyglądają korporacje? Zanim przejdę do szczegółów jedna uwaga. Korporacje jako forma organizacji przedsiębiorców mających m.in. służyć ich interesom ale i dobru społeczeństwa, istniały niemal od zawsze. Były nimi np. cechy, gildie, a na płaszczyźnie międzynarodowej – Hanza. Wszystko zmieniło się gdy powstały spółki prawa handlowego, czyli akcyjne, z ograniczoną odpowiedzialnością i po części komandytowe. Istnieją one w obszarze abstrakcyjnym bo jako osoba prawna – wymyślona przez prawo. Nie mają duszy, moralności i ciała. Nie mają właściciela, bo za tego nie można uznać akcjonariuszy i udziałowców, odpowiadających za zobowiązania jedynie do wysokości wniesionego wkładu, a pozbawionych de facto wpływu na zarządzanie. Tym zajmuje się wyłaniany w niejasnych okolicznościach management. Co prawda teoretycznie właściciele udziałów i akcji mogą wiele na walnym zgromadzeniu, ale ze względu na dużą rozprężność kapitału nie ma możliwości zgromadzenia ich wszystkich w jednym czasie w jednym miejscu, nie mówiąc już o jakimś wspólnym porozumieniu i planie działania. Tak naprawdę to korporacje w tym ujęciu są maszyną do przerzucania kosztów działalności na stronę trzecią, w tym wypadku na społeczeństwo. Korporacje formują ludzi według pewnego wzorca zarządzając złudzeniami. Złudzenia to wirtualna wizja rozwoju osobistego, praca w młodej, ambitnej grupie, samorealizacja itp. Atmosfera panująca w korporacjach przypomina trochę tę panującą w sektach religijnych. W obydwu dominuje pewna doza tajemniczości, wiary w misję i nieomylność zwierzchników, niejasność kryteriów awansu a właściwie ich brak, bo w większości przypadków zaczyna się i kończy na funkcji lidera, która w pewnym stopniu odpowiada brygadziście. W korporacjach obowiązuje swoista nowomowa, będąca zbiorem zaklęć mających wprowadzać pracowników w nowy, wspaniały świat iluzji, podczas gdy w  rzeczywistości sprowadza się ludzi do roli maszyn pozbawionych duszy. Albowiem celem korporacji , podobnie jak innych wcześniejszych herezji religijnych czy doktryn politycznych jest neutralizacja Kościoła, likwidacja własności, a w konsekwencji pozyskanie taniej siły roboczej. Aby to jednak było możliwe konieczne jest wcześniejsze kuszenie wizją nowej przyszłości, nowego porządku świata i wszelkiej szczęśliwości.
Korporacje zawłaszczają coraz to większy obszar życia, a ostatnio życia w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ostatnio jedna z nich opatentowała wzorzec życia – bakterię wytworzoną w laboratorium, a prawo do tego zatwierdził Sąd Najwyższy USA. Nowym terem ekspansji są geny, które można opatentować jako własność intelektualną. W ten sposób życie staje się towarem i ma określoną cenę.
Korporacje nie mają żadnej legitymacji społecznej i są poza wszelką kontrolą i prawem, a więc są bezkarne.  Same natomiast mogą wymierzać kary, wywłaszczać, izolować, nakładać podatki (np. klimatyczny). Poddani korporacji nie mają wyboru. Nie działają na wolnym rynku lecz tworzą sieci umów międzynarodowych typu CETA, TTIP, umożliwiających zarządzanie państwami poprzez mianowanych w wyborach namiestników. 
Podsumujmy: korporacje same byty abstrakcyjne (prawne) tworzą iluzje, sprowadzają ludzi do roli maszyn, przejmują kontrolę nad życiem starając się zastąpić Boga-Stwórcę. Tym samym korporacje wyczerpują znamiona satanizmu, co należało wykazać. 
Czy rządów korporacji można uniknąć? Tego, rzecz jasna, nie wiemy. Wg Apokalipsy i innych ksiąg Nowego Testamentu nieunikniony będzie chwilowy (jak na dzieje świata) ucisk, ale potem zwycięży Baranek. Nie oznacza to bierności, co więcej, zadaniem naszym jest uświadamiania ludziom sytuacji w jakiej się znajdują. Bowiem świadomość również kształtuje byt.

poniedziałek, 31 października 2016
Sorosowa krucjata globalnego chaosu
Izraelska dziennikarka Caroline B. Glick o Sorosie: To, co od razu zauważymy w sorosowych projektach to ich megalomania. Jego dążenia dotarły do każdego zakątku świata.
sobota, 01 sierpnia 2015
Lex Trynkiewicz idzie dalej

 Wczoraj sąd nieprawomocnym wyrokiem skazał Mariusza Trynkiewicza, pedofila-mordercę, na kolejne 5,5 roku więzienia. Kolejne, bo najpierw, za zabójstwo 4 chłopców w 1988 r. skazany został na karę śmierci, zamienioną następnie w wyniku amnestii sejmowej w 1989 r. na karę 25 lat więzienia. Po jej odbyciu, co stało się w ubiegłym roku, nie bardzo wiedziano co z 52 letnim wówczas Trynkiewiczem, bo zgodnie z prawem powinien wyjść na wolność ale obawiano się, że jego resocjalizacja nie dała spodziewanego rezultatu. Wymyślono więc naprędce tzw. ustawę o bestiach, na mocy której został on umieszczony w specjalnym ośrodku psychiatrycznym ale tu pojawił się kolejny problem. Jeżeli Trynkiewicz to psychol, nie powinien być skazany wyrokiem karnym, natomiast jeżeli nie jest, po odbyciu kary powinien wyjść na wolność. No, ale żyjemy przecież w państwie prawa, więc wymyślono co następuje.

Tym razem Trynkiewicza skazano za posiadanie posiadanie pornografii dziecięcej i nielegalnych programów komputerowych w ilości 1318 sztuk we więziennej celi, gdy tam jeszcze przebywał. Nie wiem, co oznacza zwrot „nielegalne programy komputerowe” ale zwracam uwagę na cały szereg „dziwnych” szczegółów tej sprawy.

Po pierwsze, prawdopodobieństwo, aby jakiś więzień mógł coś takiego robić jest mniejsze niż przypadkowej katastrofy lotniczej z głową państwa na pokładzie, czy śmierci bogatego człowieka w we wiedeńskim szpitalu w wyniku „komplikacji”. Tak samo jak samobójstwo we wiedeńskim więzieniu, w całodobowo monitorowanej celi znanego gangstera powiązanego ze spec-służbami kilku państw.

Nie wiem w jaki sposób skazany M.T. Nauczył się obsługi komputera, bo kiedy poszedł siedzieć ta dziedzina dopiero raczkowała, tak samo skąd w celi wziął komputer, co więcej – dostęp do internetu, bo jakoś te programy i „pornograficzne treści” musiałby ściągać i dlaczego nie zostało to na czas zauważone. To, oczywiście, pytanie retoryczne, boi każdy rozumie, że przecież nie o to chodzi, tylko o pozbawienie M.T. wolności.

Zastanawia mnie, dlaczego w tej akurat na pozór banalnej sprawie, zadano sobie tyle trudu i to w większości bezproduktywnego, a już przynajmniej kompromitującego tzw. organa państwa. Przecież sposobów, skoro już nie został powieszony zgodnie z prawem, było co najmniej kilka. Mógł go np. odwiedzić „zbiorowy samobójca”, jak to miało miejsce w przypadku kilku ważniejszych osób, nie mówiąc już o śmierci w wyniku powikłań pochorobowych. Ale nie, zamiast tego szereg komplikacji.

Ktoś powie, że to dlatego, bo odpowiedzialni za to ludzie są po prostu głupi, co w jakimś sensie odpowiada prawdzie, ale przecież nie są aż tak głupi. Stawiałbym na to, że „w tym szaleństwie jest metoda”, polegająca na tym, że testuje się na nie budzącym sympatii przypadku metody działań pozaprawnych, takich, jakie później zastosowane mogą zostać już na osobach całkiem z innej bajki, np. na przeciwnikach politycznych lub niewygodnych z jakichś innych powodów. Owo szeroko rozumiane „Lex Trynkiewicz” odegra rolę szczepionki, która uodporni społeczeństwo na szersze zastosowanie tej metody w przyszłości.



niedziela, 03 maja 2015
Tajemne źródła majowych tradycji

Mamy za sobą 1 mają, daty wiązanej przez komunistów ze „Świętem Pracy”, co jest także mylące, gdyż jej pochodzenie ma głębszą genezę. Oficjalnie data ta wiąże się z 1889 r, kiedy to II Międzynarodówka uznała ją za swoje święto z okazji rocznicy rozruchów w Chicago. Jednak noc z 30 kwietnia na 1 maja w tradycji germańskiej była tzw. Nocą Walpurgii, kiedy to odbywały się sabaty czarownic i satanistów, a orgie stanowiły główny rytuał. UGoethe'go Faust z Mefistofelesem udali się w góry Harzu. Podobne zdarzenie opisał Michał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”.

W tradycji celtyckiej wieczorem, ostatniego dnia kwietnia gaszono wszystkie ognie, co miało pogrążyć ziemię w chaosie i władzy złych duchów. Za to 1 mają to pierwszy dzień lata a więc początek panowania Bela (po celtycku – Beltaine), kiedy rozpalano ognie mające „wypalić” zło i pozwolić na powrót Słońca. Echa tych „świąt” są jeszcze żywe w USA i Wielkiej Brytanii.

Do tej tradycji nawiązuje Kościół Szatana założony przez Antona Szandora La Vey'a w Noc Walpurgii 1966 r. Dużym uproszczeniem jest twierdzenie, że Kościół Szatana jest odwróceniem judeo-chrześcijaństwa, ale trochę w tym prawdy. I tak La Vey, jako Najwyższy Mag, przedstawił światu Szatańską Biblię oraz 10 Szatańskich Oświadczeń będących odwróceniem Dekalogu. Centralnym punktem „liturgii” satanistów jest „czarna msza” pełna obscenicznych treści. Celem, nie zawsze nazwanym wprost, jest szczęście materialne w świecie doczesnym, jako że to Szatan jest jego władcą.

Symbolikę tę zachowali socjaliści wierząc, iż krew i ogień zniszczą stary, kapitalistyczny porządek i zapoczątkują nowy. Przypadek to, czy nie, ale czerwony kolor sztandarów również nawiązuje do symboliki krwi i ognia. Zresztą, mówią o tym słowa „Międzynarodówki” autorstwa Eugeniusza Pottiera..

1 maj to data wejścia Polski do Eurokołchozu, jest więc jakimś sensie nawiązaniem do socjalistycznej przeszłości w nowym wydaniu.

Skoro o przypadkach mowa. Nie ma przypadków w działaniu Kościoła Katolickiego, który od początku przyjął zasadę chrystianizacji kultów pogańskich. O ile udało się przeciwstawić pogańskiemu świętu narodzin boga Słońca narodzenie Boga-Człowieka 25 grudnia, o tyle wprowadzenie 1 mają św. Józefa Rzemieślnika, mające zastąpić „nową świecką tradycję” udało się średnio. Na ten dzień też wyznaczono w 2011 r. beatyfikację Jana Pawła II.

2 maja to święto flagi i dzień wytężonej pracy kampanii prezydenta. Na szczęście, jego występy przyćmił nieco finał Pucharu Polski, którego profesjonalna oprawa przewyższała niestety poziom zawodów, ale to i tak lepsze.

Kończy się „triduum majowe”, w tym roku nieco bogatsze treściowo. Jeszcze tylko 3 mają dzień panowania mitów, jak np., że jest to święto demokracji, podczas gdy konstytucja ta została wprowadzona w drodze zamachu stanu, ot taki stan wojenny „króla Stasia”. Ale co gorsza, a co warte przypomnienia, to także efekt intryg angielskich, które doprowadziły do upadku I Rzeczpospolitej, kiedy to najpierw Albion jako gwarant, nastręczył nam sojusz z Prusami wymierzony w Rosję, a potem się wycofał pozostawiając nas z ręką w nocniku. Można nawet uznać Anglię za czwartego uczestnika rozbiorów, co prawda nie bezpośredniego, ale jednak. Nie po raz pierwszy i – jak widać – nie ostatni. Ale to już inna historia.



sobota, 13 grudnia 2014
BARNEVERN jak Jugendamt
Posthitlerowski Urząd ds. Zarządzania Młodzieżą - Jugendamt to organizacja założona przez Adolfa Hitlera, która ukradła 200 tys. polskich dzieci. Większość nigdy nie wróciła do Polski. Jugendamt zniszczył w 1952 roku ich akta osobowe – twierdzi Wojciech Pomorski – prezes Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech. Jugendamt działa do dziś i także odbiera dzieci Polakom mieszkającym i pracującym w Niemczech. Ale faszyzm rozszerza się. Teraz przyszła pora na Norwegię. W ojczyźnie Wikingów Jugendamt nazywa się Barnevern, organizacja de facto sprywatyzowana przed dekadą, oficjalnie zajmuje się ochroną dzieci. W rzeczywistości to korporacja, biznes i państwo w państwie, zarabiająca na odbieraniu dzieci. Im więcej dzieci zostanie odebranych, tym większe zyski uczestniczących w tym stron: dla tego, kto zdecydował o odebraniu, dla prywatnych domów dziecka, rodzin zastępczych i ubiegających się o adopcję. W Norwegii rocznie rodzi się ok. 60 tys. dzieci, a spraw o odebraniu ich rodzicom wszczyna się 25 tysięcy. Wg niektórych źródeł trzecia część norweskiego dochodu idzie na dziecięce technologie. Metody Barnevernu to przemyślany terror. Dzieci odbiera się według własnego uznania, np. na skutek donosu, ale nie ma obowiązku wyjaśnić rodzicom powodów odebrania; odbiera się zawsze wszystkie dzieci; pretekstem może być cokolwiek - bójka w szkole, donos sąsiadki, opinia nauczycielki, niedostatek owoców w lodówce, za mało miejsca na biurku, (przy czym co to znaczy za mało, a co wystarczająco – decyduje Barnevern). Przy tzw. „powstaniu podejrzenia” najpierw odbiera się dzieci, a dopiero potem wyjaśnia sprawę i ocenia, czy działanie miało podstawę. Często tak jednak nie jest i rodzice miesiącami nie mają informacji, dlaczego odebrano im dzieci. Często bywa tak, że dzieci odbierane są ze szkoły lub z domu w asyście policji. W przypadku rodziców obowiązuje domniemanie winy. To rodzice muszą udowadniać, że się jako rodzice sprawdzają, że są w porządku, ale o tym i tak dowolnie decyduje Barnevern. Podstawowym warunkiem odzyskania dzieci jest współpraca z tą organizacją, co w praktyce oznacza spełnianie szeregu, często absurdalnych, wymagań, stawianych następnych po spełnieniu poprzednich. Barnevern np. żąda od rodziców dziecka rozwodu, jako warunku zwrotu dzieci matce. Na czym w istocie polega cały problem, bo że nie chodzi o dobro dzieci, to chyba oczywiste? Jak zwykle, chodzi o pieniądze. Barnevern to widzialny element „dziecięcego przemysłu”, gdzie dzieci są towarem, który, jeżeli już wpadnie w jego szpony, nie ma szans wyjść z tego. Na porządku dziennym są samobójstwa rodziców, którym dzieci ukradziono, a także wiele przypadków wykorzystywania samych dzieci w rodzinach zastępczych. I rzecz najważniejsza. Obecnie niebezpiecznie jest jeździć do Norwegii. Dzieci mogą być odebrane nie tylko obcokrajowcom czasowo bądź stale przebywającym w tym kraju, ale też turystom. Wedle norweskiego prawa, dziecko znajdujące się na terenie Norwegii, stanowi własność państwa, a rodzice nie mają do nich żadnych praw. Nie wiadomo, ile polskich dzieci zostało w ten sposób tam porwanych. Zdarzały się to obywatelom Rosji, Indii i Czech. Te dwa pierwsze kraje zmusiły władze Norwegii do oddania dzieci. Z kolei prezydent M. Zeman wniósł trwający już 3 lata przykład Evy Michalakovej pod obrady Parlamentu Europejskiego. Jak w podobnych razach zachowałby się polski rząd – aż strach myśleć, mając na uwadze jak działa na rzecz swoich obywateli, którym w Niemczech dzieci porywa Jugendamt. Dlatego podczas pobyt w tym północnym kraju liczyć na siebie i zachować szczególną ostrożność.
piątek, 12 września 2014
Oświata w matriksie i mamonie

Szkolnictwo nowożytne to dzieło Kościoła. To przy zakonach powstawały szkoły, łacina była językiem powszechnym i co ciekawe i co dziś wielu nie mieści się w pale, można było się jej nauczyć. Nie tylko w odmianie deklinacji i koniugacji ale w używaniu czynnym i biernym. Poza tym w szkołach uczono rzeczy praktycznych i duchowych, jakichś zasad moralnych, z których przestrzeganiem w praktyce różnie bywało, ale przynajmniej wiadomo było co jest złe a co dobre. No i nauczyciel – miał szacunek i autorytet, nie wspominając już o takiej oczywistości jak kompetencja. Nikt niekompetentny nie mógłby być nauczycielem czy to w szkole o poziomie podstawowym, czy innym.

Weźmy takiego Mickiewicza. Chodził do 8-latki dominikańskiej od 9 roku życia, czyli, że początki edukacji zaczynał w domu i zaraz po podstawówce poszedł na 4-letnie studia. Łącznie w systemie edukacji formalnej spędził 12 lat! Mickiewicz znał łacinę, francuski, niemiecki, rosyjski, litewski, angielski i może coś jeszcze. W jednym z listów do niego Puszkin pyta, czy warto uczyć się łaciny? Mickiewicz odpowiada, że nie warto, bo już jest na to za stary (Puszkin nie miał wtedy 30-tki), ale niech się weźmie za angielski, to wystarczą mu na to 3 miesiące.

Tylko niech mi nikt nie mówi, że Mickiewicz to wyjątek, bo geniusz. Inni jego koledzy, ci z Filomatów i Filaretów, też nie wypadli spod ogona. Domeyko to geolog światowego formatu, założyciel uniwersytetu w Santiago, a jego nazwisko nosi planeta i pasmo górskie w Chile. Zan zajmował się meteorologią, Jeżowski – filologią klasyczną, Chodźko to orientalista, Czeczot to poeta piszący w mowie sławiano-krewickiej, uznawanej za proto-białoruski, Kowalewski – orientalista, badacz języka mongolskiego i lamaizmu, Odyniec tłumaczył z angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, a Wiernikowski został specjalistą od języków wschodnich. I powtarzam, nie byli to ludzie formatu powiatowego. Większość z nich i to rzuca się w oczy, pracowali językami obcymi jako narzęziem. Nawet Domeyko znał co najmniej hiszpański, skoro pracował i żył w Chile, a nawet ożenił się z Chilijką. To nie przypadek, to norma tamtych czasów. A wcale nie był to złoty wiek oświaty. W XIX w. oświata nabierała rozpędu staczając się po równi pochyłej, której początki sięgają reform Jana Amosa Komenskiego, tego heretyka, rewolucjonisty i szubrawca, który mieszkając w Lesznie na łaskawym chlebie Rafała Leszczyńskiego, spiskował ze Szwedami podczas tzw. potopu. Ale staczała się z na tyle dużej wysokości, że dopiero w ostatnich dziesięcioleciach osiągnęła dno i teraz porusza się po prostym siłą dawnego rozpędu.

Dziś mamy 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata szkoły średniej i 4 lata studiów, łącznie 16 lat i jeżeli nie są to studia językowe, to od absolwentów próżno oczekiwać znajomości języka obcego, polskiego zresztą często też. Dziś szkoła nie dość, że nie wychowuje to niczego nie uczy. Oceny uczniów nie wynikają z posiadanej wiedzy i umiejętności jej zastosowania, ale zależą od stopnia poruszania się po systemie; trzeba umieć odpowiadać, rozwiązywać testy – to umiejętność sama w sobie. Uczeń zdolny, ale nie znający tej sztuki może co najwyżej otrzymywać oceny „z górnej strefy stanów średnich”. Zresztą, co tu dużo mówić – uczniowie nieprzeciętni, stanowiący ekstremum z obu stron, nie są w przeciętnej szkole potrzebni. W przeciętnej szkole uczą (często co najwyżej) przeciętni nauczyciele, obecnie bardzo dobrze wynagradzani i posiadający przywileje nie przysługujące innym, dużo ciężej pracującym grupom zawodowym, a ich jedynym celem jest utrzymanie się na stanowisku czyli święty spokój. Jeżeli uda się utrzymać jako taki porządek w klasie i nie dać sobie założyć na głowę śmietnika, to już sukces. Nauczyciel, który chciałby coś w szkole zrobić, czegoś nauczyć, długo się nie utrzyma: zrobi sobie wrogów z uczniów, ich rodziców i innych nauczycieli, którym zakłóca spokój.

Dotyczy to szkół przeciętnych, nie tych specjalnych czy dla wybitnie zdolnych, bo tym ostatnim nauczyciele nie są w ogóle potrzebni. O szkołach prywatnych wyższych i niższych szkoda nawet mówić, bo najważniejsze jest terminowe płacenie czesnego.

Niestety, do tego poziomu dołączyły szkoły kościelne. W pewnym prestiżowym niegdyś liceum Sióstr Urszulanek zwolniono nauczycielkę łaciny bo za dużo wymagała i jedna z matek postawiła sprawę jasno: ona albo jej córka i utrata czesnego. Ale to nie wszystko. Ostatnio ogłoszono rekrutację na zaoczne studia teologiczne dla świeckich w Świdnicy. Zajęcia odbywać się mają tylko w soboty – 30 sobót rocznie, za 850 zł czesnego za semestr, czyli rocznie 1700 zł. Przeliczmy: zakładając, że nauka trwać będzie 10 godzin dziennie da to 300 godzin lekcyjnych w roku. Dużo to, czy mało? Porównajmy.

Normalne studia teologiczne dzienne (np. na KUL) trwają też 5 lat, zajęcia odbywają się 5 razy w tygodniu, licząc średnio 5 godzin dziennie bez lektoratów z: łaciny, greki + dwóch języków nowożytnych przez pierwsze 2 lata. Zajęcia więc to 25 godzin tygodniowo + 8 godzin językowych, czyli średnio licząc – 33 godziny tygodniowo, więcej niż w Świdnicy miesięcznie. A w tej ostatniej o żadnych językach dawnych czy nowych mowy nie ma. Studia dzienne to średnio licząc i zaniżając, to (bez lektoratów) 750 godzin rocznie. No i najważniejsze. Studia dzienne są za darmo, te w Świdnicy – nie.

Niestety, liczy się kasa i w to dał się Kościół wpuścić, zapominając, że „nie można dwom panom służyć: Bogu i mamonie”. Zwłaszcza bogini Mamonie.

Kościół dał się wpuścić w kanał wyprowadzając katechezę z przykościelnych salek, do szkół, gdzie była już tylko lekcja religii. To ogromna strata, której nie zrekompensują pieniądze uzyskane z budżetu. Zaprzedanie się Mamonie jest zawsze dwojakie: materialne i duchowe. Mamona nie zadowala się połowicznie, bo mamona to inna, materialna strona Szatana. Gdy kasa zawładnie człowiekiem to zaraz padają inne wartości: człowieczeństwo, więzy międzyludzkie, w końcu zatraca się własna świadomość i człowiek niczym zombi żyje w jakimś matriksie.

Mamonizm jest innym określeniem współczesnego, talmudycznego, judaizmu.

Izrael Schamir, izraelski pisarz i dziennikarz, konwertyta na chrześcijaństwo wybór obrządku ortodoksyjnego (prawosławia), tłumaczył, że Kościół Rzymskokatolicki jest zjudaizowany.

Dokumentalista Grzegorz Braun upatruje możliwość odrodzenia społecznego i narodowego w oparciu o tercet: Szkoła-Kościół-Strzelnica. Obawiam się jednak, że nie ma racji. Szkoła – to oświatowa fikcja, Kościół pogrążony jest w kryzysie, a do strzelnicy zwyczajnie, nie ma dostępu.

A na koniec najważniejsze pytanie o przyczynę. Ja myślę, że jest to zaplanowane odgórnie; chodzi o to, żeby z ludzi zrobić bezrozumne narzędzia, coś, co Rzymianie nazywali „mówiącym narzędzie”, którym można zarządzać. Bo tylko tacy w NWO będą potrzebni niewielkiej grupie wybranych. Aby to osiągnąć trzeba likwidować oświatę, tą prawdziwą, rzecz jasna, a w jej miejsce wprowadzić jakąś oświatę pozorną, a w rzeczywistości ogłupiającą fikcję. W innych dziedzinach zresztą też.



piątek, 22 sierpnia 2014
Za wolność i demokrację

 

Pod koniec IV w. mnich Hieronim, późniejszy święty przełożył na łacinę Pismo Święte z języków oryginalnych, czyli hebrajskiego, aramejskiego i greki. Przekład ten nazwano Wulgatą, od łacińskiego vulgus, tj. motłoch, pospólstwo, ponieważ nie była to klasyczna łacina zwulgaryzowana. Jednak powodem wyboru tej formy łaciny nie był brak znajomości mowy Cycerona ale wymóg odbiorców. Greki w Cesarstwie Zachodnim nikt już prawie nie rozumiał i aż dziw bierze, że niecałych 200 lat wstecz greka koine była językiem ówczesnej Europy tak jak angielski, prawda, że w formie uproszczonej, niemniej jednak, dzisiaj. Co gorsza, coraz mniej rozumiało łacinę w jej klasycznej formie, a co zatem idzie, coraz mniejszej znajomości treści Biblii. Może to dziwić, że było to zaledwie kilkadziesiąt lat po równouprawnieniu chrześcijaństwa.

Spójrzmy jednak na kontekst: w całym imperium, choć zaczęło się w Italii, na skutek epidemii i wojen spadła liczba ludności, co doprowadziło do ubytku pracowników w latyfundiach (rolnictwo było najważniejszą gałęzią gospodarki w tamtych czasach). Mniejsza produkcja rolna to z kolei mniejsze wpływy podatkowe, wzrost cen i podatków. Wzrost obciążeń fiskalnych wsi doprowadził do migracji ze wsi do miast i wzrostu ilościowego proletariatu, utrzymywanego zresztą z kasy państwa, a mniejsze wpływy podatkowe - do wzrostu administracji; wszystko to razem spowodowało kryzys państwa w sferze politycznej, kulturowej ale i demoralizacji społecznej.

Takie też były przyczyny upadku Imperium Romanum choć historycy prześcigają się w wyszukiwaniu przyczyny jedynej. O ile taka jest, musi być wypadkową, czy jak kto woli – wspólnym mianownikiem wszystkich już wymienionych, a jeżeli komuś nie chce cofać się kilkanaście stuleci, niech obserwuje co dzieje się dziś, wokół nas, bowiem mechanizmy dziejowe działają stale w podobnej formie.

Weźmy nasz nieszczęśliwy kraj. Ileż z powyższych zjawisk mogliśmy obserwować w ostatnich dziesięcioleciach? Migrację ze wsi do miast i powstanie dużej warstwy proletariatu – to za komuny. Po jej transformacji – likwidację przemysłu przez rozkradanie i przekształcenie rzesz proletariatu w lumpenproletariat, zwany bezrobociem. Wzrost podatków i administracji, emigracji zarobkowej na Zachód, kryzys państwa zarządzanego przez różne gangi i wreszcie – początek odgórnej likwidacji rolnictwa. W odpowiedzi na zachodnie sankcje Rosja wprowadziła swoje, co jak zwykle najbardziej skrupiło się na nas, bo już tak mamy, że zawsze znajdziemy się jak te pionki w rozgrywce mocniejszych i zawsze dostajemy w dup. Tak jest i tym razem. Lada chwila zbankrutują sadownicy i pod topór pójdą sady. Nowe wyrosną za kilkadziesiąt lat, ale kto by się tym przejmował? Za chwilę padną hodowcy drobiu, trzody i cała reszta. I co? I nic! Nic się nie dzieje! Choć to z jednej strony dobrze, bo oni tylko czekają na jakąś rozróbę aby mieć pretekst do użycia siły, z drugiej – to źle, bo spokój ten nie wynika ze zrozumienia sytuacji, ale z niezrozumienia, a więc odwrotności świadomości.

Upada też czytelnictwo, bo upada znajomość czytania, tego ze zrozumieniem. Nie mówię tu o językach klasycznych, to domena jakichś intelektualnych niedobitków ale o języku polskim. Pomimo, a może właśnie dzięki, powszechnej oświacie większość nie rozumie informacji wiadomości telewizyjnych czy rozkładu jazdy autobusów.

Ale co tam, jest jeszcze gorzej. Telewizję oglądam sporadycznie, głównie po to aby zobaczyć jak daleko może posunąć się zidiocenie. Poziom propagandy dziennikarskiej osiągnął zenit głupoty. Filmów, zwłaszcza tych nowych, nie da się oglądać z powodu polit-poprawności, a rodzynki, jak to one, zdarzają się rzadko. Programy publicystyczne, to zachodnia kalka, scenariusze kupowane hurtowo. Sport to ustawki pod zakłady bukmacherskie, a więc nuda. Ale tak się jakoś składa, że czasami wpadam na program interwencyjny i co widzę? Oto ktoś, nie jeden nawet, a cala grupa, wydawałoby się inteligentnych ludzi, została wykiwana w sposób tak prosty, że wierzyć się nie chce. Np. wzięli oni ogromny (jak na możliwości przeciętnego Polaka) kredyt w banku z 30 letnim okresem spłaty i przekazała te pieniądze jakiemuś oszustowi tylko dlatego, że ten obiecał im, że kiedyś wybuduje im mieszkania. Oni, co oczywiste, nie mają żadnej kontroli ani nad pieniędzmi, ani nad oszustem, zwanym u nas nowocześnie: deweloperem. I spłacają ten kredyt, a oszust z pieniędzmi znika, lub nawet nie to, jest, tylko ogłasza niewypłacalność. Najbezczelniej w świecie! I co? Nic! Państwo nie reaguje, co nie dziwi, skoro istnieje, jak to stwierdził zuchwale cwaniak Sienkiewicz, tylko teoretycznie.

Wszystkie te sprawy, od dużej do drobnej pokazują, że żyjemy w czasach przełomowych. Można snuć różne analogie do czasów późnego Rzymu i niech ktoś to pociągnie, bo warto, ale mnie się nie chce. Jedną widać całkiem dobrze. Tak wtedy jak i dziś idzie ku zmianie porządku w Europie, a i na całym świecie. Tyle, że wtedy, były to zmiany spontaniczne, wynikłe z przyczyn w dużej mierze niezależnych , a teraz są zaprogramowane i realizowane zgodnie z planowym scenariuszem, według którego Polska musi się poświęcać. Kiedyś za wolność waszą i naszą, teraz za demokrację. A skończy się jak zawsze.



czwartek, 17 lipca 2014
Kasa Misiu, kasa!

 

To znane powiedzenie Janusza Wójcika, trenera, jakby ktoś nie wiedział, i swego czasu selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski.

Kasa w świecie piłkarskim to rzecz normalna, od zawsze, ale od pewnego czasu najważniejsza. Wszystko się wokół tego kręci, a sam sport, rozgrywki, to już tylko kwiatek do kożucha. Kibicom wydaje się, że ważne jest kto wygra, podczas gdy tak naprawdę – kto zarobi. FIFA to organizacja pod można dowiedzieć się z książek dwóch reporterów: D. Yallop „Kto wykiwał kibiców” i A. Jennings „Faul”.

To pasjonująca lektura ale nie dla tych, którzy mają złudzenia lub chcą je mieć. Bismarck powiedział ponoć, że lud nie powinien wiedzieć jak robi się kiełbasę i politykę. Teraz do tego można dodać sport, a futbol, ze względu na zasię, popularność, pieniądze jakie napędza – w szczególności. Widocznie w czasach tego kanclerza sport nie był aż tak zdegenerowany jak dziś, choć co do uczciwości nie ma się co łudzić. Wystarczy poczytać autorów rzymskich co się działo przy okazji wyścigów rydwanów.

Dziś piłka to coś więcej niż sport, to quasi religia.

Brak zainteresowania materialną stroną danej dziedziny, w oczach postronnych, uchodzić może za amatorszczyznę. To prawda życiowa. Ale były zawody popłatne, ale z pewnym etosem. Nazywały się zawodami zaufania publicznego. Do nich należały m. in. zawód lekarza, czy adwokata. Też zeszły na psy. Kto śledzi bieżące wydarzenia wie jaki poziom reprezentuje taki Giertych, czy inni w mniejszej skali. Ale ja nie o prawnikach, a o lekarzach tym razem. To dziedzina najważniejsza, bo decydująca o naszym życiu. Bez sportu można żyć całkiem dobrze, a z prawem też można sobie jakoś poradzić jeśli ma się szczęście.

 

Kasa z in vitro

Wakacje powinny być okresem spokoju a nie są. Najpierw sprawa prof. Chazana, dęta, ale chwytliwa. Każdy wie o co chodzi, zwolennicy aborcji, czy prawa do niej, co przekłada się na zabijanie nienarodzonych dzieci, doprowadzili do usunięcia Chazana z pracy a szpital obciążono karą. Ale jakoś nikt nie nawołuje do ukarania tych, którzy bezpośrednio zawinili, czyli stworzyli to dziecko takim jakim jest, czy właściwie było. A chodzi o tak propagowane zapłodnienie in vitro. Z tego co się można w tej sprawie dowiedzieć był to efekt tegoż i to nie po raz pierwszy. Tą kobietę, nieszczęśliwą przecież, gdyż to ponoć kolejna nieudana próba, ktoś przekonał, że in vitro to sposób pewny i bezpieczny, a dzieci z próbówki niczym nie różnią od poczętych naturalnie. Głosy przeciwne ignorowano lub zakrzykiwano. Prawda okazała się inna.

Jeżeli prawdą jest, że kobieta ta przechodziła in vitro nie pierwszy raz to musiała wiedzieć gdzie robi się skrobanki. Więc kto i dlaczego skierował ją do tego właśnie szpitala? Była to gra z góry zaplanowana w celu nie tylko usunięcia Chazana, ale likwidacji tej formy szpitala p/w Św. Rodziny. Ktoś to zaplanował, można powiedzieć,że był to plan szatański. Czy ta poszkodowana kobieta odegrała w nim rolę świadomie czy nie jest ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsze to kto zrobił tę fuszerkę, a więc powinien za to zapłacić. Bo póki co, in vitro nie jest refundowane zatem trzeba za to zapłacić i to, podejrzewam, całkiem sporo. Biznes in vitro to duże pieniądze i wpływowe lobby, jak widać.

 

Kasa z narządów

Trzy dni trwała walka o życie 17 letniego Kamila, chłopaka, który popadł w śpiączkę w wyniku wypadku samochodowego. To było w piątek. Lekarze wrocławskiego szpitala im. Marciniaka stwierdzili śmierć pnia mózgu, czyli – według nowej definicji – śmierć w ogóle i nagabywali matkę chłopaka, aby zgodziła się na pobranie organów do przeszczepu. Nie zgodziła się, mało tego, grupa kolegów Kamila protestowała pod szpitalem przeciwko zakusom odłączenia go od aparatury podtrzymującej życie. W nocy z poniedziałku na wtorek serce przestało bić. Tym samym narządy nie nadaj si do pobrania, bo gdy serce bić przestanie człowiek umiera naprawdę, a nie tylko zgodnie z definicją śmierci wymyśloną przez grupę cwaniaków, robiących kokosy na handlu organami.

Cała sprawa śmierdzi na odległość. Lekarze niby żałują chłopca, ale ich fałsz bije po oczach. Żałują, ale kasy, która uciekła im sprzed nosa. Prawdopodobnie liczyli, że wystarczy wykorzystać niestabilny stan umysłu zrozpaczonych rodziców, podsunąć im do podpisania świstek wyrażający zgodę na pobranie organów i szlus. Można robić kasiorę, bo organy (patrzcie, jak nawet ja sam ulegam tej nowomowie i zamiast napisać: serce, nerki, wątroba i cała reszta podrobów łącznie z krwią i szpikiem kostnym) nie przeszczepia się tym, którzy naprawdę tego potrzebują (dla ostrożności procesowej dodam: nie zawsze) ale tym, którzy mają pieniądze.

Zdaniem matki lekarze popełnili błąd bo orzekli o śmierci mózgu, a jej syn był pod wpływem leków. Mówiła nawet, że poczuła, jak jej syn ścisnął jej dłoń. Lekarz Marek Nikiel twierdzi, że to odruchy rdzeniowe i o niczym to nie świadczy. Z kolei przeciwnik transplantologii, prof. Talar podkreśla, że tak naprawdę aby pobrać organ, pacjent musi żyć, tzn. musi bić mu serce. Krótko mówiąc, organy pobiera się na żywca, a więc uśmierca jednego aby ktoś inny mógł żyć.

Okazuje się śmierć mózgu i śmierć pnia mózgu to dwie różne rzeczy, różnie definiowane w poszczególnych krajach, różne są też metody stwierdzenia tego rodzaju śmierci. Tak jak to powiedział w dyskusji telewizyjnej dominikanin-lekarz (niestety, nie zapisałem nazwiska) z Markiem Balickim, znanym skądinąd ministrem. Co więcej, zakonnik ów dodał, ku nieukrywanej wściekłości Balickiego, że w Polsce, aby zbadać pień mózgu i stwierdzić jego śmierć odłącza się pacjenta od respiratora, czyli po prostu się go dusi. No i wtedy śmierć mózgu czy jego pnia jest już rzeczywista. No i wisienka na torcie: Dominikanin wspomniał tak jakby od niechcenia słynnego „Doktora G.”, łapówkarza skazanego bodajże już prawomocnie, choć tego w naszym systemie sądowym nigdy nie można być pewnym. Czyż to nie jasne, że chodzi o kasę?

Jeżeli spojrzeć na to z dystansu, to kojarzy mi się to z rytuałami Majów, Inków czy Azteków, składających na szczycie piramid ofiary z ludzi wyrzynając im na żywca serca aby zapewnić pomyślność swojemu ludowi. Ponoć nie bardzo wierzyli, że bez tych ofiar na drugi dzień wzejdzie słońce.

Dla mnie przeszczepy to taka forma krypto-kanibalizmu. Przyjmowanie organów nie poprzez przewód pokarmowy a w wyniku zabiegu chirurgicznego. Różnica czysto techniczna.

 

Kasa z apeli o wsparcie

Nasila się może nie nowe zjawisko ale z nowym i większym natężeniem. Prośby/apele o pomoc dla chorych dzieci. Pomoc finansową, rzecz jasna. Apele te pojawiają się w mediach, ale coraz ich więcej dostaję na skrzynkę mailową.

Scenariusz jest typowy.

Najpierw opis dziecka mający u widza/słuchacza/czytelnika wywołać emocje, a konkretnie odruch współczucia. Dziecko w całej historii jest niczym aniołek i pewnie dokonałoby rzeczy wiekopomnych, gdyby dożył, a to jest wątpliwe. Na przeszkodzie stoi ciężka i rzadka choroba, wymagająca specjalistycznego leczenia, często operacji. I to za granicą, w jakichś znakomitych ośrodkach, w których pracują wybitni specjaliści (tu podawane są ich osiągnięcia) zainteresowani pomocą w tym konkretnym przypadku ale nie za darmo. Koszty to kwota rzędu kilkuset tysięcy złotych, dla zwykłego śmiertelnika nieosiągalna. A czas nagli.

Dalej zakończenie i prośba o pieniądze, nazwa fundacji i numer konta.

Mam w związku z tym kilka wątpliwości. Nie twierdzę, że dzieci nie chorują i nie wymagają specjalnego traktowania. Ekstremalne przypadki się zdarzają i wymagają specjalnego potraktowania. Obiektywnie to tragedia dla rodziców. Tyle, że jest ich coraz więcej, jakaś mini-epidemia. A co z NFZ? Nie refunduje? Dlaczego? Czy podjęto w związku z tym jakieś kroki prawne (Osoby prywatne mogą mieć z tym trudności ale wyspecjalizowane fundacje raczej nie).

Inna sprawa to dotarcie do mediów i adresów mailowych. To nie takie proste, o czym wie każdy kto popadł w tarapaty. Przeważnie nie interesuje to psa z kulawą nogą, nie mówiąc już o rzecznikach praw wszelakich, których u nas pełno, ale żaden nie pomógł nikomu, jeśli nie liczyć zaplanowanych i koordynowanych z góry akcji. Podejrzewam, że o ile nie są to zaplanowane „ustawki” to przynajmniej ludzie o jakichś dojściach. Przecież nie wszyscy są tak traktowani, a jeżeli nie wszyscy to jakie kryteria wyboru tego a nie innego dziecka.

No i dlaczego zawsze chodzi o dzieci? Przecież chorują ludzie starsi i to znacznie częściej. Ale czy ktoś zbierał pieniądze na seniorów? Jakoś nie pamiętam nie licząc ostatniej akcji Owsiaka. Bo kogo oni obchodzą. Nie pracują, nie można z nich zdzierać, nie wytwarzają zysku, nie są potrzebni. Co gorsza zawadzają. Stąd ukryta eutanazja a to poprzez podniesienie wieku emerytalnego, a to poprzez utrudniony dostęp do leczenia, wyznaczanie terminów operacji ad Kalendas Graecas czy coraz droższe leki.

Wygląda to na ciąg dalszy procederu zapoczątkowanego przez Owsiaka przerzucania na obywateli zadań własnych państwa. Zbiórki publiczne (a do takich zalicza się prośba o pomoc, wymagają zezwolenia ministerstwa administracji, co nie jest łatwe, o czym przekonała się np. fundacja Lux Veritatis) mają z czasem zastąpić państwo w jego obowiązkach, z czasem z dobrowolności przejść do przymusu. I to tylko kwestia czasu.

 

 



piątek, 17 lutego 2012
NPE


Trudno nie skojarzyć (chodzi o wpis "Co ma wspólnego Microsoft z produkcją nadludzi?"), iż włączenie się światowych koncernów w proces eugeniki, jak w przypadku Microsoftu, stanowi fragment większej całości, coś jakby, którą możnaby nazwać Globalnym Programem Eugeniki. Jego celem miałoby być stworzenie nowego człowieka. Przypomnę, że Microsoft zakupił od Mercka eugeniczną technologię, mającą pomóc „zredukować populację ludności na świecie” o 10-15%.
Niezależnie od tego funkcjonuje u nas, jak to określa Stanisław Michalkiewicz, Narodowy Program Eutanazji, którego elementami są: wydłużenie wieku emerytalnego i ceny leków przy jednoczesnym obniżaniu wysokości emerytur z jednoczesną próbą przejęcia przez banki praw własności do nieruchomości pod pretekstem dopłaty do emerytur oraz Narodowy Program Depopulacji propagujący aborcję jako nową świecką tradycję.
Próba tworzenia "nowego człowieka" przy jednoczesnej likwidacji elementów społecznie zbędnych i mniej wartościowych, nie jest niczym nowym. Historycznie próbowali tego komuniści i faszyści z wiadomym skutkiem, ale co ważniejsze, jest to także wyzwanie rzucone Stwórcy. Coś podobnego, ale na dużo mniejszą skalę zostało opisane w Starym Testamencie, kiedy to ludzkość, podobnie jak teraz, powodowana pychą, starała się dosięgnąć Boga budując odpowiedniej wielkości wieżę.




 

piątek, 13 sierpnia 2010
Gangster i gwiazdy

Gazeta Polska oraz portal Niezależna.pl pokazał zdjęcie z zajść spod krzyża, a zwłaszcza gangstera Z.S. w towarzystwie gwiazdy TVN Anny Muchy. Oboje, rzecz jasna, temu znakowi byli przeciwni.

Okazało się, że nie jestem z tym całym high lifem na bieżąco, bo myliłem Annę z Joanną Muchą, też gwiazdą TVN, tyle że z prawyborów prezydenckich w PO. Ale jeśli od Joanny odejmiemy Jo to zostanie anna, a reszta jest podobna, poza wiekiem.

Co jednak gorsza, gdy nasze postępowe telewizje wylansowały określenie: celebryt/k/a na określenie patafianów występujących w ich programach, długo nie mogłem zaskoczyć, co też te słowo może znaczyć. Dopiero Stanisław Michalkiewicz zdefiniował celebrytki jako "półkurwięta". Aż strach pomyśleć, jak zdefiniowałby gwiazdy i gwiazdeczki.

O autorze
Tagi